Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Wednesday August 12th 2020

Roberto zawiódł

„Środowiskową” anegdotą przywitał publiczność ze sceny Teatru Wielkiego w Łodzi, przed premierą Viva la Mamma! Gaetano Donizettiego, nowy dyrektor placówki, Dariusz Stachura. Oto ów żart: jedna śpiewaczka mówi do drugiej – Byłam dziś u fryzjera. A ta druga – I co, zastałaś zakład zamknięty?

Niektóre instruktaże wystąpień publicznych zalecają rozpoczęcie przemowy od żartu, gdyż to zjednuje słuchaczy. Dariusz Stachura, notabene znakomity tenor, tak właśnie uczynił, ale postanowił zarazem zainaugurować swą dyrektorską kadencję „żartem repertuarowym”, czyli premierą opery komicznej Donizettiego, mającej podtytuł Teatralne obyczaje i nieobyczajności, zawierającej nie za dużo muzyki, za to obszerne partie mówione. Jak się wydaje, jedynym istotnym przesłaniem łódzkiej inscenizacji jest znana skądinąd prawda o śpiewakach, którą swego czasu dobitnie wyraził Jerzy Waldorff: śpiewak łatwiej pogodzi się ze zmianą rządu, jak z większymi oklaskami dla swego partnera.

Reżyser Roberto Skolmowski (znany mi dotąd jako Robert) poprzedził przedstawienie projekcją ekranową stanowiącą wizję apokaliptyczną. Nastał oto rok 2040 i z niejasnego powodu doszło do prawie całkowitej zagłady ludzkości. Tylko w ruinach łódzkiego teatru operowego zachowało się życie. Tu właśnie, jak gdyby nigdy nic – na przekór totalnej katastrofie, trwają przygotowania do próby (a więc teatr w teatrze). Primadonna ćwiczy arię, zaczynają się utarczki w związku z decyzjami obsadowymi, pojawiają się żądania zaliczki, podwyżki (także, w zbiorowym proteście, „podwyżki o pół tonu” – co ma być zabawne, lecz jest muzycznym nonsensem, bo wyżej śpiewać na ogół trudniej). Związane z mentalnością solistów intrygi, zazdrość, implikują niby-śmieszne sytuacje, niestety, niewiele tekstu (polskiego w tej realizacji) można zrozumieć, gdyż dykcja jest ogólnie fatalna – nie po raz pierwszy na tej scenie! Zresztą autorka polskiej wersji libretta, Joanna Kulmowa, raczej nie osiągnęła wyżyn, dało się zrozumieć m.in. takie zdanie: „To be czy nie to be – jak napisano w biblii”. Od razu inna uwaga podstawowa. Nie odmawiam Piotrowi Micińskiemu umiejętności wokalnych i aktorskich, ale słuchanie przez dwie godziny jego rozwijanej drażniącym, „drewnianym” falsetem narracji w roli Agaty wystawiło mnie na ciężka próbę.

Skolmowski postanowił zrobić z tej opery kabaret, wzorując się po części chyba na „zwariowanym” kabarecie Olgi Lipińskiej. Tyle że tutaj, zamiast uroczego szaleństwa, widzowie musieli oglądać koncepcyjny banał i wcale nie śmieszną – co jest głównym paradoksem całego przedsięwzięcia – tandetną błazenadę, do której momentami wciągnięta została nawet dyrygująca umieszczoną wyżej, niż zwykle, orkiestrą, Marta Kosielska. Zamiast wykonywać niepotrzebne i naiwne gesty, powinna ona zachować dystans, to byłoby lepsze. W każdym razie Kosielska sumiennie spełniła swe zadania, była precyzyjna rytmicznie, świetnie panowała nad orkiestrową dynamiką w sensie nieforsowania jej podczas śpiewu (a z tym w łódzkiej placówce różnie bywa), potrafiła przekonująco skontrastować wyrazowo różne fragmenty, np. marsze żałobny i triumfalny. Muzycy orkiestry konstruktywnie współdziałali, sekcja skrzypiec, w „rossiniowskiej” uwerturze jeszcze niecałkowicie spójna, potem „wyszła na prostą”.

Bardzo dobra technicznie okazała się wykonywana przez Joannę Woś koloraturowa partia primadonny Corilli Sartinacchi (w trakcie arii m.in. popijającej szampana). Nieźle spisali się wokalnie inni soliści, w tym „wykolegowany” niegdyś z Wielkiego, właśnie skutkiem intryg, bas Rafał Pikała. W ogóle, jeśliby szukać atutu premiery, to w muzycznym wykonawstwie. Także w kontrapunktującej dyskretnie grupce tancerzy (wśród nich utalentowana nie tylko tanecznie Beata Brożek, która też na łódzką scenę, jako Colombina, niniejszym powróciła). Nie zawiodła zapewne swych sympatyków twórczyni dekoracji i kostiumów, zawsze pełna fantazji, Zuzanna Markiewicz. To wszystko nie zmienia jednak całościowego wrażenia, jakże marnego.

W Teatrze Wielkim bywały takie spektakle, na które chodziło się kilka razy (ostatnio balet Ludwiga Minkusa Don Kichot). Ci, którzy na Viva la Mamma! dosiedzieli do końca (bo zauważyłem, że niektórzy w trakcie przerwy wyszli) raczej się ponownie „na Roberto Skolmowskiego” nie wybiorą. Wygląda na to, że reżyserowi gust się obniżył. Jakiś czas temu Robertowi trochę lepiej udało się wyreżyserowanie na tej samej scenie pokrewnego w tematyce dziełka Domenico Cimarosy, Impresario w opałach. Tamto przedstawienie było w tanich, scenicznych wygłupach bardziej powściągliwe.

A wygląda na to, że redaktorzy elegancko wydanego programu Viva la Mamma! przewidzieli, że śmiesznie podczas tego spektaklu raczej nie będzie, bo jakby dla rekompensaty zamieścili w wydawnictwie ponad dwadzieścia muzycznych wiców przepisanych głownie ze zbiorku Plotki z pięciolinii Romana Heisinga.

Latest Topics

Wiersze broniące wartości

Łódzkie Wydawnictwo Primum Verbum opublikowało ostatnio tomik poetycki Aliny Makowskiej pt. Od(blaski) i od(cienie). [Read More]

Z poezją „do ludzi”

Rozmowa z Witoldem Smętkiewiczem, poetą i animatorem kultury Janusz Janyst: – Jaka tematyka jest dla Pana jako [Read More]

Grali dla Pawła

W pierwszą rocznicę śmierci łódzkiego poety, gitarzysty, wokalisty i kompozytora, Pawła Ciesielskiego, Fundacja [Read More]

Pomnik „w odstawce”

Od dwóch lat czeka na ustawienie w stosownym miejscu odlany w brązie przez Gliwickie Zakłady Urządzeń Technicznych [Read More]

Antologia Smoleńska II

W 10. rocznicę katastrofy polskiego samolotu rządowego pod Smoleńskiem Stowarzyszenie Solidarni 2010 wydało [Read More]

Interesting Sites

    Insider

    Archives