Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Sunday September 23rd 2018

Spełniam swoje marzenia

 Rozmowa z Przemysławem Wieczorkiem – studentem pedagogiki, niepełnosprawnym sportowcem, medalistą para-taekwondo

JANUSZ JANYST – Panie Przemku, jak wyglądało Pana dzieciństwo?

PRZEMYSŁAW WIECZOREK – Urodziłem się w Zgierzu w 1985 roku. Pierwsze lata spędziłem wraz z rodzicami i o rok młodszą siostrą w Aleksandrowie Łódzkim. Tam też miałem iść do szkoły, jednak po tym, jak między rodzicami zaczęło się źle układać, przeprowadziłem się z siostrą na wieś. Gdy rodzice się rozstali, zaczęła się nami opiekować babcia – mama mojej mamy. Do „zerówki” poszedłem już na wsi, do niedużej szkoły w Sobieniu. Babcia wychowywała siostrę i mnie w duchu katolickim. Bardzo dbała, byśmy co niedziela chodzili do kościoła, regularnie spowiadali się, uczestniczyli w rekolekcjach. Modliliśmy się codziennie przed snem. Klękaliśmy w trójkę i odmawialiśmy pacierz. Kiedy zdałem do piątej klasy, nastąpiła zmiana szkoły – ta w Sobieniu miała tylko „zerówkę” i cztery klasy. Miejscem nauki stała się Ruda Bugaj. Uczęszczałem tam tylko rok – przez okres piątej klasy.

– Czy już wtedy zaczęła się fascynacja sportem?

– W piłkę nożną grałem z kolegami już w Sobieniu. Mecze odbywały się podczas przerw lekcyjnych. W Rudzie Bugaj działała drużyna piłkarska Uczniowskiego Klubu Sportowego „Koniczynka”, której trenerem był pan Zieliński. Szybko zapisałem się do tej drużyny. Odbyliśmy sporo meczów w lidze juniorów. Graliśmy z klubami z całego regionu łódzkiego. Początkowo grałem w polu, jednak wkrótce przeniosłem się na bramkę. Poczułem, że tu jest moje miejsce. Sporo osób – między innymi mój trener, który sam kiedyś był bramkarzem – mówiło mi, że mam talent.

– Czy kontaktował się Pan z rodzicami?

– Mama, niestety, miała problemy z alkoholem i od nas odeszła. Po kilku latach dostaliśmy wiadomość, że nie żyje. Tata odwiedzał nas nieraz, zabierał w weekendy do lunaparku. Gdy byłem w piątej klasie, założył nową rodzinę i chciał, bym wraz z siostrą dołączył. Przeprowadziliśmy się wiec do Łodzi. Miałem nadzieję, że uda się stworzyć prawdziwą rodzinę. Niestety, rzeczywistość nie była tak kolorowa, jak się spodziewałem. Kontakt z moją nową mamą nie był łatwy.

– Tym ważniejszy stawał się sport…

– Tata zapisał mnie do piłkarskiej drużyny juniorów – „Orzeł” Łódź. Szło mi bardzo dobrze. Szybko stałem się pierwszym bramkarzem. Rozegraliśmy wiele meczów w lidze juniorów. Pewnego dnia graliśmy mecz z Łódzkim Klubem Sportowym. Trener ŁKS-u był także trenerem reprezentacji juniorów województwa łódzkiego – nazywał się Chojnacki. Zwerbował mnie do drużyny ŁKS – najlepszej wówczas w województwie, także jednej z lepszych w kraju. Tutaj było mi trochę trudniej, niż w poprzednich klubach. Konkurencja była duża. O grę w pierwszym składzie walczyło co najmniej trzech bramkarzy. To był czas podstawówki, siódmej, czy ósmej klasy. Pewnego dnia podczas treningu zimowego w plenerze poślizgnąłem się i doznałem kontuzji kolana. Wykluczyło mnie to z gry i treningów na prawie rok. Do dziś odczuwam czasem ból w kolanie. Próbowałem wrócić do gry, jednak rok przerwy okazał się trudny do nadrobienia. Moja motywacja kończyła się. Zrezygnowałem z treningów.

– A co z nauką?

– Poszedłem do Liceum Ogólnokształcącego nr 46 w Łodzi. Zapisałem się do klasy sportowej. W tym też czasie zaczęło mnie pociągać inne życie. Zdarzało mi się popalać papierosy, czasem korzystać z innych używek. Sport już nie bawił mnie tak bardzo, jak przedtem, nie miałem dawniejszej pasji. Zdałem maturę. Chciałam studiować, jednak nie dostałem się na geografię – kierunek, który sobie wtedy wymarzyłem. Poszedłem do studium gastronomicznego. Pamiętam, że był to czas, w którym nie miałem w życiu żadnych celów. Żyłem z dnia na dzień. Chodziłem pół roku na siłownię, zapisałem się także na taekwondo (to sztuka walki), jednak po trzech miesiącach dałem sobie spokój.

– Czuję, że zbliża się Pan do tego, co najgorsze.

– 10 czerwca 2005 roku stałem się ofiarą wypadku. Jeśli chodzi o szczegóły, jest to dla mnie temat bardzo trudny. To przez swoją głupotę i nieodpowiedzialność znalazłem się na torach. Lewą rękę pociąg urwał mi całą. Prawą amputowano początkowo tylko częściowo, jednak potem trzeba było amputować ją wyżej. Ja dokładnie nawet nie wiem, jak było, i na razie wiedzieć nie chcę. Dokumentów dotyczących wypadku nie przeglądam. Nie chcę do tego wracać. Dziś mam przed sobą cele i na nich się skupiam. Mam marzenia, które spełniam. Tamto zdarzenie, to temat bardzo ciężki. Jednak wiem, że już niedługo się z nim uporam.

– Jak odnalazł się Pan po tej tragedii, jak udało się nie załamać?

– Pierwsze miesiące po wypadku były okresem niezwykle trudnym. Powiedziałbym, że strasznym. Niektórzy mówią, że nadzieja umiera ostatnia, jednak wiem, że ona także potrafi umrzeć. Czułem się wtedy kompletnie przegrany. Nie dość, że świat mi się zawalił, to jeszcze żyłem w świadomości, że ten stan rzeczy nigdy się nie zmieni. Wtedy myślałem, że jestem w piekle. Nie ma takich słów, by opisać, co wtedy czułem. Około trzech miesięcy przeleżałem w szpitalu. Potem trafiłem do domu. W bardzo złym stanie psychicznym. Całe dnie leżałem w łóżku, przyczepiony do cewnika, który sprawiał mi ogromny ból. Nocą patrzyłem w sufit i spałem trzy, maksymalnie cztery godziny. Nie mogłem tego wszystkiego znieść psychicznie. Znajomi chcieli mnie odwiedzać, lecz nie miałem ochoty się z nimi widzieć. Nie chciałem, by patrzyli na „przegrańca”, który jeszcze wczoraj chodził dumny. Doszło wkrótce do dwóch wizyt w szpitalu psychiatrycznym. Po pierwszej poczułem się lepiej. Ale coś znów we mnie pękło i ponownie trafiłem pod opiekę medycznych specjalistów. Druga wizyta była już mniej przyjemna. A kiedy wyszedłem – znów byłem przybity, leżałem całe dnie w łóżku, a w mojej głowie były same czarne myśli.

– W końcu nadszedł jednak czas psychicznego odrodzenia?

– Mieszkałem ponownie z babcią. Pewnego dnia postanowiłem, że już więcej nie będę tak żyć. Zacząłem pracę nad sobą. Trafiłem na kilka książek motywujących, uwierzyłem całym sobą w to, co autorzy tam piszą i postanowiłem stosować ich rady w życiu. To trwa do dziś. Zacząłem się także modlić. I dzięki temu wszystkiemu, powoli, etapami, zacząłem czuć się coraz lepiej. W roku 2008, choć nie była to decyzja łatwa, rozpocząłem studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi. Studiowanie mnie wciągnęło. Włączyłem się w działalność Samorządu Studenckiego. Po trzech latach uzyskałem licencjat. Dałem pierwsze artykuły do „Gazety Edukacyjnej” w wydaniu internetowym. Teraz przygotowuję się do napisania pracy magisterskiej na temat niepełnosprawnych sportowców. Byłem, i nadal jestem, wolontariuszem w kilku miejscach. Zainicjowałem też inne działania społeczne – m.in. na rzecz osób niepełnosprawnych.

– I wrócił Pan do sportu.

– W komórce miałem worek treningowy, który zacząłem kopać. Rozpocząłem także bieganie. W 2010 roku moja uczelnia zorganizowała sztafetę. Pobiegliśmy z Łodzi do Warszawy. Rok później była kolejna sztafeta. Tym razem z Łodzi do Studzienicznej na Mazurach, w sumie ponad 400 km. Biegliśmy trzy dni i dwie noce. Na tę sztafetę zaprosił mnie znajomy z łódzkiej Straży Miejskiej – Stasio, a także Piotr, który jest naczelnikiem przy ul Mokrej. Super ludzie, którzy zaszczepili we mnie sporo pozytywnego myślenia. Chciałem robić coś więcej. Pewnego dnia dowiedziałem się o Łowickiej Akademii Sportu, której prezesem jest mój dzisiejszy trener – Kamil Sobol. Już dwa lata trenuję pod jego kierunkiem para-taekwondo olimpijskie. W czerwcu 2013 roku pojechałem na swoje pierwsze zawody, Mistrzostwa Świata w para-taekwondo w Lozannie. Półroczne trenowanie nie wystarczyło, by pokonać zawodnika z Rosji – Spartaka Gazzaev’a, występującego w tej samej kategorii amputacji oraz wagowej, + – 80 kg. Przegrałem walkę, jednak dostałem srebrny medal – pierwszy, historycznie biorąc, medal w tej dyscyplinie dla Polski (bo pierwszą wygraną walką może poszczycić się Damian Kubiak z Poznania, który pokonał swojego przeciwnika na Mistrzostwach Świata w Rosji). W tym roku byliśmy na zawodach w Rosji. Znów przegrałem swoją walkę. Na pewno nie tłumaczy mnie to, że trenuję niecałe dwa lata, a mój przeciwnik około siedmiu. Muszę popracować nad psychiką. Trener powtarza mi, jak istotne jest odpowiednie nastawienie psychiczne. Taekwondo nie jest sportem rekreacyjnym. Niemal po każdym treningu wracam poobijany. Jakiś czas temu, gdy po powrocie do domu zobaczyła mnie moja dziewczyna, szybko zamówiła taksówkę i pojechaliśmy w nocy do Zgierza, by szyć w szpitalu wargę. Same dojazdy i powroty z treningów także nie są łatwe. Do Łowicza z mojej wsi leżącej pod Aleksandrowem – Starego Adamowa – blisko nie jest. Przeważnie powrót muszę sobie organizować sam, bywa, że wracam taksówką. W tym roku uczestniczyłem w kursie w Korei Południowej. Trwał ponad dwa tygodnie, obejmował trzy treningi dziennie oraz wykłady nt. taekwondo olimpijskiego. Moim nadrzędnym planem dotyczącym sportu jest paraolimpiada w 2020 roku

– Czy taekwondo stało się sposobem na życie?

– Z pewnością. Jeśli człowiek bardzo o czymś marzy, wreszcie to osiągnie. Kiedyś miałem marzenia, które dziś spełniam. Z kolei dziś mam marzenia, które będę realizował w przyszłości. Bardzo mi w tym wszystkim pomaga wiara w Boga, powiem więcej – jest to podstawa i fundament. Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. Wierząc i ufając Bogu, wierzymy także w siebie. Nie jest łatwo, ale gdyby w życiu było za łatwo, nietrudno byłoby upaść i już nigdy się nie podnieść. Chcę się nieustannie rozwijać, by stawać się coraz lepszym człowiekiem. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy mi pomagają. Nie będę ich wymieniał, bo mógłbym kogoś pominąć. Niestety, ostatnio zmarła na raka moja babcia, najbliższa mi i mocno kochana przeze mnie osoba. Ale pojawiła się przy mnie Monika – dziewczyna, która mnie pokochała i z którą, mam nadzieję, będę zawsze.

More from category

„Biuletyn IPN” o Łodzi

Ukazał się kolejny, czerwcowy numer reaktywowanego „Biuletynu IPN – pisma o najnowszej historii Polski”. [Read More]

Pracę traktuję jako misję

Rozmowa z Tomaszem Krupą, pedagogiem Zespołu Szkół Specjalnych Nr 2 w Łodzi    Janusz Janyst – Jest [Read More]

Film jako baza edukacyjna

Status kulturowego odbiorcy uzyskuje się poprzez trud i pracę, prowadzące do erudycji w sferze tekstualnej i [Read More]

Rozśpiewany festiwal

Ważny dla kultury muzycznej i mający ogólnopolski zasięg Łódzki Festiwal Chóralny Cantio Lodziensis odbył się [Read More]

Koncerty ku czci

W Łodzi odbyło się ostatnio kilka koncertów patriotycznych, dedykowanych ważnym postaciom historycznym. Brali w [Read More]

Interesting Sites

    Archives