Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Tuesday September 19th 2017

Twardy orzech dla Madii?

 Nieproporcjonalne w stosunku do dokonań czysto choreograficznych zachwyty łódzkich mediów nad Giorgiem Madią, wyrażane m.in. poprzez nazbyt szczodre obdarowywanie go Złotymi Maskami, spowodowały, że Teatr Wielki, określający go teraz w swych ulotkach mianem „wizjonera baletu”, powierza mu realizację wciąż nowych premier. Charakterystyczne, że do tej pory bezspornym osiągnięciem choreografa stała się jedynie reżyseria opery Opowieści Hoffmanna Offenbacha . W przygotowanych przez niego baletach zawsze bowiem czegoś brakowało – oczywiście nie szalonych i zabawnych pomysłów inscenizacyjnych (nieraz wszakże, jak mówią złośliwi, podpatrzonych gdzieś za granicą), ale tego, co pozwoliłoby uznać jego taneczne wizje za spójne formalnie, przemyślane dramaturgicznie i w pełni adekwatne w stosunku do muzyki. Przyznaję, że nie bardzo przypadła mi do gustu już jego pierwsza łódzka propozycja – Ravelowskie Bolero, szeroko zachwalane, ale przecież w warstwie ruchowej nierespektujące „żelaznej” logiki partytury.

Pierwszą w nowym sezonie premierą sceny na pl. Dąbrowskiego – nazywanej teraz oficjalnie pod nową dyrekcją, zupełnie nie wiedzieć czemu, „Operą Łódź” – był Dziadek do orzechów Piotra Czajkowskiego, w inscenizacji, choreografii, mało tego, także z autorskim librettem Madii. Sporo tu się więc włoski artysta namajstrował, wszelako efekt jego poczynań, delikatnie mówiąc, wcale zachwytu nie budzi (piszę to po obejrzeniu tzw. „Premiery z Ekspressem”).

Odpuszczę sprawę „unowocześnionego” libretta, implikującego szczególnie w pierwszej części przedstawienia sceniczny bałagan, libretta, w którym znalazło się miejsce nawet dla …amerykańskiego kosmonauty. Ale bo też w spektaklu adresowanym w dużym stopniu do dzieci każda ekstrawagancja w tej dziedzinie (czyli w dziedzinie treści) może być przez małego odbiorcę przyjęta z zainteresowaniem – no, chyba że jego oczekiwania już wcześniej, przed pójściem do teatru, zostały wyraźnie ukierunkowane np. przez mamę, co rodzić może potem pytania w rodzaju: a dlaczego właśnie tak?

Zatrzymam natomiast uwagę na elementach najważniejszych dla teatralnej formy. O muzyce nie ma co mówić z tego powodu, że posłużono się nagraniem. Szkoda. Jeśli teatralna orkiestra ma czas, by przyjmować propozycje współrealizacji koncertów oratoryjnych, to – pytam ze zdziwieniem – czemu nie bierze ona udziału w balecie, w którym rola muzyki jest tak ważna a tradycja wykonywania jej na żywo tak powszechna? Wykorzystane nagranie jest do tego artystycznie dość słabe a jego prezentacja pod względem technicznym nader kiepska – jakość dźwięku średnia, dynamika została spłaszczona niczym na radiowej antenie, mizernie brzmią niskie tony.

Z kolei scenografia – posłużę się nadużywanym określeniem – okazała się kontrowersyjna (przygotowała ją, wraz z kostiumami, Cordelia Matthes). Np. w pierwszym akcie wszystko, a wiec i choinka, jest czerwone. Ta „odkrywcza” jednobarwność może się komuś podobać, mnie akurat niespecjalnie. Kuliste, falujące własnym rytmem, niczym zwały tłuszczu na ciele grubasów, kostiumy śnieżynek w następnym, „białym akcie” (oczy wreszcie odpoczywają od czerwieni) działają wbrew tancerkom, gdyż sprawiają, że ich ruchy wydają się cięższe. Za to bardzo efektowne są, przyznaję, tzw. paczki w późniejszym walcu kwiatów, tyle że sama choreografia…

No właśnie, i dochodzę do zarzutu głównego. Już ten przepiękny muzycznie walc jest okazją, by rozwinąć także frazę choreograficzną, by na dłuższym oddechu budować ruchowe kulminacje. Niestety, rysunek tańca jest niedopracowany, narracja mało pomysłowa, poszarpana. W Śpiącej królewnie w choreografii Madii tak ważne u Czajkowskiego walce też były do niczego. Czy Madia nie radzi sobie choreograficznie z większą formą muzyczną? (wątpliwość, że to może dla niego orzech zbyt twardy, miałem już dawno, ale w „Kalejdoskopie”, gdzie poprzednio pisałem recenzje z TW, nie pozwolono mi tego wydrukować). Pierwszy, „czerwony akt” nie ma choreografii właściwie wcale, co jest wręcz jakimś realizacyjnym skandalem – chaotyczne podrzucanie piłek w trakcie Marsza niczego nie załatwia. Potem niby się coś dzieje, ale właśnie tylko „niby”. Dobre były chyba jedynie żartobliwe drobiazgi taneczne – przede wszystkim Taniec rosyjski (Wojciech Domagała, Jan Łukasiewicz, Igor Nakonechnyi) i Taniec chiński (jako …„siostry syjamskie”: Matylda Molińska i Julia Sadowska). Grand pas de deux Eriny Nishitamy i Piotra Ratajewskiego wykonawczo wypadło lepiej od „śnieżnego” pas de deux Joanny Jabłońskiej i Gienadija Rybalchenko.

Ten spektakl baletowy nie może miłośnikom tańca artystycznego nie sprawić ogromnego zawodu. Ja wręcz odradzam im pójście na Dziadka do teatru, lepiej sobie w tym czasie połuskać dziadkiem orzechy w domu, słuchając Czajkowskiego z płyty.

Previous Topic:

More from category

Od czystej formy do choreografii faktu

Organizowane co dwa lata przez Teatr Wielki w Łodzi Spotkania Baletowe są przedsięwzięciem artystycznym najwyższej [Read More]

Energetyczne balety

Na zakończenie minionego sezonu artystycznego łódzki Teatr Wielki przygotował ciekawą premierę baletową, [Read More]

Koncentracja pierwiastka radości

Taniec i rytm to moje żywioły, mówi JOANNA WOLAŃSKA – tancerka, rytmiczka, choreograf, pedagog w Zespole [Read More]

Jako artysta czuję się spełniony

Rozmowa z ROBERTEM SARNECKIM, artystą baletu Teatru Muzycznego w Łodzi Janusz Janyst: – Teatr Muzyczny [Read More]

Limeryki dla Karoliny Rejnus

napisane po premierze baletu Kobieta z wydm, wystawionego przez Teatr Muzyczny w Łodzi   Nie byłem dzisiaj na [Read More]

Interesting Sites

    Archives