Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Tuesday September 19th 2017

Różne zespoły, rozmaite konwencje

 Łódzkie Spotkania Baletowe to najważniejszy jeszcze do niedawna (a może i nadal?) festiwal poświęcony tańcowi w Polsce. Choć nie są już zakrojone tak szeroko, jak w pierwszych latach (przypomnijmy, że zostały powołane do życia w 1968 roku), wciąż stanowią jedną z głównych imprez artystycznych w naszym mieście. I nadal stwarzają dobrą okazję do zapoznania się z aktualnymi, światowymi dokonaniami w sferze baletu.

Jakie są te dokonania? Na razie nic nie wskazuje, by wiek XXI miał wnieść do choreografii i wykonawstwa baletowego jakieś zupełnie nowe jakości (sytuacja jest tu zresztą odbiciem ogólnego stanu sztuki ponowoczesnej). Jednak spuścizna czasów minionych, a w szczególności stulecia poprzedniego, jest na tyle bogata, że w wypadku twórczego jej potraktowania gwarantować może doznania ciekawe i urozmaicone.

Organizatorzy XXI Spotkań zadbali o to, aby nawet dość skromna oferta programowa była możliwie najbardziej zróżnicowana. Na scenie Teatru Wielkiego pojawiło się siedem „podmiotów wykonawczych” (nie zawsze były to bowiem zespoły). Niemal każdy reprezentował inną stylistykę. Podstawowym założeniem stało się wyeksponowanie dokonań wybitnych – żyjących, bądź też nie – choreografów. W panteonie umieszczono chyba „awansem” Ewę Wycichowską. Już przecież wiadomo, że znakomita niegdyś tancerka w nowej dla siebie roli nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Przewidziany na inaugurację (i traktowany jako łódzka realizacja) spektakl Wycichowskiej Spotkania w dwóch niespełnionych aktach (nomen omen) zrealizowany został m.in. do muzyki Krzysztofa Knittla przez tancerzy z baletu łódzkiego oraz Polskiego Teatru Tańca z Poznania, w tym tancerzy emerytowanych, bo też konfrontacja generacji miała być istotą przedstawienia. Mało wyraźna osnowa myślowa znalazła przedłużenie w kiepściutkich pomysłach choreograficznych, parateatralnych i niespójności formalnej, co wywoływało ziewanie (choć przyznaję, zaimponować mogła swym kunsztem gościnnie występująca w Preludium jako tancerka a zarazem …śpiewaczka Silje Äker Johnsen). Tak, jak na festiwalu sprzed dwóch lat – żenujący był finał obliczony na wymuszenie oklasków. A lektura programu zadziwiła absurdalną tezą Wycichowskiej, że istotą Dalcoze’owskiej rytmiki jest „tłumaczenie nut na dźwięki”.

Ale już następna prezentacja przyniosła widzom pełną rekompensatę. Solo i w duecie z Russellem Maliphantem wystąpiła zapowiadana nie bez racji jako główna gwiazda całej imprezy Sylvie Guillem, prezentująca choreografie swego scenicznego partnera (do muzykt Carlosa Montoyi, Shirley Thompson, Andy Cowtona). Francuska artystka zadziwiła wprost przeogromną elastycznością ciała (m.in. pracą rąk) służącą kreowaniu układów niezwykle wysmakowanych estetycznie, będących następowaniem po sobie i transformacją sekwencji kulminujących każdorazowo w obrazach krystalicznych kompozycyjnie. Warta podkreślenia była też ważna rola światła we wszystkich czterech odsłonach prezentacji (Michael Hulls).

Z ogromnym zainteresowaniem czekali widzowie na wieczór Béjartowski. Legenda pokazywanego kiedyś w Łodzi przez Ballet du XXe Siècle Ravelowskiego Bolera nadal jest żywa. Spadkobierca tamtej formacji, Béjart Ballet Lausanne, obok pozycji nowych wystawia nadal układy z dawnego repertuaru. Tak więc poza pracami Julio Arozareny i obecnego szefa, Gila Romana (do muzyki Bacha, Schuberta i ludowej) odznaczającymi się, najogólniej biorąc, synkretycznym potraktowaniem tańca wolnego i technicznie skodyfikowanego w wirtuozowskiej realizacji, można się było delektować Mahlerowskim Le chant du compagnon errant oraz Dionysos Suite w choreografii Béjarta. Ta ostatnia kompozycja, eksponująca męską część zespołu na tle muzyki Manosa Hadjidakisa, nawiązywała w jakiś sposób transowością i nasileniem niemal pierwotnej w założeniu ekspresji do Bolera, choć mu rangą ustępowała.

Kolejną formację stanowił kierowany przez Williama Forsythe’a Royal Ballet of Flanders z Antwerpii. Wieczór wypełnił czteroczęściowy Artifact – wczesna praca Forsythe’a z muzyką Bacha i kolażem, mająca dwuwarstwową strukturę. Sceny narracyjne, świadomie nieuporządkowane i jakby aleatoryczne, mające zasugerować iskrzenie między „nowym” a „starym”, przeplatały się z tradycyjnie dopracowanymi, świetnie tańczonymi sekwencjami grupowym, do których choreograf też się jednak ludycznie dystansował poprzez mało na dłuższą metę ciekawy koncept dekompozycyjny, polegający na przerywaniu muzyczno-ruchowej ciągłości opadającą co jakiś czas, niby przypadkiem, kurtyną. Tak czy owak, właśnie owe „akademickie”, zawierające czysty taniec fragmenty stanowiły o atrakcyjności spektaklu, wszystko inne trochę zawiodło.

Miłośnicy tańca klasycznego mogli odpocząć od ekstrawagancji podczas oglądania choreografii Jerome Robbinsa „przywiezionych” przez Teatr Opery i Baletu im. Czajkowskiego w Permie. Rosyjscy tancerze, pracujący pod kierunkiem Alexey’a Miroshnichenki, interpretowali najpierw The Four Seasons do muzyki orkiestrowej z oper Giuseppe Verdiego (po raz pierwszy na festiwalu zabrzmiała muzyka „żywa” – wykonywała ją orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi pod dyrekcją Evgeniy Kirillova). W Koncercie opartym na transkrypcjach utworów Chopinowskich główną ideę stanowił natomiast dowcip. Przezabawnych, bezpretensjonalnych rozwiązań rzeczywiście nie brakowało i można się było uśmiechnąć (parasole w trakcie Preludium e-moll były wszakże konsekwencją błędnego traktowania tego utworu jako Preludium „Deszczowego”, co i u nas się zdarza).

Duże zaciekawienie baletomanów wzbudziła kompania znanego z łączenia w choreografii elementów różnych kultur Akrama Khana. W jego Vertical Road z podkładem dźwiękowym Nitina Sawhney’a, wywodzący się z więcej niż jednego kontynentu tancerze dali przykład doskonałego współdziałania w kreowaniu dynamicznej wizji, mającej swój początek jakby w ożywaniu przysypanych ziemią posągów. Akram Khan Company prezentuje dość odrębną estetykę ruchu, inspirowaną częściowo tańcem kathak. Nie jest to chyba jednak język tańca na tyle zróżnicowany i o bogatym słownictwie, by mógł stać się szczególnie płodny.

Na zamknięcie pojawił się zespół Teatro alla Scala z Jewels w choreografii George Balanchine’a, czyli tryptykiem Szmaragdów, Rubinów i Diamentów kolejno do utworów Gabriela Fauré, Igora Strawińskiego i Piotra Czajkowskiego (i tym razem grała orkiestra TW, ale pod batutą Paula Connelly). Pochodząca z różnych okresów muzyka determinowała zakorzeniony w klasyce sposób tańczenia, a w każdym wypadku – w solach, duetach, ansamblach, zwracało uwagę ścisłe podporządkowanie tanecznych pas muzyce. Mistrzowskie i – właśnie z punktu widzenia ruchowego nawiązywania do struktury dźwiękowej – logiczne operowanie corps de ballet charakteryzowało zespołowy finał.

Poziom festiwalowych produkcji i tym razem na ogół był wysoki a ich stylistyczna wielorakość sprawiła, że każdy mógł znaleźć dla siebie coś zgodnego z upodobaniami.

More from category

Od czystej formy do choreografii faktu

Organizowane co dwa lata przez Teatr Wielki w Łodzi Spotkania Baletowe są przedsięwzięciem artystycznym najwyższej [Read More]

Energetyczne balety

Na zakończenie minionego sezonu artystycznego łódzki Teatr Wielki przygotował ciekawą premierę baletową, [Read More]

Koncentracja pierwiastka radości

Taniec i rytm to moje żywioły, mówi JOANNA WOLAŃSKA – tancerka, rytmiczka, choreograf, pedagog w Zespole [Read More]

Jako artysta czuję się spełniony

Rozmowa z ROBERTEM SARNECKIM, artystą baletu Teatru Muzycznego w Łodzi Janusz Janyst: – Teatr Muzyczny [Read More]

Limeryki dla Karoliny Rejnus

napisane po premierze baletu Kobieta z wydm, wystawionego przez Teatr Muzyczny w Łodzi   Nie byłem dzisiaj na [Read More]

Interesting Sites

    Archives