Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Tuesday September 19th 2017

Blues to podstawa

Rozmowa z MARIUSZEM STOPNICKIM, trębaczem i pianistą jazzowym

Janusz Janyst: – Pamiętam, że jazz uprawiał pan już jako student Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi – bo tak się wówczas nazywała obecna Akademia.

Mariusz Stopnicki:- W czasach studenckich sporo grałem z saksofonistą Andrzejem Olejniczakiem. Miałem też własny kwartet, z którym po raz pierwszy uczestniczyłem we wrocławskim „Jazzie nad Odrą”.

– Studiowanie klasyki przydało się w jazzie?

– Ułatwiło m.in. kształtowanie frazy i panowanie nad formą.

– Zanim zdecydował się pan całkowicie poświecić jazzowi, pracował pan jako muzyk orkiestry łódzkiego Teatru Wielkiego.

– I to dziesięć lat. Uczestniczyłem w licznych premierach operowych i baletowych, od Orfeusza Monteverdiego poczynając (w którym partię pierwszej trąbki realizowałem na małej trąbce D), po Gajane Chaczaturiana. Dyrygowali tacy mistrzowie batuty, jak np. Bohdan Wodiczko, Bogusław Madey, Wojciech Michniewski, Tadeusz Kozłowski. Z pracy tej zrezygnowałem, gdyż była niezwykle absorbująca czasowo, a ja jako członek zespołów jazzowych miałem dużo zobowiązań koncertowych. Do klasyki powróciłem po latach jako pedagog.

– W roku 1980 był już pan jednym z laureatów Grand Prix „Jazzu nad Odrą”.

– Razem z kolegami z Antiquintetu. Wystąpiliśmy też na Jazz Jamboree (w drugiej części występu śpiewali Novi Singers). Nagraliśmy płytę, która… do dziś nie wyszła, choć nieoficjalnie te nagrania gdzieś krążą. Antiquintet, odznaczający się ciekawym zestawieniem trąbki z fletem, zakończył niebawem działalność. W 1983 roku zostałem członkiem septetu saksofonisty Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego, wespół z saksofonistą Henrykiem Miśkiewiczem, basistą Andrzejem Cudzichem, perkusistą Andrzejem Dąbrowskim. Mieliśmy wiele koncertów, nagrywaliśmy w stołecznym Studiu S-1. Grając wówczas z gigantami polskiego jazzu nowoczesny mainstream poczułem się prawdziwym jazzmanem.

Jaki był kolejny etap?

– Septet perkusisty Zbigniewa Lewandowskiego. W składzie tej grupy, mieszczącej się również „w środku jazzu” znaleźli się m.in. pianista Wojciech Konikiewicz, saksofoniści Piotr Baron oraz (łodzianin, jak ja) Zbigniew Brzyszcz. Mieliśmy jechać na konkurs do San Sebastian. Tamtejsza gazeta napisała nawet, że organizatorzy, znający nasz zespół, przewidują, iż dostaniemy główną nagrodę. Niestety, na konkurs nie pojechaliśmy, bo zginęły gdzieś paszporty – mój i kolegi. Pierwsza nagroda przypadła w udziale Niemcom. Natomiast w radiu opolskim zarejestrowaliśmy płytę. Całe nagranie potraktowaliśmy jako inicjatywę „ku pamięci” Jarosława Kwietnia, znakomitego puzonisty, który nadawał kierunek i impet zespołowi a, niestety, zginął w wypadku.

– Bardzo ważną formacją w pana karierze okazała się Free Cooperation. Jej nagrania zostały właśnie wznowione na CD w radiowej serii poświęconej historii polskiego jazzu i otrzymały świetne recenzje („Jazz Forum” nazwało je wizjonerskimi).

– We Free Cooperation grałem około dekady, m.in. z trębaczami Andrzejem Przybielskim i Antonim Ziutem Gralakiem, puzonistą Grzegorzem Nagórskim, saksofonistą Mateuszem oraz basistą Marcinem Pospieszalskimi. To było dla mnie nowe doświadczenie bliskie awangardzie. Szeroką paletę barw staraliśmy się łączyć z maksymalną energią, do czego przyczyniały się dwa zestawy perkusyjne. Wystąpiliśmy na Jazz Jamboree w 1985 roku. Dość blisko pod względem stylistycznym znajdowała się kolejna „moja” grupa, z którą współpracowałem pod koniec lat 80-tych, czyli kierowana przez Konikiewicza Green Revolution, z tym że w szerszym zakresie uwzględniała ona inspiracje folklorystyczne i skale modalne.

– Jednocześnie był pan członkiem Alex Bandu.

– Od 1984 roku, przez ponad 20 lat. W tej orkiestrze niemal wszyscy byli improwizującymi jazzmanami, co determinowało brzmienie. Korzystaliśmy m.in. z partytur Thad Jonesa. Aleksander Maliszewski pozwalał mi w solówkach na pełne otwarcie się, skutkiem czego nie były one „grzeczne”. Brałem udział w dwóch festiwalach opolskich, dziewięciu sopockich (w 1985 akompaniowaliśmy Shirley Bassey), cztery razy wyjeżdżaliśmy do Monte Carlo, nagrywaliśmy płyty. Od 1987 roku grałem równocześnie w New Presentation, wspólnie z braćmi Niedzielami – basistą Jackiem i pianistą Wojciechem. Z tą grupą po raz kolejny uczestniczyłem jako muzyk w Jazz Jamboree. Jednocześnie miałem swoje własne comba, np. kwartet z pianistą Tomaszem Wierzbowskim. Nagrywałem zarazem indywidualnie dla filmu, a jako prezes Łódzkiego Oddziału Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego organizowałem imprezy muzyczne.

– W maju 1991 roku ukazał się w „Kalejdoskopie” wywiad z panem jako prezesem Łódzkiego Oddziału PSJ. Nie uznał pan wtedy Łodzi za miasto jakoś specjalnie przyjazne mieszkającym tu jazzmanom. Czy zmieniło się na lepsze?

– Potraktujmy to pytanie jako retoryczne. Temat ten nadaje się zresztą na oddzielną rozmowę.

– Gdzie pracował pan pedagogicznie? Orientuję się, że nie skorzystał pan z propozycji łódzkiej Akademii Muzycznej, by uczyć improwizacji fortepianowej na Sekcji Rytmiki.

– Oferowano mi też kierownictwo katedry trąbki w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy (która początkowo działała jako filia łódzkiej uczelni). Te propozycje nadeszły jednak w okresie mojej największej aktywności koncertowej, nie mogłem więc z nich skorzystać. Ale prowadziłem warsztat improwizacji fortepianowej podczas międzynarodowej sesji zorganizowanej przez Sekcję Rytmiki Akademii Muzycznej w Łodzi. Natomiast o wiele później zostałem nauczycielem trąbki w zgierskiej Szkole Muzycznej. Udało mi się zainicjować tam praktykę kształcenia również poprzez muzykowanie w uczniowskich zespołach kameralnych. Sprawą osobną jest to, że do tego muzykowania wprowadzałem nierzadko elementy jazzu. Dawałem też – i daję do dziś – prywatne lekcje adeptom jazzu w dziedzinie trąbki, fortepianu, również skrzypiec i śpiewu. Uczyłem ponadto wybitnie zdolnego gitarzystę Dariusza Adryańczyka. Robił ogromne postępy, zacząłem grać z nim na flügelhornie w duo. Ta współpraca okazała się dla mnie inspirująca. Zarejestrowaliśmy wspólnie kilkadziesiąt minut muzyki, chciałbym, aby ten materiał ukazał się na płycie.

– Pod jakim względem była ta współpraca inspirująca?

– Pracowałem z Adryańczykiem w pofabrykanckim pałacyku przy ul. Tymienieckiego. Znajdujący się tam stuletni, lekko rozstrojony fortepian, w którego brzmieniu ujawniają się alikwoty, sprowokował mnie – co może wydać się zaskakujące – do nowych poszukiwań dźwiękowych: zarówno harmonicznych, zmierzających w stronę politonalności, kolorystycznych, jak i metrorytmicznych (polimetrycznych).

– Pana styl ewoluuje…

– Cóż, zaczynałem od swingu i mainstreamu, potem przyszła faza awangardowa. Obecnie, bardziej niż kiedyś, liczy się dla mnie kształtowanie linii melodycznej z jednoczesnym nastawieniem na niuanse kolorystyczne i tworzenie klimatów poetyckich. Częściej sięgam też właśnie po flügelhorn, instrument o głębszym i cieplejszym brzmieniu, starając się wykorzystywać jego skrajne rejestry, różnicować artykulację i dynamikę. We wszystkich fazach działalności systematycznie grałem bluesa, który traktuję jako podstawę muzykowania jazzowego także z tego powodu, że w bluesie nie może być nuty przypadkowej, każda ma tu swoją wagę.

– Miał pan swój wzór w zakresie improwizacji?

– Zawsze był nim Miles Davis z nieodłącznym dla niego poczuciem formy oraz timingiem.

– Ukazała się właśnie płyta Family Sounds z pańskimi kompozycjami, improwizacjami na trąbce, flügelhornie i fortepianie, utworami elektronicznymi córki, Justyny, oraz interpretacjami gitarowymi syna, Huberta. Jaki jest jeszcze, poza wcześniej wspomnianym, pomysł na następną CD?

– Myślę m.in. o wydaniu krążka z improwizującą trąbką (lub flügelhornem) na tle organów kościelnych.

– A co nowego ma do zaproponowania Mariusz Stopnicki – kompozytor?

– Piszę akurat kolejną balladę. Polubiłem ostatnio wolniejsze kawałki.

(„Kalejdoskop” 6/2015)

More from category

Historyczne organy na płycie

Ukazała się interesująca płyta z muzyką organową, będąca cegiełką przeznaczoną na zakończenie rekonstrukcji [Read More]

III Zlot Poetów

W łódzkim Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 7 przy ul. Minerskiej (w gmachu i na terenie przyszkolnym) [Read More]

Koncert wśród lilii

W uniejowskiej kolegiacie odbył się koncert poetycki pt. Uniejów i jego święci z udziałem m.in. łódzkiego poety [Read More]

Od czystej formy do choreografii faktu

Organizowane co dwa lata przez Teatr Wielki w Łodzi Spotkania Baletowe są przedsięwzięciem artystycznym najwyższej [Read More]

Angela Gheorghiu w Łodzi

Na scenie łódzkiego Teatru Wielkiego, w nadzwyczajnym koncercie wieńczącym obchody 50-lecia  placówki, [Read More]

Interesting Sites

    Archives