Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Monday October 23rd 2017

Co słychać w Filharmonii?

 Niewątpliwie, w naszej reprezentacyjnej placówce związanej z Polihymnią coś się w ostatnim okresie zmieniło na lepsze. Słychać tu, jak zwykle, dobrą muzykę, ale – w odróżnieniu od tego, co było kiedyś – już nie tylko w wykonaniu miejscowych muzyków, ale też, i to coraz częściej, w innych, znakomitych interpretacjach. Przestały być czymś niezwykłym gościnne występy zagranicznych solistów i zespołów „z najwyższej półki”. Zainicjowano ponadto nowe cykle tematyczne.

Mam wynotowane najciekawsze koncerty z przełomowego pod pewnymi względami sezonu 2008/2009, drugiego podczas dyrektorskiej kadencji Andrzeja Sułka, a więc sezonu świadomie już przez niego zaprogramowanego (a tak się też składa, że po kilku dekadach ostatniego, kiedy odwiedzałem Filharmonię każdego tygodnia – obecnie upadł już zwyczaj wręczania recenzentom passe-partout). Spójrzmy, co się wtedy w gmachu przy ul. Narutowicza działo. Już 30 sierpnia odbyło się spotkanie inaugurujące cykl W Stronę Chopina, związany ze zbliżającym się rokiem jubileuszowym (w 2010 przypadła, jak pamiętamy, dwusetna rocznica urodzin najwybitniejszego polskiego kompozytora). Wystąpiła słynna, powołana do życia w Amsterdamie w 1981 roku przez Fransa Brüggena a skupiająca muzyków z ponad dwudziestu krajów świata, Orkiestra XVIII Wieku, która pod batutą swego założyciela, z godną podziwu finezją zagrała m.in. VII Symfonię Beethovena i akompaniowała Januszowi Olejniczakowi w Chopinowskim Koncercie f-moll wykonanym na zabytkowym fortepianie Érarda.

Kilka dni później, w ramach cyklu Gwiazdy The Metropolitan Opera w Filharmonii Łódzkiej (serii prezentacji niezależnych od comiesięcznych, satelitarnych transmisji oper z Nowego Jorku w technice Live in HD, też oferty dla melomanów łakomej) śpiewała dla łodzian polska gwiazda nowojorskiej sceny, sopranistka Aleksandra Kurzak. Znalazły się w programie arie Mozarta, Verdiego, Pucciniego, a szczególnie mocno mogła utkwić w pamięci perfekcyjnie wykonana cavatina Rozyny z Cyrulika sewilskiego Rossiniego (łódzką orkiestrę prowadził Golo Berg).

Cykl Muzyka Dawna rozpoczęty został wizytą The Harp Consort pod dyrekcją Andrew Lawrence-Kinga. Zabrzmiała religijna muzyka siedemnastowiecznego Meksyku. Najsłabszym elementem skompletowanego na zasadzie międzynarodowej kooperacji aparatu wykonawczego okazała się współdziałająca z instrumentalistami grupa śpiewaków rekrutująca się z chóru łódzkiej Filharmonii. Ale o tym nie wypada mówić, gdyż zespół ten, mający na swym koncie wiele prawdziwych sukcesów, świętował akurat 40-lecie.

Puentą września stał się pierwszy wieczór w ramach kolejnego cyklu, zatytułowanego contem.ucha, a poświeconego muzyce współczesnej. Można było posłuchać odtwarzanych z taśmy Hymnen Stockhausena, utworu znanego z podręczników omawiających muzykę XX. stulecia, który obecnie traktować wypada już chyba raczej jako dokument historyczny dotyczący niegdysiejszej awangardy, a nie okazję do głębszego i autentycznego przeżycia artystycznego.

W połowie września czarował najwyższej próby wirtuozerią śpiewaczą angielski sekstet wokalny The King’s Singers, prezentujący tym razem głównie muzykę swego kraju – od renesansowych madrygałów, po Elgara i zaśpiewane na bis melodie Beatlesów. W ostatniej sekwencji był to nieledwie mały, estradowy show ze znakiem Q.

W październiku zachwycający recital fortepianowy, świadczący o wszechstronnych walorach warsztatowych i ekspresyjnych pianisty, a obejmujący m.in. utwory Chopina i Schumanna, dał gość ze Wschodu – Aleksander Gavrylyuk (był następnie jedną z gwiazd pierwszego Rubinstein Piano Festiwal – imprezy zorganizowanej przez Międzynarodową Fundację Muzyczną im. Artura Rubinsteina). Kolejny wirtuoz światowej sławy, który zaprezentował się łódzkiej publiczności, to japońska skrzypaczka Midori, z godną podziwu maestrią i jak najbardziej dopasowaną do słowiańskiej poetyki wrażliwością odtwarzająca, wraz z naszymi filharmonikami pod batutą Tadeusza Wojciechowskiego, Koncert skrzypcowy D-dur Czajkowskiego.

Ogromne i w pełni zasłużone oklaski zebrał dziesięcioosobowy zespół instrumentów dętych blaszanych – German Brass, autentycznie zachwycający w bardzo urozmaiconym stylistycznie programie (od Bacha po transkrypcje współczesnych piosenek) zarówno niezwykłą wprost szlachetnością i stopliwością brzmieniową, jak i walorami czysto technicznej maestrii poszczególnych muzyków oraz całego ansamblu. Niemcy potrafili też rozbawić. Ileż było śmiechu na przykład wtedy, gdy solista-puzonista zmieniał w jednej z rozrywkowych kompozycji instrument na coraz mniejszy, kończąc na miniaturce wyciągniętej z kieszeni! Podobną laurkę, biorąc pod uwagę wzorcową dyscyplinę kameralnego współdziałania, należałoby wystawić grającemu niedługo potem kompozycje Mendelssohna, Schuberta i Szostakowicza New Zealand String Quartet.

W Filharmonii odbyła się w listopadzie część imprez Tansmana 2008, czyli VII Międzynarodowego Festiwalu i Konkursu Indywidualności Muzycznych, który placówka z Rubinsteinem w herbie jedynie współorganizowała (głównym organizatorem jest Stowarzyszenie Promocji Kultury im. Aleksandra Tansmana). Zaraz po Tasmanie klawesynistka Céline Frisch prezentowała w cyklu Chopinowskim preludia i fugi z Das wohltemperierte Klavier Bacha a Ives Henry korespondujące z nimi koncepcyjnie Preludia Chopina. Interesujący i kształcący kontekst muzyczny.

Z dużym zainteresowaniem spotkał się koncert Polskiej Orkiestry Radiowej pod dyrekcją Łukasza Borowicza grającej Symfonię „Odrodzenie” Mieczysława Karłowicza, Les offrandes oubliées Oliviera Messiaena (rok 2008 był rokiem Messiaenowskim w związku ze stuleciem urodzin tego wybitnego twórcy), zaś z francuskim solistą Brunonem Perrault Koncert na fale Martenota Joliveta. Legendarne fale Martenota (których na świecie jest ponoć tylko około dwudziestu egzemplarzy) można było w trakcie tego wieczoru nie tylko dokładnie poznać od strony ich cech brzmieniowych, ale i obejrzeć z bliska podczas zaaranżowanej w przerwie koncertu „lekcji instrumentoznawstwa”.

Na początek grudnia przewidziany został następny, jakże ciekawy wieczór. Nikogo na pewno nie pozostawiła obojętnym fantastyczna, zawierająca wiele elementów improwizowanych „rozszerzających” oryginalny zapis partyturowy, interpretacja Czterech pór roku Vivaldiego przez posługującego się wymiennie kilkoma egzemplarzami fletów prostych Dana Laurina. Towarzyszyła mu, wykonująca tego wieczoru również inne dzieła „Rudego Księdza” z Wenecji, Orkiestra Barokowa Arte dei Suonatori (i znów mieliśmy w Łodzi przykład zespołowej perfekcji).

W ramach contem.ucha śpiewał m.in. niemiecki wokalista Michael Schiefel, rewelacyjnie improwizujący w różnych stylach, z jazzowym włącznie, a zarazem kreatywnie wykorzystujący przez cały występ rozmaite przetworniki elektroakustyczne, co w sumie dawało wręcz oszałamiające efekty (śpiewał „sam ze sobą” wielogłosowo w różnych interwałach, w kanonie etc., znakomicie kształtował przy tym ad hoc formę utworu).

Ciekawie wypadło styczniowe spotkanie z czeskim zespołem muzyki dawnej Musica Florea, stylowo i „z radością muzykowania” prezentującym m.in. kompozycje Bibera, Telemanna, Händla.

Kolejną, ściągniętą do Łodzi, gwiazdą światowej pianistyki był Cyprien Katsaris – w jego recitalu muzyka Lisztowska mieniła się kolorami i zadziwiała nad wyraz delikatnymi niuansami (a uwypuklenie kolorystyki w tej ”preimpresjonistycznej” twórczości jest nader istotne), podobnie było z „przerafinowanym” nawet momentami Chopinem, przy czym na pewno nikomu tym razem u tego mężczyzny drobnej postury nie przeszkadzał brak pełnego forte.

Pod koniec stycznia wystąpiła, śpiewając wyłącznie arie Mozartowskie, współpracująca z Metropolitan Opera łotewska mezzosopranistka Elīna Garanča. Zaimponowała idealnie realizowaną pod względem technicznym koloraturą, urzekła pięknym legatem i aksamitną barwą głosu, idealnie w całej skali wyrównanego. Towarzysząca jej wzorowo Kammerorchester Basel pod dyrekcją Karela Marka Chichona troszkę słabiej wypadła tylko w wypełniającej drugą część wieczoru Symfonii C-dur „Linzkiej” Mozarta.

Hit następnego miesiąca (choć też nie był to, ściśle biorąc, projekt Filharmonii) stanowił występ, mieszkającego na stałe w Szwajcarii i rzadko koncertującego w Polsce, Krystiana Zimermana, zaplanowany dokładnie na setną rocznicę urodzin Grażyny Bacewicz (5. lutego) i jej też poświecony. Podczas monograficznego wieczoru nasz wybitny pianista wykonał brawurowo II Sonatę fortepianową, zaś wspólnie z czworgiem czołowych polskich smyczkowców – Kają Danczowską, Agatą Szymczewską, Ryszardem Groblewskim i Rafałem Kwiatkowskim – I i II Kwintet fortepianowy.

Karnawałowo „rozochociła” publiczność przebojami barokowymi i o wiele późniejszymi, bo pochodzącymi z wieku XX, francuska grupa instrumentalistów L’Arpeggiata ze śpiewającą delikatnym głosem solistką Lucillą Galeazzi oraz tańczącą z temperamentem – bosonogą Anną Dego.

„Wielką inauguracją” marca stał się recital Ivo Pogorelicha – pianisty tyleż słynnego, co kontrowersyjnego, bo zawsze kwestionującego wykonawczą tradycję. Kontrowersji nie zabrakło i w Łodzi, m.in. w odniesieniu do jego „widzenia” utworów Chopina, aczkolwiek charyzmatyczne cechy serbskiego artysty ujawniły się z całą siłą choćby w fantastycznie podanym, Ravelowskim cyklu Gaspard de la Nuit (zdecydowanie „podpaść” łódzkiej publiczności miał Pogorelich dopiero rok później, poprzez ekstremalnie manieryczne potraktowanie Chopinowskiego Koncertu f-moll).

Może na tym, jeśli chodzi o ów sezon, poprzestanę, chociaż już tylko to, co powyżej, zaświadcza o dużej efektywności impresaryjnej łódzkiej placówki koncertowej. Za tę nieznaną wcześniej skuteczność należy się uznanie promotorowi zmian, dyrektorowi Sułkowi – sprawującemu swą funkcję do czerwca 2009 roku – a także jego zastępcy, Lechowi Dzierżanowskiemu, który po odejściu Sułka przejął „pałeczkę”, kontynuując najważniejsze inicjatywy, w tym festiwal Łódzka Wielkanoc Muzyczna, mający szansę stać się jedną z wizytówek Filharmonii.

To są pozytywy, ale jest niejako i druga strona medalu. Właśnie na następne lata przedłużony został kontrakt z szefem orkiestry, Danielem Raiskinem (od 2005 roku głównym dyrygentem Staatsorchester Rheinische Philharmonie). Współpraca z nim sprawia, że utrzymywana jest dobra kondycja artystyczna łódzkich symfoników. Kondycja dobra, ale czy brzmienie naszej orkiestry zbliża się do doskonałości? Pytanie retoryczne. Niektóre piątkowe koncerty naprawdę się udają. Ale nie wszystkie i nie w pełni Oczywiście, zdarza się, że po pierwsze sprawia niedosyt jakiś solista. Pamiętam na przykład, że podczas wieczoru Karłowiczowskiego z okazji setnej rocznicy tragicznej śmierci „ojca nowoczesnej symfoniki polskiej”, wykonujący partię solową w jego Koncercie skrzypcowym A-dur Tomasz Liebig miał na sumieniu niejeden „grzeszek” – przede wszystkim mankamenty intonacyjne oraz nieciekawie kształtowany dźwięk. Ale również w zaprezentowanych wówczas przez orkiestrę pod dyrekcją Mariusza Smolija poematach symfonicznych – Odwiecznych pieśniach Karłowicza i Preludiach Liszta nie sposób było nie dostrzec „rozmijania się” z ideałem pełnej spoistości dźwiękowej kwintetu smyczkowego oraz pozostałych sekcji. Jeszcze bardziej było to słyszalne w muzyce Mozarta podczas kolejnego koncertu abonamentowego.

Gdy zawita do Łodzi na gościnny występ naprawdę markowa orkiestra, nieraz już po kilku taktach daje się zauważyć różnicę. I wcale nie musi to być od razu Royal Philharmonic Orchestra (jak w czerwcu 2008), wystarczy wziąć pod uwagę Polską Orkiestrę Radiową, Sinfonię Varsovię, czy Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia. Obrazki z wystawy Modesta Musorgskiego w instrumentacji Ravela wykonane w sezonie 2010/11 przez łodzian, ale także – podczas II Rubinstein Piano Festiwal – przez NOSPR, nie pozostawiały wątpliwości, która interpretacja wyraźnie górowała.

A jak jest z orkiestrowymi składami kameralnymi rekrutującymi się z muzyków łódzkiego zespołu symfonicznego? W listopadzie 2011 toku jedna z takich formacji, wraz z pianistką Claire Huangci, wzięła udział w koncercie należącym do organizowanego od kilku sezonów przez Grochowalskiego w Muzeum Miasta Łodzi cyklu W Hołdzie Arturowi Rubinsteinowi, promującego krajowych i zagranicznych wirtuozów klawiatury oraz miejscowe zespoły. Muzycy Filharmonii grali dobrze, Trzy utwory w dawnym stylu Góreckiego nawet bardzo dobrze, lecz czy miałoby sens porównywanie ich np. z występującą wcześniej w Łodzi Accademia Bizantina?

Dotykam sedna sprawy. Jest jasne, że ranga i prestiż filharmonii nie mogą wynikać z osiągnięć impresaryjnych, a więc „importu” solistów, dyrygentów, zespołów. Kwestia najistotniejsza to, oczywiście, poziom własnej orkiestry i jej ambitny repertuar. Po nagłośnionym na cały kraj konflikcie, spowodowanym niezadowoleniem części zespołu z metod pracy poprzedniego dyrektora artystycznego, Tadeusza Wojciechowskiego, który kwestionując profesjonalizm niektórych spośród zatrudnionych instrumentalistów zapowiedział totalną weryfikację w formie przesłuchań; wobec groźby strajku orkiestry i ogólnego pogorszenia się atmosfery panującej w instytucji, Wojciechowski zrezygnował z pracy w Łodzi. Do przesłuchań nie doszło, napięcie zostało złagodzone, a do współpracy zaproszono Raiskina. Jest kwestią otwartą, czy koncerty z udziałem nowego kapelmistrza odbywają się, a przynajmniej odbywały do niedawna, na tyle często, by można było mówić o rzeczywiście systematycznej pracy nad wysubtelnianiem orkiestrowego brzmienia, cyzelowaniem wszelakich niuansów, doskonaleniem stopliwości dźwiękowej, kształtowaniem barwy, korygowaniem tzw. dynamiki wewnętrznej etc. Bo są pewne wątpliwości. Pytanie następne dotyczy doboru wykonywanych dzieł, wśród których niezmiernie rzadko pojawiają się utwory Haydna, Mozarta, jak wiadomo, szczególnie sprzyjające kształtowaniu wszechstronnej dyscypliny muzykowania. A czy mobilizacja zawodowa wszystkich instrumentalistów jest pełna? Tu trzeba by już wejść w spawy bytowe. Podobno starsi, doświadczeni muzycy mają poczucie niesprawiedliwości, że zarabiają tyle samo, co nowicjusze. Ile wiec różnych wątków jest na rzeczy. W dziedzinie, o której mowa, lepsze nigdy nie będzie wrogiem dobrego. Dla filharmoników (nie tylko orkiestry, także chóru) nie ma innej opcji, niż absolutny perfekcjonizm i ciągłe samodoskonalenie się, pojmowane szerzej, niż tylko muzyczne rzemiosło. Odnośnie do globalnie pojmowanego „strumienia dźwiękowego” płynącego ze źródła przy ulicy Narutowicza i pojawiających się tam w polu widzenia – jak sarkastycznie określił to Norwid – „męczenników sztuki” wypada postulować pełną równowagę estetyczną pomiędzy tym, co własne, wypracowane żmudną pracą na próbach i koncertach, a tym, co sprowadzane z zewnątrz dla doraźnego użytku. Wzorzec i prakseologiczny punkt odniesienia dla wszystkich zatrudnionych w Filharmonii niech stanowią zarówno niegdysiejsze sukcesy z okresu, gdy przy pulpicie dyrygenckim stawali Henryk Czyż, Zdzisław Szostak, Andrzej Markowski, jak i dokonania artystów uznawanych obecnie za najlepszych w Europie i świecie. I niech nie zmylą nikogo rozlegające się podczas koncertów rzęsiste oklaski „nowej publiczności”, której na ogół tak się wszystko podoba, która tak jest wszystkim zachwycona, że bije brawo już po każdej części symfonii, koncertu instrumentalnego a nawet oratorium. To, że te oklaski słychać, wcale jeszcze nie oznacza, że jest pod każdym względem wspaniale.

More from category

Myślę, że moim powołaniem jest psychologia

Rozmowa z Marią Michalską – szesnastoletnią łodzianką, autorką powieści Cześć Braciszku wydanej przez [Read More]

Koncert w Poddębicach

W kościele p.w. św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Poddębicach odbył się interesujący – nie pierwszy już [Read More]

Historyczne organy na płycie

Ukazała się interesująca płyta z muzyką organową, będąca cegiełką przeznaczoną na zakończenie rekonstrukcji [Read More]

III Zlot Poetów

W łódzkim Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 7 przy ul. Minerskiej (w gmachu i na terenie przyszkolnym) [Read More]

Koncert wśród lilii

W uniejowskiej kolegiacie odbył się koncert poetycki pt. Uniejów i jego święci z udziałem m.in. łódzkiego poety [Read More]

Interesting Sites

    Archives