Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Saturday January 20th 2018

Jako artysta czuję się spełniony

Rozmowa z ROBERTEM SARNECKIM, artystą baletu Teatru Muzycznego w Łodzi

Janusz Janyst: – Teatr Muzyczny urządził ostatnio Pana benefis. Okazją była zapewne okrągła rocznica pracy zawodowej.

Robert Sarnecki: – Oficjalnie – trzydziestolecie. W istocie jednak jestem na scenie dłużej, bo 32 lata.

– Wiem, że nie przez cały ten czas związany był Pan ze sceną przy ul. Północnej. Jak wyglądała droga zawodowa?

– Była długim poszukiwaniem przeze mnie miejsca pracy spełniającego oczekiwania. Po ukończeniu Szkoły Baletowej w Warszawie rozpocząłem w 1982 roku pracę w tamtejszym Teatrze Wielkim. Po jednym sezonie przeszedłem do krakowskiego Teatru Tańca „Silva Rerum”. Po półtora roku wróciłem do Teatru Narodowego, gdzie jako koryfej tańczyłem do końca dekady. Następnie zaangażowałem się w teatrze Wielkim w Lodzi i pozostałem w tej placówce do 1994 roku. Wróciłem do Warszawy, tym razem do Teatru „Roma”. Następnie na kilka miesięcy wyjechałem do Portugalii, by występować w rewii – było to zresztą cenne doświadczenie, biorąc pod uwagę nowe dla mnie konwencje taneczne.

– I znowu przyszła kolej na Łódź?

– W tym sensie, że zostałem przyjęty do zespołu realizującego stworzoną tutaj przez Darylla Robinsona w 1995 roku Webber Gala. Z całą grupą wykonawców jeździłem z tym musicalowym programem po Europie przez siedem lat.

– Była pewnie okazja do ciekawych obserwacji.

– Zauważyłem, że w Niemczech, gdzie musical był, a pewnie i jest nadal, niezmiernie popularny, budowano niekiedy teatr dla konkretnego przedstawienia. Tam na kulturę jakoś się nie skąpi. Po Webber Gala zostałem etatowym tancerzem łódzkiego Teatru Muzycznego.

– W ilu spektaklach brał Pan tu udział i które wspomina najcieplej?

– Uczestniczyłem we wszystkich premierach począwszy od 2002 roku. Bardzo dobrze wspominam Księżniczkę czardasza Kálmána, Orfeusza w piekle Offenbacha, Wonderful Town Bernsteina, także inscenizowany koncert z okazji 60-lecia teatru oraz w nasze samodzielne widowiska baletowe – All That Jazz Between Us i Łajzę.

– Gdyby miał Pan określić własne emploi…

– Uważam się za tancerza charakterystycznego, w tym kierunku podążałem już stawiając pierwsze zawodowe kroki na scenie warszawskiej (taniec Młynarza-Farruca w balecie Trójgraniasty kapelusz de Falli, taniec hiszpański w Jeziorze łabędzim Czajkowskiego). Balet klasyczny bazuje na określonych umiejętnościach technicznych i czysto tanecznych środkach oddziaływania, co wiąże się niejednokrotnie z emocjonalnym dystansem. A mężczyzna, partnerując tancerce, jest często jakby na drugim planie. Natomiast rola charakterystyczna pozwala pełniej się wyrazić a jednocześnie być bardziej zauważalnym. W jeszcze większym stopniu dotyczy to rejonów stylistycznych spoza baletowej klasyki, a więc również teatrów operetkowo-musicalowych, stawiających przed tancerzami wszechstronne zadania.

– Zwróciłem uwagę, że tancerze niekiedy nawet śpiewają razem z chórzystami. Pan zarazem ujawnia znakomite predyspozycje pantomimiczne, że wspomnę o roli Mister Cellophane w All That Jazz Between Us czy Marszalku Dworu w Słowiku z muzyką Lutosławskiego.

– I takie działania lubię. Zresztą pewnych rzeczy nauczyłem się dopiero występując w musicalach. Myślę przede wszystkim o interpretacji czysto aktorskiej, będącej w moim wypadku wynikiem psychicznego „otwarcia się” i uruchomienia wyrazowych rezerw. Ale, oczywiście, taniec pozostaje najważniejszy.

– Zapewne w obecnych czasach sceny, na których wystawia się operetki, komedie muzyczne oraz musicale, nie mogłyby się obejść bez baletu jako elementu spektaklu.

– Na pewno nie. Już Lehar przykładał do tańca dużą wagę a od czasów West Side Story Bernsteina żaden szanujący się musical nie może tańca nie uwzględniać. Sekwencje baletowe wzbogacają i dynamizują spektakl. Gdy podczas operetki czy musicalu zespół baletowy wkracza na scenę, publiczność w sposób wyczuwalny ożywia się, emocje się podnoszą.

– Wiem, że jest Pan rozpoznawalny i cieszy się sympatią widzów, zaś benefis potwierdza, że ceni Pana także środowisko zawodowe.

– Z kolegami z teatru bardzo dobrze mi się współpracuje, tworzymy zwarty zespół, a to, że miewam (naturalnie, nie tylko ja) różne oznaki akceptacji ze strony widzów… Cóż, myślę, że dla każdego artysty jest mile, gdy nawet gdzieś na ulicy, lub w sklepie, ktoś przywita się, przedstawi jako bywalec teatralny i powie coś sympatycznego. Ja dzięki takim również momentom mogę o sobie powiedzieć, że jako artysta czuję się spełniony.

– I to mimo, że sytuacja zawodowa tancerzy optymistycznie raczej dziś nie nastraja?

– To jest druga strona medalu. Jako grupa zawodowa mamy niskie zarobki i towarzyszy nam niepewność jutra. Dawniej artyści baletu przechodzili na emeryturę po 25 latach pracy. Obecnie, na skutek decyzji rządu, wiek emerytalny wynosi także dla nas 67 lat. A przecież do tej granicy wiekowej nikt nie będzie wychodzić na scenę, aby zatańczyć. Możemy nagle zostać bez środków do życia, tym bardziej, że konkurencja jest niemała, sporo pracuje w Polsce tancerzy z zagranicy a krajowe szkoły baletowe produkują nowe kadry.

– Choć podobno z jakością kształcenia w tychże szkołach różnie bywa.

– Niestety, ta jakość obniża się. Zamiast pięciu szkół z powodzeniem wystarczyłaby jedna, ale na naprawdę wysokim poziomie.

– Z kolei teatry cienko przędą, niektórzy twierdzą, że w ogóle kultura podupada…

– Urynkowienie kultury, komercjalizacja, częste schlebianie niewybrednym gustom, zmieniły obraz życia artystycznego i niepokojąco obniżyły społeczny status artystów, wśród których przybywa wyrobników biegających za zarobkiem. To się daje odczuć we wszystkich artystycznych środowiskach. „Moja” placówka stara się zachować klasę, ale w istocie walczy o przetrwanie. Nie ma pieniędzy na premiery, prowadzona jest polityka oszczędnościowa.

– Czy, biorąc to wszystko pod uwagę, taniec może być dziś dobrym sposobem na życie?

– To po pierwsze ciężka i niezwykle absorbująca praca – z czego może nie wszyscy zdają sobie sprawę. Ale z drugiej strony, dla psychicznie odpornych, fizycznie wytrwałych, rozmiłowanych w zawodzie i nienastawiających się na bogacenie się – źródło ogromnej satysfakcji. Jeśli kogoś praca w teatrze męczy i stresuje, szybko powinien poszukać sobie innego zajęcia. Jednak gdy – jak w moim przypadku – naprawdę lubi się to, co się robi, wszelkie minusy schodzą na dalszy plan.

– Dziękując za rozmowę życzę wielu kolejnych, satysfakcjonujących lat pracy.

More from category

Cyrk „utaneczniony”

Cyrk w operze? A jednak! Teatr Wielki w Łodzi zaprosił na gościnny spektakl węgierskiego, liczącego około [Read More]

Muzyka i taniec dopełniają się

Rozmowa z Katarzyną Zielińską, flecistką i tancerką salsy   Janusz Janyst: – Jean Paul napisał [Read More]

Od czystej formy do choreografii faktu

Organizowane co dwa lata przez Teatr Wielki w Łodzi Spotkania Baletowe są przedsięwzięciem artystycznym najwyższej [Read More]

Energetyczne balety

Na zakończenie minionego sezonu artystycznego łódzki Teatr Wielki przygotował ciekawą premierę baletową, [Read More]

Koncentracja pierwiastka radości

Taniec i rytm to moje żywioły, mówi JOANNA WOLAŃSKA – tancerka, rytmiczka, choreograf, pedagog w Zespole [Read More]

Interesting Sites

    Archives