Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Wednesday August 15th 2018

My Fair Moniuszko

Trudno byłoby stwierdzić, że dwa łódzkie teatry związane z Polihymnią – Wielki i Muzyczny – ze sobą konkurują. Bo choć Wielki jest muzyczny, a Muzyczny wcale nie taki znów mały (po remoncie jest jeszcze pokaźniejszy), różnią się one specyfiką i profilem repertuarowym. Każda placówka „robi swoje” i tylko niekiedy zdarza się, że sfery działania krzyżują się.

Na scenie przy ul. Północnej nie wystawia się oper i baletów. Ale za to teatr na placu Dąbrowskiego, mając niewątpliwie na uwadze względy komercyjne, włącza niekiedy do repertuaru operetkę bądź musical. Zdarzało się nawet dublowanie tego, co robiono trzy przecznice dalej. Tak było z Wesołą wdówką Lehara z roku 1992, która w porównaniu z tą z Muzycznego okazała się jednak „niewesoła”. Tak było z, lepszym również na scenie operetkowej, Baronem cygańskim Straussa i niektórymi galami koncertowymi, podchwyconymi przez TW jako sposób na urozmaicenie repertuaru. Kolejna, osławiona już konfrontacja Leharowskich Wdówek nastąpiła się w 2005 roku. Premiery w teatrach Wielkim i Muzycznym odbyły się w połowie kwietnia dzień po dniu. Wdówka na scenie operowej, w reżyserii Anette Wolf nie wzniosła się ponad inscenizacyjny banał a nawet tandetę. Muzyczny znów był górą, choć i tu realizacja Tomasza Koniny sprawiła niedosyt ze względu na niepotrzebne przegięcie w stronę psychologizmu kosztem humoru.

Mimo kształtujących się na niekorzyść Teatru Wielkiego konfrontacji repertuarowych z Teatrem Muzycznym, ten pierwszy wciąż chce wyraźnie zaistnieć na nieswoim, w gruncie rzeczy, obszarze. A przecież opera, mogąca się pochwalić lepszymi na ogół siłami wokalnymi, z założenia nie pielęgnuje artystycznej świadomości artystów współgrającej z „podkasaną muzą” i nie ma, w związku z tym, zbyt wielu wykonawców obdarzonych odpowiednimi dla tejże muzy predyspozycjami, dysponujących w równym stopniu umiejętnościami śpiewaczymi, aktorskimi i tanecznymi.

Piszę to à propos wystawionej w reprezentacyjnej łódzkiej placówce My Fair Lady Fredericka Loewego. Należę do tych, którzy pamiętają znakomitą realizację tego klasycznego musicalu przez Andrzeja Żarneckiego w teatrze przy Północnej. Niezapomniane były m.in. główne role Anny Walczak i Adama Koziołka. Tym razem reżyserii podjął się Maciej Korwin i – żeby sprawę ująć najkrócej – zrobił to, przynajmniej częściowo, dobrze. Najbardziej udały się rozgrywające się na ulicy sceny zbiorowe – a pamiętać trzeba, że „zbiorówki” są pięta achillesową łódzkiej opery, z reguły po prostu rażą i nużą statycznością. Dużo jest tym razem tańca, angażującego także chórzystów (choreografia Joanny Semeńczuk), i choć precyzja ruchu mogłaby być większa, szczególnie gdy pojawiają się wymagające pełnej dyscypliny współdziałania rekwizyty: miotły, wiadra etc., to ogólnie „jest OK”.

Zdecydowanie słabiej wypadła natomiast strona aktorska. Karolina Trębacz w roli Elizy miała dobre momenty – na początku akcji, jako kwiaciarka, potem w scenie na wyścigach, jednak o wiele mniej przekonująca okazała się w drugim akcie, gdy potrzeba było więcej wyrazu dramatycznego. Nie usatysfakcjonował specjalnie Wojciech Paszkowski jako Higgins – tekst szybko i sprawnie wypowiadany stanowczo za mało zawierał aktorskich niuansów, królowała monotonia. Zdecydowanie przerysował postać Alfreda Doolittle’a Bernard Szyc, grawitując wręcz w stronę pajacowania i taniej błazenady. A nie o to przecież w tej postaci chodzi (vide również pierwowzór literacki – Pigmaliona George Bernarda Shawa Szyc zapewne nie czytał). Szkoda tego spłycenia. Bezbarwny okazał się Zenon Kowalski jako Pułkownik Pickerring. Spośród ról drugoplanowych usatysfakcjonowała (ale też nie do końca ze względu na skłonność do cedzenia słów), operująca wyłącznie tekstem mówionym, Zofia Uzelac (Pani Higgins). Do reżysera mam m.in. pretensję o zmarnowanie kulminacyjnej, także w sensie muzycznym, sceny, gdy następuje długo oczekiwany przełom w umiejętnościach Elizy, uczącej się z mozołem poprawnej wymowy. Dlaczego wycięta została słynna kwestia „w Hiszpanii mży, gdy dżdżyste przyjdą dni”? Najgorsze, że znikło całe napięcie dramatyczne tej sekwencji. Niestety, takich zupelnie bladych momentów w akcji było kilka.

Śpiew solistów, mających na ogół nieduże głosiki, wzmacniano za pomocą mikroportów, i to można uznać za wystarczające na potrzeby musicalu. Mikrofony natomiast obnażały intonacyjnie niedociągnięcia chórzystów i psuły barwę dzielnie na ogół spisującej się orkiestry (kierownictwo muzyczne: Dariusz Różankiewicz). Ogólna rada: nie przesadzać z elektroniką, w tym przybytku sztuki nie powinna ona być nadużywana.

I na marginesie: poruszany w Pigmalionie i jego musicalowej trawestacji problem „awansu klasowego” na podstawie opanowania sztuki pięknego mówienia jakże mało, niestety, przystaje do naszych czasów, w których tak powszechna jest na wszystkich piętrach hierarchii społecznej degradacja języka.

Omawiana premiera kazała w sumie zatęsknić za wspomnianą już, dawniejszą My Fair Lady w Teatrze Muzycznym. Ta zaś z kolei scena, nie zasypiając gruszek w popiele, „ripostowała” obecnie całkiem innym przedsięwzięciem. W sali widowiskowej Politechniki Łódzkiej zaprezentowane zostało, adresowane do młodzieży, ale z pewnością mogące podobać się także dorosłym, widowisko Znasz-li ten kraj… Spoko, to przecież Moniuszko, będące fabularyzowanym opracowaniem kilkunastu pieśni i kilku innych kompozycji naszego narodowego twórcy. Określenie „przeróbka klasyki” w muzyce kojarzy się jak najgorzej. Aranżer i kierownik muzyczny przedstawienia, „łodzianin z Sopotu” Andrzej Żylis dokonał wszelako rzeczy dość niezwykłej – przetwarzając muzykę Moniuszki w nawiązaniu do bliskich młodzieży konwencji – od soulu po rap – nie dość że nie pozbawił tej muzyki wartości, to jeszcze w postmodernistycznej z ducha, zręcznie żonglującej stylami twórczej zabawie potrafił ukazać coś z indywidualnego oblicza kompozytorskiego. Ta świetna warsztatowo i świadcząca o dobrym guście muzycznym praca zasłużyła sobie na płytową rejestrację i bardzo dobrze że TM taką płytę wydał. tym bardziej że nie zawiedli też wykonawcy: soliści na czele z Anną Dzionek, Jolantą Gzellą, Emilią Klimczak, Małgorzatą Kustosik, Piotrem Płuską, Tomaszem Rakiem, ponadto chór i kwintet instrumentalny.

Poszczególne muzyczne numery powiązane zostały dowcipnym, ale „przemycającym” wiadomości encyklopedyczne i odwołującym się dyskretnie do uczuć patriotycznych słowem. Scenariusz opracowali Stefan Lipiec oraz reżyser przedstawienia, Paweł Kruk. Premiera „próby generalnej” – bo taki umowny kształt nadali całości realizatorzy – miała kilka drobniutkich potknięć. Parę razy werbalnie „zaciął się” kreujący postać Moniuszki Janusz Skoneczny a jedna z solistek omal nie połamała sobie języka na słowie „;postmodernistyczny”.

Było także trochę humoru sytuacyjnego, np. gdy do akcji wkraczał tubista Marcin Wojsznarowicz, była też zaduma, a wszystko w przemawiającym do wyobraźni młodych odbiorców „graficiarskim entourage’u” (scenografia Mariana Jagodzińskiego).

Młodzież szkolna, pozbawiona dziś przez okaleczone programy nauczania lekcji wychowania muzycznego, potrzebuje dobrych, pozalekcyjnych form upowszechniania muzyki poważnej. Wiadomo, że propozycje wiążące się w środowiskach szkolnych z „występami gościnnymi” rozmaitych przyjezdnych ekip artystycznych, noszą często znamię chałtury. W omawianym przypadku dać można natomiast znak jakości. Uczniowie i pedagodzy – walcie więc na Moniuszkę!

Previous Topic:
Next Topic:

More from category

Pracę traktuję jako misję

Rozmowa z Tomaszem Krupą, pedagogiem Zespołu Szkół Specjalnych Nr 2 w Łodzi    Janusz Janyst – Jest [Read More]

Big-band Teatru Muzycznego

Teatr Muzyczny w Łodzi zaprosił na pierwszy koncert z planowanej serii „Klasycy big-bandu”.  Bohaterem [Read More]

Nietoperza lot niewysoki

Już po raz siódmy w historii łódzkich scen muzycznych wystawiona została Zemsta nietoperza. Ta ceniona powszechnie [Read More]

Staram się poszerzać swoje umiejętności

Rozmowa z Marzeną Konowalską – śpiewaczką, organistką, autorką pieśni religijnych Janusz Janyst – Ma [Read More]

Film jako baza edukacyjna

Status kulturowego odbiorcy uzyskuje się poprzez trud i pracę, prowadzące do erudycji w sferze tekstualnej i [Read More]

Interesting Sites

    Archives