Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Monday December 18th 2017

ŁÓDŻ STORY – BEZ SUKCESU

I oto mamy nowy – wcale nie pierwszy, jak można było tu i ówdzie usłyszeć – musical o tematyce łódzkiej: Łódź Story. Przypomnę, że w roku 1993 Teatr Muzyczny w Łodzi wystawił Ziemię obiecaną Piotra Marczewskiego z librettem Ryszarda Czubaczyńskiego. Przedstawienie nie było udane i szybko zeszło z afisza. Obecna propozycja repertuarowa (czy lepsza? – wątpię) powstała z myślą o mieszczącej się przy ulicy Żubardzkiej, nowej sali koncertowo-widowiskowej Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów. Poprzedni rektor (Antoni Wierzbiński) zamówił u cenionego kompozytora muzyki rozrywkowej, Włodzimierza Korcza (będącego absolwentem łódzkiej AM w klasie fortepianu) musical z zamiarem wystawienia go już po uruchomieniu nowego obiektu. Kompozytor z zadania się wywiązał, można więc było wybrać się na spektakl.

Korcz, być może z pobudek ambicjonalnych, nazwał swe dzieło „musicalem operowym”, co sugeruje jakiś nowy gatunek a sens ma mniej więcej taki, jak „operowa operetka”. Okazalsza pod każdym względem od Łódź Story, słynna West Side Story Bernsteina (i moc innych kompozycji) zwie się po prostu musicalem. Korcz nie wykroczył przecież poza kategorię pop-music, choć jego piosenki są stylistycznie zróżnicowane, co prowokować może nawet zarzut eklektyzmu. Czasami tylko w swej formie piosenki te „pączkują” a w pewnym momencie w jednej z nich pojawia się mały ozdobnik koloraturowy. Dziwną nazwę jednak Akademia zaakceptowała, w wydrukowanym programie reklamując zarazem Korcza jako twórcę… muzyki oratoryjnej. W wydanej ostatnio książce Łódzka strefa Polihymnii. Z zapisków bywalca poświęciłem trochę uwagi terminologicznym nadużyciom w nawiązaniu do współczesnych, lansowanych przez kulturę masową, tzw. oratoriów, będących montażami piosenek. Nazwisko Korcza, jako autora kompozycji Woła nas Pan też tam pada (łódzka uczelnia muzyczna przygotowała kilka lat temu wykonanie tego utworu). Teraz Szanowni Profesorowie ustosunkowali się do podniesionego przeze mnie problemu w sposób zgoła zaskakujący, redefiniując pojęcie muzyki oratoryjnej zgodnie z subkulturowymi praktykami marketingowymi.

Autorką tekstów piosenek oraz libretta Łódź Story jest Monika Partyk z Krakowa, parająca się zawodowo nie tylko pisaniem słów do piosenek, ale i, podobno, recenzji z teatrów muzycznych. Ciekawe, jak zrecenzowałaby swoje „łódzkie dokonanie”, które jest w moim odczuciu zupełnie chybione. Z banalnym, jak w najsłabszej operetce, pomysłem libretta opartego na wielokrotnie eksploatowanym schemacie Kopciuszka (fabrykant i prządka, którzy… po stu latach przepoczwarzają się w poruszających się po współczesnej tzw. Manufakturze dyrektora i jego sekretarkę) idzie w parze fatalna wprost realizacja dramaturgiczna. Dialogi występują w postaci szczątkowej i są infantylne. Trudno mówić o sensownej akcji, bowiem brak czytelnego jej zawiązania (z nadzieją na nie czekałem bez skutku kilkadziesiąt minut), rozwinięcia i jakiejś kulminacji. Na scenie pokazany jest „szereg sytuacji” dopełnionych dźwiękami i filmowym obrazem (o czym za chwilę). Tytułowa Story w owej pozornej operze okazuje się więc pozorna, lecz i za słowem Łódź niewiele się kryje, poza kalkami chyba jakichś reklamujących miasto wydawnictw (na osobny komentarz zasługiwałaby wpleciona w tekst promocja kontrowersyjnej postaci Jerzego Kosińskiego).

Można by uznać, że odpowiedzialna za reżyserię, inscenizację i ruch sceniczny Beata Redo-Dobber (też z Krakowa) niewiele już mogła w tym stanie rzeczy zrobić. Nie sposób wszakże i do niej nie odnieść kilku znaków zapytania. Pierwszy dotyczy – ot, choćby w pierwszym akcie, zabawy tanecznej… bez tańca. Drugi – ekranowych wizualizacji. Redo-Dobber zawodowo zajmuje się m.in. scenografią, tylko że w sali przy ul Żubardzkiej, która w założeniu przewidziana została także do spektakli teatralnych, dekoracji nie można stosować, gdyż projektant, uwzględniając kanał dla orkiestry, zapomniał o „drobiazgu” – kulisach służących do magazynowania dekoracji, a wadliwego projektu nikt jakoś nie skorygował. W Łódż Story dekoracje postanowiono zastąpić permanentnymi projekcjami na wielkim ekranie nad sceną (również reżyserowała je Redo-Dobber). Były one trojakiego rodzaju: stanowiły fragmenty filmu Ziemia obiecana Andrzeja Wajdy, kiedy indziej były „luźnymi skojarzeniami” (widoczkami przyrody oraz prezentacjami współczesnych „łódzkich sukcesów”) i wreszcie powiększeniem do gigantycznych rozmiarów tego, co odbywało się akurat na scenie. Wszystko to, rozpraszając uwagę widzów, grawitowało, niestety, w stronę inscenizacyjnego kiczu, który co rusz dawał o sobie znać a np. w chwili pokazania ogromnej reklamy portalu randkowego „Flora”, albo też gołej pary przy słowach: „będziemy mieć dziecko”, nieomal porażał. Natomiast czemu miało służyć „podczepienie się” już w pierwszych minutach pod film Wajdy, ewokujący treści i postaci (Borowieckiego, Bauma, Welta) nieobecne w spektaklu? Czy reżyser w ogóle się nad tym zastanowiła? Nie miało również sensu wprowadzenie „żywego rekwizytu” –  niemej osoby na wózku inwalidzkim, którą znający film mogli zidentyfikować, ale tutaj jej obecność nie miała żadnego uzasadnienia. Następna sprawa to ściągnięty z Włoszki w Algierze w reżyserii Michała Znanieckiego w Teatrze Wielkim w Łodzi koncept dotyczący obecności na scenie kamery „filmującej” spektakl (w tym wypadku już zresztą… wcześniej „sfilmowany”, o czym świadczyła filmowa czołówka przedstawienia). Koncept okazał się równie jałowy, jak w realizacji opery Rossiniego.

Można się było zorientować, że studenci Wydziału Wokalno-Aktorskiego włożyli sporo pracy w przygotowanie swych partii, ale efekty były nierówne. Niektórzy soliści śpiewali piosenki w sposób operowy, co dawało nawet efekt z lekka komiczny. Ale mogli się podobać np. Aleksandra Pokrywczyńska jako Magda (choćby w ładnej, lirycznej piosence Świt nad Księżym Młynem) i Michał Sobiech jako Karol Poznański.

U niektórych solistów zawodziła dykcja. Nie wszyscy potrafili „współdziałać” z mikroportem, skądinąd dykcja nie była też najmocniejszą stroną, złożonego ze studentów Wydziału Wokalno-Aktorskiego, chóru, śpiewającego już bez mikroportów. Lecz w sumie i tak strona wokalna okazała się lepsza od aktorskiej, niewykraczającej raczej poza amatorstwo (u jednego z solistów drażniła nawet wada wymowy).

Dość blado wypadł taniec w wykonaniu studentów Sekcji Rytmiki oraz Sekcji Choreografii i Technik Tańca AM. Pląsy akademików określić chyba można mianem przedszkola w porównaniu z umiejętnościami uczniów szkół baletowych. Orkiestra pod dyrekcją sprawującego kierownictwo muzyczne całości Michała Kocimskiego radziła sobie całkiem przyzwoicie, choć i tu zdarzały się drobne niedociągnięcia, np. niespójności w grupie wiolonczel.

Ogólnie przedstawienie nie sprawiło wrażenia produkcji profesjonalnej, lecz miało charakter zdecydowanie szkolny – pomijając muzykę Korcza, pozbawioną wprawdzie wyrazistego przeboju, lecz zawierającą szereg ciekawych, na miarę stylistyki pop, pomysłów, w tym także instrumentacyjnych. Uczelnie artystyczne potrafią niekiedy w dziedzinie musicalowej i „okołomusicalowej” osiągnąć poziom bardzo wysoki, że wspomnę choćby o zaprezentowanym w roku 2013 w Teatrze Nowym na zakończenie XXXI Festiwalu Szkół Teatralnych, znakomitym pod względem wykonawczym spektaklu autorstwa Agnieszki Osieckiej (z roku 1964) w reżyserii Wojciecha Kościelniaka: Niech no tylko zakwitną jabłonie, przygotowanym przez słuchaczy Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Niestety, łódzkiej Akademii Muzycznej nic podobnego nie wyszło a wręcz przykre stało się patrzenie, jak nowoczesna technika zaprzęgnięta została do współrealizacji koncepcyjnej tandety. I już całkiem na marginesie: w profesjonalnym teatrze raczej się nie zdarza, by po spektaklu wykonawcy sami sobie robili na scenie owację, a to można było obserwować przy ul. Żubardzkiej. Notabene zamykająca Łódź Story sekwencja miała szansę ucieszyć oko – dużo zadowolonych, młodych ludzi wśród zieleni nad wodą. Tylko że panie librecistka i reżyser pewnie znów nie pomyślały, że w kontekście stanowiących w dużej części propagandę sukcesu ekranowych projekcji można było ową sekwencję skojarzyć z „polską zieloną wyspą” i zaludniającymi ją lemingami. (pisane – styczeń 2014)

Latest Topics

Cyrk „utaneczniony”

Cyrk w operze? A jednak! Teatr Wielki w Łodzi zaprosił na gościnny spektakl węgierskiego, liczącego około [Read More]

Koncerty ku czci

W Łodzi odbyło się ostatnio kilka koncertów patriotycznych, dedykowanych ważnym postaciom historycznym. Brali w [Read More]

Plakaty Wojciecha Korkucia

Powstała nie tak dawno w Łodzi, a stawiająca sobie za cel propagowanie tożsamości obywatelskiej, Fundacja im. [Read More]

Muzyka i taniec dopełniają się

Rozmowa z Katarzyną Zielińską, flecistką i tancerką salsy   Janusz Janyst: – Jean Paul napisał [Read More]

Malarstwo Józefa Panfila

Galeria Willa w Łodzi zaprosiła ostatnio na nader interesującą wystawę prac Józefa Panfila, uwzględniającą [Read More]

Interesting Sites

    Archives