Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Friday November 24th 2017

XI Tansman Festival

Listopadowa, jedenasta edycja Tansman Festival zbiegła się z dwudziestoleciem tej ważnej imprezy muzycznej a także trzydziestą rocznicą śmierci jej patrona – urodzonego w Łodzi w roku 1897 światowej sławy kompozytora (także pianisty i dyrygenta), twórcy o ogromnym i wszechstronnym dorobku, od dawna goszczącym na światowych estradach i scenach a w naszym kraju wciąż jeszcze „odkrywanym”. O przyczynach ignorowania w Polsce przez całe dziesięciolecia tej twórczości opowiada książka W 89 lat dookoła świata Wojciecha Wendlanda, kolejna ważna pozycja po pracy Janusza Cegiełły Dziecko szczęścia – Aleksander Tansman i jego czasy.

Dwie dekady festiwalu (pierwotna nazwa: Międzynarodowy Festiwal i Konkurs Indywidualności Muzycznych im. Aleksandra Tansmana), organizowanego na zasadzie biennale przez Stowarzyszenie Promocji Kultury im. Aleksandra Tansmana pod artystycznym kierownictwem Andrzeja Wendlanda, obejmowały ponad 50 koncertów symfonicznych, 10 spektakli operowych, baletowych i multimedialnych, ponad 180 koncertów kameralnych. Wykonano 270 utworów wielkiego łodzianina, wydano cztery książki i 16 CD. Ponad 6 tysięcy artystów – solistów i członków zespołów – interpretowało dzieła wielkiego łodzianina a także innych kompozytorów, m.in. współcześnie skomponowane na towarzyszący festiwalowi konkurs kompozytorski, urządzany przemiennie z konkursem interpretacji, który wyłonił wielu znakomitych muzyków.

Hasłem przewodnim tegorocznej edycji stały się odkrycia i nowości muzyki polskiej. Po raz pierwszy zabrzmiały symfoniczne utwory Pawła Kleckiego, też urodzonego w Łodzi, z którym Tansman przyjaźnił się za młodu. Klecki zasłynął w świecie głównie jako dyrygent. Kilka lat temu pisałem, że łódzkie środowisko zapomniało o nim jako kompozytorze, ale sytuacja zmieniła się. W łódzkiej filharmonii Sinfonia Varsovia pod dyr. Jerzego Maksymiuka po raz pierwszy w Polsce zaprezentowała jego Sinfoniettę, zaś prawykonaniem światowym było Concertino na flet i orkiestrę (solista: Łukasz Długosz). Dopełnieniem koncertu stała się V Symfonia Tansmana, dedykowana właśnie Kleckiemu.

Natomiast wbrew temu, co wydrukowano w programie, prawykonaniem polskim nie było podczas wieczoru kameralnego w Muzeum Miasta Łodzi Tansmanowskie Trio nr 2. Przed dekadą grało je łódzkie Vivo Trio (swoją drogą prowadzący koncerty Jan Targowski osobliwą uprawiał konferansjerkę, polegającą na czytaniu tekstów z programu). W każdym razie wspomniany wieczór okazał się szczególnie interesujący, również pod względem wykonawczym, jako że świetnie spisało się debiutujące Weinberg Piano Trio. Zaproponowało ono też słuchaczom Trio notturno Andrzeja Czajkowskiego oraz Trio Mieczysława Weinberga.

Występ w Teatrze Wielkim (nie pierwszy w tym miejscu) słynnego, amerykańskiego Kronos Quartet nie wzbudził najwyższego zachwytu. Chyba tylko mniej krytycznym słuchaczom może się jeszcze podobać dynamizowanie dźwięku metodą elektroniczną, ze stratą dla jego barwy. Polskim akcentem występu było Już się zmierzcha Henryka Mikołaja Góreckiego.

Jako zwieńczenie imprezy zaplanowano w Wielkim światową prapremierę Złotego runa, opery Tansmana z roku 1939, do której Salvador de Madariaga opracował libretto według jednego z wątków mitu greckiego o cudownym baranku ze złotą sierścią. Uczynił to zresztą w sposób zupełnie swobodny, grawitując w stronę teatru absurdu. Opiniotwórczy „Opera Magazine” wymienił łódzką realizację pośród najbardziej oczekiwanych na świecie wydarzeń operowych m.in. dlatego, że dzieło uważano za zaginione. Odnalezione zostało w Paryżu dzięki determinacji Andrzeja Wendlanda.

Niestety, to, co można było obejrzeć, nie stanowiło autonomicznej wartości teatralnej, bowiem konwencja realizacyjna nie odbiegała zbytnio od prezentacji koncertowej. Nie obyło się nawet bez pulpitów nutowych dla, skądinąd, bardzo dobrze śpiewających solistów (Patrycja Krzeszowska, Agnieszka Makówka i in.). Reżyser Maria Sartova miała kilka dobrych pomysłów, ale nie w pełni przekonała stworzeniem baletowych alter ego dla poruszających się akurat śpiewaków (równoczesne działania mogły sugerować „rozdwojenie jaźni”). Sama opera, trochę zbyt gęsta w wokalno-słownej narracji, odpoczynek od słowa dała m.in. w efektownie zatańczonym przez Valentynę Batrak numerze hiszpańskim. Neoklasyczna, bogata w „smaczki” warstwa orkiestrowa, swoje zalety ujawniła dzięki rzetelnemu przygotowaniu orkiestry przez Łukasza Borowicza. Ponieważ premiera stanowiła raczej prezentację tego, co zawiera partytura, czyli jedynie „materiału wyjściowego”, wypada poczekać na pełnowymiarowy spektakl operowy.

(„Ziemia Łódzka” 12/2016)

Next Topic:

More from category

Myślę, że moim powołaniem jest psychologia

Rozmowa z Marią Michalską – szesnastoletnią łodzianką, autorką powieści Cześć Braciszku wydanej przez [Read More]

III Zlot Poetów

W łódzkim Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 7 przy ul. Minerskiej (w gmachu i na terenie przyszkolnym) [Read More]

O służbach specjalnych III RP

 Wojciech Sumliński, znany (i swego czasu najbardziej w Polsce inwigilowany) dziennikarz śledczy, opublikował w tym [Read More]

„Baśnialooki” ciepłem emanujące

Nakładem oficyny Piktor Szlaski i Sobczak wydany został kolejny tomik łódzkiego poety, bibliotekarza i animatora [Read More]

Cześć Marysiu

Zbliża się sezon urlopowy, co dla czytelników książek (w Polsce wciąż jeszcze tacy są) oznaczać może [Read More]

Interesting Sites

    Archives