Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Sunday December 16th 2018

Robię to co lubię

 Z J. Janystem rozmawia J. Janyst

– JANUSZ JANYST: – Wybierając sport jako zawód chciałeś zapewne połączyć przyjemne z pożytecznym?

JACEK JANYST: – Sport i związane z nim współzawodnictwo sprawiały mi frajdę od dziecka. W najmłodszych latach konkurowałem w rozmaitych grach i ćwiczeniach z kolegami oraz nieżyjącym już bratem, Markiem. To, co było formą zabawy, potem stało się pracą. Decyzję życiową podjąłem trafną – jako człowiek dorosły zawsze lubiłem to, co robię i robiłem to, co lubię. Odpowiada mi kontakt z ambitną, wysportowaną młodzieżą, rywalizacja indywidualna i zespołowa, doskonalenie się. Dostrzegam w tym też aspekt etyczny.

– Jako uczniowie przez parę lat byliśmy w jednej szkole (III LO w Łodzi). Pamiętam, że imponowałeś koleżankom i kolegom m.in. tym, że na przerwach dawałeś popisy chodzenia na rękach. Szybko skupiłeś wokół siebie najlepszych szkolnych sportsmenów. Czy w sporcie wrodzone predyspozycje są równie ważne, jak systematyczny trening?

– Rzeczywiście, zdarzało mi się na przerwach trochę powygłupiać. Ale zanim doszedłem do jakichś w miarę przyzwoitych umiejętności, nie raz i nie dwa potłukłem się, miewałem siniaki, wiedziałem jednak, że trzeba być twardym i nieustępliwym, by w sprawnościach posuwać się do przodu. Ogólnie, jeśli ktoś ma sportowy talent, będący rzeczą cenną, musi go wspierać systematyczną pracą, całkiem podobnie, jak dzieje się to w muzyce (śmiech). Ja nie ukrywam, że wtedy zależało mi na uznaniu szczególnie koleżanek, to był rodzaj dopingu.

– Jak wspominasz studia w warszawskiej AWF (gdzie na roku byłeś podobno z Marylą Rodowicz)?

– Studia były wspaniałe, warunki też – sale wykładowe, pracownie, hale sportowe, stadion, basen, stołówka, akademik, a nawet Studium Wojskowe, wszystko pięknie położone w Lasku Bielańskim na ogrodzonym terenie. Był to chyba pierwszy campus w Polsce. Uczelnia powstała z inicjatywy Józefa Piłsudskiego w latach trzydziestych i dzisiaj nosi Jego imię. Ale najważniejsi byli ludzie – kadra nauczająca ze wspaniałym dziekanem doc. Romanem Trześniowskim na czele oraz sympatyczne koleżanki i fajni koledzy. Rodowicz doszła do naszego roku po kontuzji i przerwie w studiach (była dobrą biegaczką na 80 m przez płotki) i towarzyszyła nam przez 3 lata. Chyba zrobiła absolutorium a potem już postawiła na śpiewanie.

– Uprawiałeś rożne dyscypliny. Co zaliczyłbyś do swoich sukcesów sportowych a potem trenerskich?

– Jako uczeń czy junior trenowałem siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczną, gimnastykę przyrządową, jazdę szybką na łyżwach, potem przyszła kolej na uprawianie pływania, żeglarstwa, narciarstwa zjazdowego oraz tenisa ziemnego – w który do dziś gram ze specjalnym upodobaniem. Ale pierwszy znaczący (dla młodego chłopaka) wynik to było mistrzostwo okręgu łódzkiego w samochodowych rajdach i wyścigach zręcznościowych. Miałem wówczas 19 lat. W pracy z młodzieżą akademicką za ważne osiągnięcie sportowe uważam zdobycie przez trenowanych przeze mnie siatkarzy AZS Politechniki Łódzkiej mistrzostwa Polski w 1986 r., co do dzisiaj nie zostało powtórzone.

– Słyszałem o specjalnej nagrodzie

– Skoro o tym wspominasz… Od Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego otrzymałem indywidualną nagrodę za pracę wychowawczo–dydaktyczną ze studentami PŁ, a istotne i satysfakcjonujące dla mnie było to, że o nagrodę tę wystąpili do ministra sami studenci (coś takiego rzadko się zdarza). To jedyna taka nagroda z górnej półki w historii Studium Wychowania Fizycznego i Sportu PŁ.

– Powiedz, jak studenci Politechniki traktują sport i zajęcia z wychowania fizycznego?

– Bardzo różnie. Pewna część kombinowała, jak się z wuefu wykręcić, przedstawiała „lewe” zwolnienia – na szczęście z czasem udało się to ukrócić. Ale większość przychodziła i przychodzi chętnie, nieraz nawet równolegle na dwa różne terminy, aby ćwiczyć w grupach o określonej specjalizacji zgodnej z zainteresowaniami. Wielu trenuje w sekcjach sportowych reprezentując Uczelnię na różnych zawodach, z mistrzostwami Polski włącznie. Problemem jest brak sali do gier, basenu, ale w tym roku ma ruszyć na terenie Politechniki budowa dużego obiektu sportowego spełniającego wszystkie wymagania. Dodam jeszcze, że zawsze miałem sporo chętnych na organizowane przez siebie, liczne obozy narciarskie a także żeglarskie (jestem sternikiem jachtowym). Uczestniczyłem również w obozach dla członków pracowniczego klubu żeglarskiego PŁ.

– Twoje związki z Politechniką Łódzką mają charakter rodzinny…

– Moja Mama była kierowniczką dziekanatu Chemii Ogólnej. Gdy przyszedłem do pracy w Studium Wychowania Fizycznego i Sportu w 1970 r. i pewnego dnia powiedziałem Mamie, że oprócz więzów rodzinnych będzie nas teraz łączyć również praca w tej samej instytucji, zaskoczenie było ogromne, bo wcześniej nie informowałem o swych zamiarach. Z Politechniką Łódzką byłem związany przez całe dotychczasowe życie zawodowe. W zeszłym roku, po 42 latach, które minęły praktycznie bez opuszczenia przeze mnie jakichkolwiek zajęć (WF, treningów, meczów) zakończyłem pracę w Studium, ale dalej jestem pracownikiem Uczelni jako nauczyciel WF w Publicznym Liceum Ogólnokształcącym  Politechniki Łódzkiej. Szkoła ta powstała w 2007 r. dzięki pomysłowi i staraniom rektora, prof. Jana Krysińskiego i ma już opinię jednej z najlepszych łódzkich szkół ponadgimnazjalnych, zajmuje też wysoką pozycję w skali kraju.

Na Uczelni, w Instytucie Chemii Radiacyjnej zatrudniona była jako pracownik naukowo-techniczny moja siostra, Bożenna. Z kolei jej mąż, Jerzy Werner, miał etat adiunkta w Instytucie Pojazdów na Wydziale Mechanicznym. No a ty, bracie stryjeczny (śmiech), też przecież przez parę lat prowadziłeś kulturoznawcze zajęcia fakultatywne na Wydziale Organizacji i Zarządzania.

– Nie zaprzeczam, zajęcia te również były inicjatywą rektora Krysińskiego. Wspomniałeś Jacku wcześniej o etycznym aspekcie sportu. Dziś jednak z etyką w sporcie różnie bywa.

– Boleję nad tym, że w sporcie zawodowym stosuje się nieraz niedozwolony doping, że „kupowane” są mecze. Młodzieży, z którą mam do czynienia, staram się wpajać zasady fair play licząc, że będzie to procentować także w życiu.

– A jak oceniasz polityczną świadomość środowiska akademickiego – studentów oraz wykładowców?

– Miałem, oczywiście, kontakt tylko z częścią studentów i pracowników Uczelni (średnio z około czterystoma osobami każdego roku). Rozmawiało się o różnych sprawach, także o polityce. Niestety, niepokojąco dużą grupę tworzyli zawsze bezkrytyczni odbiorcy prymitywnej, zmanipulowanej papki gazetowo-telewizyjnej, sączonej do ich mózgów przez mainstreamowe, papierowe i elektroniczne „przekaziory”. Pułap wykształcenia czy stopień naukowy nie miał w tym wypadku znaczenia. To wykształciuchy, mające kompetencje w sprawach zawodowych, lecz o swoich „własnych” poglądach politycznych dowiadujące się z kolejnego wydania jakiejś – jak ja to nazywam – „gazety wymiotnej”. Na pewno byłoby dobrze, gdyby ten stan mentalnej zapaści środowiska dalej się już nie pogłębiał, gdyby nastąpiła w tym względzie jakaś zmiana, jakieś przebudzenie – z korzyścią dla Polski i Polaków.

More from category

O filmowych festiwalach i nie tylko

Już pod koniec ubiegłego stulecia Maryla Hopfinger twierdziła, że kultura współczesna zyskała charakter [Read More]

Wyśpiewane dzieje

Z Jerzym Wolniakiem – reżyserem, śpiewakiem, pedagogiem, animatorem kultury, rozmawia Janusz Janyst – [Read More]

Diariusz Dariusza

Całkiem niedawno wpadł mi w ręce zbiór wierszy Dariusza Wolniakowskiego pod niepozbawionym dowcipu tytułem [Read More]

Wypowiadam się dźwiękami i ruchem

Rozmowa z Justyną Stopnicką – muzykoterapeutką, tancerką, instruktorką tańca oraz fitness, czyli nowoczesnych [Read More]

Małe ojczyzny dla Ojczyzny wielkiej

Zapatrzone w „postępową” Europę rodzime środowiska liberalno-lewicowe miały w ostatnim okresie swój [Read More]

Interesting Sites

    Archives