Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Saturday June 23rd 2018

Taniec to radość

Rozmowa z KAROLINĄ REJNUS, solistką baletu i asystentką choreografa Teatru Muzycznego w Łodzi 

Janusz Janyst: Balet Teatru Muzycznego nie jest formacją, o której pisałoby się i mówiło szczególnie dużo.

Karolina Rejnus: – Myślę jednak, że mimo to docenia się jej rolę.

– Z czasów wczesnej młodości pamiętam z baletu operetki panów z dość wyraźnie zarysowanymi brzuszkami i panie w wieku co najmniej balzakowskim.

– Obecnie nasz zespół jest znacznie odmłodzony, choć mamy także tancerzy dojrzałych. Jest to jednocześnie zespół legitymujący w pełni profesjonalnym przygotowaniem zawodowym, co, jak wiem, kiedyś też nie było w każdym indywidualnym przypadku regułą. Większość koleżanek i kolegów ukończyła, tak jak i ja, Ogólnokształcącą Szkołę Baletową im. Feliksa Parnella w Łodzi, a niektórzy szkołę warszawską, gdańską, lub poznańską. Jeden z kolegów wykształcenie taneczne zdobywał na Ukrainie.

– Ile jest w zespole etatowych tancerzy?

– Osiem tancerek i sześciu tancerzy. W razie potrzeby doangażowywane są do danego spektaklu dodatkowe osoby.

– W ostatnim okresie balet Teatru Muzycznego zaistniał w życiu teatralnym w sposób bardziej, niż to dawniej bywało, wyrazisty (a mam na myśli właściwie całą historię łódzkiej sceny) dzięki dwóm autonomicznym przedstawieniom baletowym. Pierwszym z nich był All That Jazz Between Us (premiera w roku 2008), drugim Łajza z ubiegłego sezonu.

– Udział w tych spektaklach, przygotowanych od strony reżyserskiej i choreograficznej przez kierownika baletu, Artura Żymełkę, dał nam sporo satysfakcji. Bardzo mobilizująca była świadomość, że cała odpowiedzialność za ostateczny rezultat artystyczny spoczywa w naszych rękach (i nogach!). Pragnęlibyśmy, aby zrodziła się kolejna tego typu inicjatywa, dająca możliwość sprostania nowym wyzwaniom i udowodnienia, że zespół baletu w Teatrze Muzycznym nie musi być tylko barwnym tłem dla śpiewaków.

– Czy te widowiska złagodziły ewentualne frustracje zawodowe, których nie można przecież wykluczyć u tancerzy realizujących najczęściej wstawki baletowe w operetkach, komediach muzycznych bądź musicalach? A trzeba dodać, że częstotliwość premier, w wyniku permanentnego niedofinansowania łódzkiej placówki, nie jest duża.

– Nie ukrywam, że było naszym pragnieniem, aby funkcjonować zawodowo w sposób podobny do pracy kolegów z teatrów oper i baletu, gdzie taniec bywa nie tylko komponentem przedstawień operowych, niekiedy zresztą w symbolicznym wymiarze, ale i tworzywem podstawowym w spektaklach stricte baletowych (choć Teatr Wielki w Łodzi z naszego punktu widzenia nie jest tu akurat najlepszym wzorem). Spełnienie artystyczne w zawodzie to już zupełnie odmienna i bardzo indywidualna kwestia, która, moim zdaniem, wcale nie zależy od nazwy instytucji, w której się pracuje.

– Powróćmy do repertuaru podstawowego sceny przy ul. Północnej. Jaka, biorąc pod uwagę technikę i styl, jest różnica między tańcami pojawiającymi się w operetkach i musicalach?

– Wstawki baletowe w operetkach najczęściej opierają się na technice tańca klasycznego, niekiedy dziewczyny tańczą na pointach. Natomiast musicale wymagają już zupełnie odmiennego ruchu, wczucia się np. w styl tańców jazzowych. Tu na ogół trzeba też inaczej zachowywać się na scenie. Tancerze muszą nierzadko… łączyć taniec ze śpiewem, stawiane są też przed nami konkretne zadania aktorskie.

– W tym momencie nie mogę nie wypowiedzieć komplementu pod adresem całego zespołu. Jestem mianowicie zdania – a opieram się również na wrażeniach wyniesionych z owych baletowych wstawek, na przykład w Wesołej wdówce, Krainie uśmiechu czy, ostatnio, w musicalu Zorro – że balet Teatru Muzycznego tańczy coraz lepiej.

– Miło to słyszeć. Mogę tylko stwierdzić, że pracujemy z pełnym zaangażowaniem, bo uważamy, że nawet krótkie wejścia na scenę – jak choćby w wystawianym drugi sezon z powodzeniem „dziwowisku” kabaretowym Jeszcze nie pora nam spać, zrealizowanym wspólnie z Grupą Rafała Kmity i choreografem Jarosławem Stańkiem – jeśli są solidnie przygotowane, to zostaną docenione przez widzów. Oczywiście, poziom zespołu, poza odbytą wcześniej przez tancerzy edukacją w szkołach baletowych, zależy od systematycznej pracy. My codziennie mamy od rana tzw. lekcję, w ramach której ugruntowujemy i doskonalimy technikę klasyczną. Ta technika dla każdego z nas jest bazą, podstawą, bez której trudno byłoby osiągnąć odpowiednią linię czy lekkość w tańcu, bez względu na jego odmianę oraz styl. Lekcja zarazem rozgrzewa ciało i przygotowuje mięśnie do dalszej pracy. Bo potem uczestniczymy w próbach – przed południem oraz wieczorem. Odbywają się one pod okiem kierownika baletu, ale wspomnę, że będąc asystentką choreografa, również je prowadzę.

– Proszę krótko opisać lekcję.

– Zaczynamy ją od plié przy drążku. To rodzaj przysiadu, uginanie kolan przy równoczesnym wykręceniu nóg w różnych pozycjach baletowych. Po partii ćwiczeń przy drążku przechodzimy „na środek” i powtarzamy wybrane ćwiczenia bez pomocy drążka. Ćwiczymy aplomb (utrzymanie równowagi), skoki, piruety, lekcję kończymy fouetté, czyli obrotami na jednej nodze, będącymi zazwyczaj kulminacją i popisem umiejętności technicznych baleriny pod koniec pas de deux. Lekcje prowadzą Iwona Pietruszyńska i, od niedawna, Tomasz Moskal.

Czym się wyróżnia Pani praca jako solistki?

– Tylko tym, że jeśli jest przewidziana jakaś partia solowa, to ją wykonuję. We wszystkich innych wypadkach, a więc także w trakcie codziennych ćwiczeń, robię ściśle to samo, co koleżanki.

– W koncercie inscenizowanym pt. Ten piękny, wspaniały świat na uznanie zasłużyła m.in. w interpretacji Pani i partnerujących Jej kolegów dynamiczna parafraza tanga. Ile czasu zajęło przygotowanie tego numeru?

El Tango stanowi element spektaklu All That Jazz Between Us. Numer powstawał tuż przed premierą, mieliśmy niecały tydzień na jego przygotowanie. Od premiery tańczę go z Robertem Sarneckim, natomiast Tomasz Moskal ostatnio zastąpił kontuzjowanego Krzysztofa Baczyńskiego (na premierze wystąpił Rafał Dudek). Całe przedstawienie zrealizowane zostało podczas remontu Teatru Muzycznego i pojawiało się sporadycznie na różnych scenach zastępczych.

– Czy solista miewa jakiś wpływ na kształt tego, co tańczy?

– We wspomnianym układzie choreograf, Artur Żymełka, był otwarty na nasze sugestie co do szczegółów.

– Jako tancerka a zarazem asystent choreografa współpracowała Pani z różnym choreografami – może nasuwają się jakieś uwagi, porównania?

– Współpracowałam m.in. z Janiną Niesobską, Ingą Pilchowską, Jarosławem Stańkiem, czy wcześniej, jeszcze nie jako asystentka, z Henrykiem Rutkowskim. Praca z każdym choreografem wyglądała inaczej. Mówiąc najogólniej – jedni pracują szybko, inni skupiają się na szczegółach, niektórzy są surowi, inni starają się zmniejszać dystans między sobą a tancerzami. Dało to bardzo ciekawe doświadczenia i od każdego, jako osoba z racji swojej funkcji czuwająca nad całością przedstawień, wiele się nauczyłam.

– Czy korci Panią choreografia?

– Nie wykluczam, że będę kiedyś chciała popróbować swoich sił w tej dziedzinie.

– Słyszałem, że ma Pani szerokie zainteresowania, wynikające m.in. z ukończenia również szkoły muzycznej a potem studiów uniwersyteckich. Co to za studia?

– Ja najpierw chciałam być pianistką, ale ostatecznie wybrałam taniec. Po Szkole Baletowej podjęłam, równolegle z praca zawodową, studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Łódzkim. Ukończyłam je w specjalności filmoznawczej, pisząc pracę magisterską pt. Analiza porównawcza obrazów społeczeństwa konsumenckiego w światowym kinie przełomu XX i XXI wieku.

– Nie wybrała Pani tematu związanego np. z tańcem w musicalu filmowym. Czy dlatego, aby całkowicie oderwać się od spraw zawodowych?

– Sądziłam wówczas, że zajęcie się tańcem w filmie byłoby poniekąd pójściem na łatwiznę. Oczywiście, później żałowałam decyzji, która okazała się zupełnie niepraktyczna, zważając na mój ciągły brak czasu. Tak czy owak wykłady, a następnie zbieranie materiałów do pracy magisterskiej, czytanie rozmaitych tekstów i wreszcie pisanie – wszystko to stało się świetną okazją do zapoznania z zupełnie innym światem, niż ten mój codzienny. Teraz mam nową odskocznię – podjęłam studia podyplomowe dotyczące zarządzania kulturą.

– Co nie oznacza chyba, że wolałaby już Pani zarządzać, a nie tańczyć?

– O nie (śmiech), ja taniec kocham, on daje mi prawdziwą radość Chcę jednak zdobyć dodatkowe kwalifikacje, by przed emeryturą, w wieku, powiedzmy, pięćdziesięciu lat, mięć odpowiednie zajęcie. Moje koleżanki i koledzy rozumują podobnie – chcąc się na przyszłość zabezpieczyć wybierają najczęściej studia w zakresie pedagogiki tańca. Ale dostrzegam tu aspekt szerszy – zawsze uważałam, że artysta, niezależnie od tego, czym się zajmuje, powinien poszerzać horyzonty myślowe, gdyż to potem procentuje w działaniu.

– Jak postrzega Pani miejsce teatru muzycznego w obecnej kulturze?

– Myślę, że miejsce to wcale nie jest marginalne.i nie ogranicza się wyłącznie do sfery czystej rozrywki. Okazja do refleksji pojawia się już przecież w klasycznych musicalach, takich jak Człowiek z La Manchy, Skrzypek na dachu.

– Stwórzmy sytuację hipotetyczną. Gdyby Pani zarządzała…

– Wydaje mi się, że o randze konkretnej placówki w dużym stopniu decydować może jasne określenie jej profilu. A później konsekwentna realizacja planu i budowanie wizerunku. Zapewne warto podtrzymywać tradycję operetkową, która coraz częściej zastępowana jest bardziej współczesnymi formami widowisk muzycznych. Niemniej teatr muzyczny powinien być otwarty na różne formy twórczości. Na przykład scenie głównej może realizować duże projekty a na kameralnej wystawiać mniejsze spektakle, recitale, adresowane do węższego grona odbiorców. Tu byłaby też dobra sposobność do eksperymentowania. Zdaję sobie sprawę, że obecnie jedną z najistotniejszych kwestii są względy ekonomiczne, a to, niestety, prawie zawsze weryfikuje zamierzenia twórców i zmusza do różnego rodzaju ustępstw. Optymalne byłoby posiadanie licznych sponsorów i nieograniczonego budżetu, pozwalającego na kilka a nawet kilkanaście premier w sezonie. Ale teraz niejedna placówka walczy po prostu o przetrwanie.

– Czy Państwa, artystów, nie zniechęcają niskie zarobki?

– To bardzo przykre, że opłacani jesteśmy tak marnie, że nasze pensje nie sięgają nawet średniej krajowej. Wynika to przede wszystkim z kiepskiej sytuacji finansowej łódzkiego Teatru (choć, jak powiedziałam, sytuacja ta nie jest wyjątkiem). A trzeba zauważyć, że tancerze, nawet gdyby chcieli sobie dodatkowo zarobić, po prostu nie mają na to czasu. Pozostaje cieszyć się, że się robi to, co się lubi.

– Ile lat jest już Pani na scenie?

– Minęło jedenaście.

Trema już chyba dawno znikła?

– Wcale nie, brak tremy świadczyłby o rutynie, a w moim pojęciu rutyna oznaczałaby zawodowy koniec.

– Dziękując za rozmowę, życzę wiele jeszcze zawodowej satysfakcji – naturalnie, także całemu zespołowi .

Previous Topic:

More from category

Cyrk „utaneczniony”

Cyrk w operze? A jednak! Teatr Wielki w Łodzi zaprosił na gościnny spektakl węgierskiego, liczącego około [Read More]

Muzyka i taniec dopełniają się

Rozmowa z Katarzyną Zielińską, flecistką i tancerką salsy   Janusz Janyst: – Jean Paul napisał [Read More]

Od czystej formy do choreografii faktu

Organizowane co dwa lata przez Teatr Wielki w Łodzi Spotkania Baletowe są przedsięwzięciem artystycznym najwyższej [Read More]

Energetyczne balety

Na zakończenie minionego sezonu artystycznego łódzki Teatr Wielki przygotował ciekawą premierę baletową, [Read More]

Koncentracja pierwiastka radości

Taniec i rytm to moje żywioły, mówi JOANNA WOLAŃSKA – tancerka, rytmiczka, choreograf, pedagog w Zespole [Read More]

Interesting Sites

    Archives