Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Friday December 9th 2016

„Ostry” Ziemkiewicz

W zeszłym roku, nakładem lubelskiej Fabryki Słów, wydany został kolejny zbiór felietonów politycznych Rafała Ziemkiewicza, dotyczący tym razem ostatniego okresu rządów Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska.

Felietonów jest w tomie prawie 80. Wszystkie określić można mianem błyskotliwych a zarazem „ostrych jak brzytwa”. Dotykają one rozmaitych patologii III RP, także ogólnej problematyki historycznej, społecznej i światopoglądowej. Nie sposób byłoby tu wszystkich tematów wyszczególnić. Naturalnie, jest m.in. mowa o tytułowych, oddanych „platformerskiej” władzy lemingach, „trzymających się całą ogłupioną duszą wpojonej im przez propagandę wizji świata”.

Ale przywołać warto choćby kilka tekstów. W felietonie Paranoja i normalność jest np. mowa o mechanizmie nazywanym w psychiatrii wyparciem, polegającym na odrzucaniu prawdy kłócącej się z wiarą przyjętą apriorycznie i zamykaniu się w kręgu kilku gorliwie wyznawanych sloganów. W konsekwencji reakcja na rzeczywistość burzącą poczucie bezpieczeństwa pełna jest wściekłości i agresji.

Felieton Fabryka kitu dotyczy degeneracji mediów III RP w omawianym okresie. Stały się one „przemysłem przykrywkowym”, którego pracownicy zamiast informować opinię publiczną o sprawach ważnych, odwracali jej uwagę od draństw i nieudolności władzy paplaniną o sprawach nieistotnych. W ten sposób niezależne jakoby media stały się narzędziem władzy służącym do zagłuszania prawdy.

Ruch Poparcia Pedofilii traktuje w dużym stopniu o tym, jak to Polacy dali sobie wmówić, że dziś wszyscy kierują się tylko pragmatyzmem i nikt w nic nie wierzy. A to już jest na rękę lewicowcom zmierzającym do zniszczenia istniejącego porządku, a więc hierarchii wartości, tradycji, wręcz – cywilizacji. Bo dzięki temu ma w ich mniemaniu powstać „nowy wspaniały świat”.

W Brukselskim balu wampirów przeczytać można, że najwięcej na polskiej transformacji ustrojowej zyskał kapitał zachodni. Unijna pomoc stała się pożywką dla rozmaitych patologii. Bo też w pozornym państwie łatwy pieniądz z zagranicy przyrównać da się do sztucznego dokarmiania pustoszącego człowiecze trzewia tasiemca. Nie dość, że nie pomaga, to wzmacniając pasożyta, niszczy.

Ciekawy, w kontekście trwającego wciąż zamieszania wokół Trybunału Konstytucyjnego i szczególnej roli sprawczej, jaką w tym zamieszaniu odgrywa sędzia Andrzej Rzepliński, jest tekst pt. Trybunał Złamany, przypominający o odrzuceniu przez Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem Rzeplińskiego skargi ówczesnej opozycji (PIS) na łamiące konstytucję działania rządu i parlamentu, polegające na przyjęciu ustaw podatkowych w trybie przyspieszonym. Wydając antykonstytucyjny werdykt i orzekając na korzyść Tuska Trybunał skompromitował i siebie, i państwo dając dowód, że III RP za rządów byłego premiera (chroniącego interesów warstwy pasożytniczej) nie było państwem prawa.

Do przeczytania tej wciągającej walorami języka i wagą argumentacji książki publicystycznej warto zachęcić, a tym, którzy nie zapoznali się jeszcze z klasycznymi już, szerszymi analizami politycznymi Ziemkiewicza (Michnikowszczyzna, Polactwo) godzi się przypomnieć, że to, poniekąd, lektura obowiązkowa.

Słowo i muzyka u Jezuitów

Już po raz siódmy odbył się w Łodzi Międzynarodowy Festiwal „Słowo i muzyka u Jezuitów”, zorganizowany przez stowarzyszenie o tej samej nazwie przy wsparciu Parafii p.w. Najświętszego Serca Jezus z O. Proboszczem Kazimierzem Kubackim. Impreza gromadzi liczne grono odbiorców doceniających jej rangę artystyczną.

Dyrektorem festiwalu jest O. Józef Łągwa SJ, kierownikiem artystycznym Krzysztof Grzeszczak z Akademii Muzycznej w Łodzi – kompozytor, pedagog a zarazem organista na stałe związany z Kościołem Jezuitów.

Całość przedsięwzięcia obejmowała w tym roku sześć koncertów. Miejscem prawie wszystkich był, oczywiście, kościół przy ul. Sienkiewicza 60. Jedynie inauguracja odbyła się w Teatrze Muzycznym, gdzie można było podziwiać perfekcyjne przygotowany występ Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny. Program zatytułowany A to Polska właśnie obejmował utwory ludowe i patriotyczne w wykonaniu chóru, baletu i orkiestry pod dyr. Krzysztofa Dziewięckiego. Komplementowanie „Śląska” wydaje się zbyteczne, chyba prawie każdy rodak ma pogląd na klasę tej formacji.

Prezentacje w świątyni poprzedzała Msza Św. z homilią nawiązującą do jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski. Występy, biorąc pod uwagę obsadę wykonawczą, miały tu kameralny charakter. Reprezentująca Hamburg skrzypaczka Ewelina Nowicka dała wirtuozowski recital obejmujący utwory barokowe i współczesne. Wśród tych ostatnich (Kaprys polski Bacewicz, Taniec Pendereckiego) znalazły się trzy jej własne, pomysłowe kompozycje (Atonali, Strawinskana, Haggada).

Kapela Polonica (Barbara Rogala – sopran, Emilia Kinecka – flety proste, Maciej Milczarek – klawesyn, Piotr Młynarczyk – viola da gamba) w sposób technicznie i stylistycznie wzorowy wykonywała kantatową muzykę Bacha, Telemanna i Pepuscha. Nie zbrakło wszakże i Sonaty D-dur na klawesyn i violę da gamba Abla.

Kolejny wieczór poświęcony został sakralnej muzyce wokalno-instrumentalnej różnych epok (od Giordaniego po Ravela) w pełnej wyrazu interpretacji Ziemowita Wojtczaka – baryton i organisty Piotra Grajtera. Warto nadmienić, że każda edycja imprezy zawiera jakieś prawykonanie. Tym razem dzięki wymienionym artystom po raz pierwszy zabrzmiała ciekawa brzmieniowo Salve Regina Krzysztofa Grzeszczaka.

Wyrównanym, spójnym brzmieniem odznaczał się kilka dni później śpiew chóru mieszanego Zespołu Szkół Muzycznych im. Stanisława Moniuszki w Łodzi pod dyr. Marii Hubluk-Kaszuby i Dawida Bera. Występ rozpoczęła Gaude Mater Polonia a zakończyła Modlitwa do Bogarodzicy Świdra. W partiach solowych kilku punktów programu można było posłuchać sopranu Katarzyny Zając-Caban.

Mocnym akcentem końcowym festiwalu stał się wieczór z udziałem orkiestry kameralnej Arte Positiva pod dyr. Kamila Chałupnika oraz znakomitych solistów: grającej na flecie poprzecznym Maddaleny Sartor, harfistki Eleny Biasi (obie Włoszki były solistkami w Koncercie na flet, harfę i orkiestrę Mozarta), jak i rewelacyjnego wprost w swej wirtuozerii flecisty Juliena Feltrin z Francji, wykonującego m.in. Koncert na flet prosty piccolo Vivaldiego.

Ogólnie można stwierdzić, że festiwal „Słowo i muzyka u Jezuitów” utrzymuje wysoki poziom artystyczny i to niezależnie od towarzyszących organizatorom od samego początku problemów finansowych. Budżet pierwszych edycji, tworzony dzięki wsparciu niezależnych darczyńców, oscylował wokół sumy 10 tys. zł, co w takiej sytuacji jest kwotą zaledwie symboliczną (by nie powiedzieć – śmieszną) i ułamkiem sumy, jaką ma do dyspozycji np. Festiwal Kultury Chrześcijańskiej organizowany przez ks. Waldemara Sondkę. Dopiero w tym roku niewielkie dofinansowanie przyszło ze strony Urzędu Miasta oraz Urzędu Marszałkowskiego. A przecież to właśnie pieniądze w dużym stopniu decydują o rozmiarach i kształcie imprezy, która w danym wypadku mogłaby być jeszcze bogatsza w wydarzenia i mieć więcej wykonawców z zagranicy.

Ku rekonstrukcji polskości

Nakładem Wydawnictwa Prohibita wydana została książka Andrzeja Zybertowicza „Pociąg do Polski, Polska do pociągu” dotycząca sytuacji w naszym kraju od momentu transformacji ustrojowej do roku 2011.

Pozycja ta ukazała się kilka lat temu, ale do moich rąk dotarła dopiero teraz. Uważam, że powinni ją przeczytać wszyscy, którym zależy na niezafałszowanym obrazie III RP.

Autor jest powszechnie znanym socjologiem. Staże badawcze odbywał na uniwersytetach w Oxfordzie, Cambridge, Sydney i Ann Arbor. Po doktoracie (UAM) i habilitacji (UW) skoncentrował się na zakulisowych wymiarach życia społecznego. Wydał wcześniej m.in. książkę W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy. Był doradcą ds. bezpieczeństwa państwa – najpierw premiera Jarosława Kaczyńskiego potem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Współpracuje z różnymi periodykami.

Na Pociąg do Polski… składa się prawie 60 tekstów publikowanych wcześniej w prasie – obok wywiadów przeprowadzanych z Zybertowiczem przez przedstawicieli różnych redakcji są tu jego własne artykuły. Całość podzielona jest na 7 rozdziałów: Dryfująca Polska, Tajne służby i „Układ”, W pół drogi między III a IV RP, TuskoKraj, czyli powrót III RP, Lustracja i nieformalne grupy interesów, Po 10 kwietnia 2010, Jak uszlachetnić Polskę? Autor przedstawia najpierw swą drogę myślową od – jak pisze – romantycznej do realistycznej wizji transformacji. Przemiana, która miała być w Polsce wielkim rozdzieleniem dobra od zła, prawdy od fałszu, mądrości od głupoty, zasług od win, odwagi od zdrady, prawa od bezprawia, takim rozdzieleniem się nie stała. Mechanizmy formalnej demokracji, które obserwowaliśmy po 1989 roku były tylko fasadą, a rzeczywiste ośrodki, źródła i podmioty władzy znajdowały się gdzie indziej. Realny poziom władzy stanowiły nieformalne, antyrozwojowe sieci pasożytniczych układów interesów – powiązania biznesowo-polityczno-kryminalne, także te odziedziczone po starym systemie. Były one lepiej zorganizowane i silniejsze od aktorów sceny politycznej i w znacznej mierze obezwładniały państwo polskie. Ich interesom służył mechanizm rekrutacji i formowania elit politycznych, eliminujący możliwość wyłonienia się kontrelity. Pierwsi premierzy i prezydenci to zakładnicy środowisk, które ich wyniosły, ale też od nich zależały (przede wszystkim chodzi tu o grupy ze środowisk służb specjalnych). Trzech pierwszych prezydentów było zarejestrowanych jako tajni współpracownicy komunistycznych służ specjalnych. Ogólnie stosowano zasadę, że jak na kogoś nie ma haków, to wypada z gry, bo nie można nim łatwo sterować. Dopiero „umoczony” jest swój i może zająć odpowiedzialne stanowisko.

Nasza transformacja ustrojowa ma swoich wygranych i przegranych. Mamy elity, które kontrolują najważniejsze zasoby, w tym środki zmasowanego przekazu. Również agentura wpływu obcych państw ulokowana jest w mediach, ważnych urzędach, spółkach skarbu państwa, instytucjach finansowych, stowarzyszeniach, fundacjach itd. Układ ma swoją składową kulturową, kosmopolityczną formację ogniskującą się wokół „Gazety Wyborczej” i środowisk zaprzyjaźnionych. Obroną układu jest szczucie mediów na niezwiązaną z nim władzę W ten sposób buduje się niechęć do każdego posunięcia rządzących. Część elit zainfekowana została mentalnością postkolonialną. Liczne osoby ze świata inteligenckiego uparcie praktykują sztukę odmowy wiedzy. Nawet część środowisk akademickich charakteryzuje abdykacja rozumu, rezygnowanie z reagowania, gdy łamane są podstawowe standardy poznawcze. Wciąż dla wielu Polaków – należą do nich aktywni współtwórcy naszego kapitalizmu – suwerenność, niepodległość tradycja, poczucie godności narodowej mają ograniczone miejsce w ich horyzoncie poznawczym.

Celem określonych gremiów stało się wychowanie łatwo dających się manipulować konsumentów i quasi-obywateli, uczynienie z nich bezwolnych marionetek cywilizacji konsumpcyjnej, przemysłu rozrywki i propagandy. W interesie wielkich korporacji leży wmawianie ludziom, iż są suwerennymi podmiotami. Ale mamy też w Polsce lud noszący w sercu Boga i Ojczyznę, co bardzo elity niepokoi. Ci, którzy wierzą w Polskę i potrzebę poszukiwania prawdy, są brutalnie atakowani.

Rozbicie pasożytniczych grup interesu należy postrzegać jako niezbędny warunek budowy dobrego państwa, aczkolwiek warunek niewystarczający (rozwiązanie WSI prześwietliło i rozmontowało matecznik, z którego układ korzystał). Trwała poprawa stanu Polski związana jest z tym, czy uda się odblokować i twórczo wykorzystać potencjał społeczeństwa. Jesteśmy tu od tysiąca lat i nie musimy ulec korupcji, globalizacji, konsumeryzmowi, tandecie, skłonnościom do zapominania własnych korzeni. Wiele patriotycznych inicjatyw, czyli „archipelag polskości”, potrzebuje konsolidacji w kilka dużych kontynentów dla uruchomienia procesu rekonstrukcji polskości.

To tylko kilka myśli wyrwanych z szerszego kontekstu. Wiele jest nadal aktualnych. Zapewne lektura książki może też pomóc w lepszym zrozumieniu obecnej sytuacji w naszym kraju.

Polityka a kultura

Na okładce miesięcznika „Polityka Polska” (2/2016) pytanie: czy Polsce grozi „kolorowa rewolucja”? Wewnątrz numeru Romuald Starosielec opisuje w obszernym artykule mechanizm „kolorowych rewolucji”. Kreowane przez wąska grupę aktywistów działającą na podstawie „zamówienia politycznego” faktycznych beneficjentów przewrotu, nie mają spójnej ideologii, żadnego pozytywnego programu gospodarczego czy społecznego a swe prawdziwe cele ukrywają pod sloganami walki o „demokrację”, „prawa człowieka” czy „budowę społeczeństwa obywatelskiego”. Są drobiazgowo zaplanowane i zorganizowane przez całe sztaby fachowców a finansowane głównie przez zewnętrzne ośrodki władzy i oligarchiczne grupy interesów. Poprzez zaprogramowaną destabilizację danego kraju ośrodki te pragną w zglobalizowanym świecie realizować swoje własne interesy.

Pierwszym etapem „kolorowych rewolucji” jest totalne oskarżanie istniejącej władzy, medialne ośmieszanie jej i inicjowanie ruchu protestu z pozycji „wyższości moralnej”. Organizuje się pokojowe demonstracje, które w mediach są przedstawiane jako masowy ruch protestu, mimo że faktyczne zaplecze społeczne ogranicza się często do niewielkich w skali kraju gremiów. Etap drugi, ujawniający przywódcę i angażujący poparcie „autorytetów moralnych” (wszelakich celebrytów), może prowadzić m.in. do zajmowania i okupywania urzędów państwowych. W trzecim etapie dochodzi już do otwartej rewolty zmierzającej do przechwycenia kierownictwa nad resortami siłowymi – policją, wojskiem i służbami specjalnymi. W etapie czwartym, rozstrzygającym o dalszym losie kraju, ujawniane są rzeczywiste powody rewolucji, monopolizuje się całe gałęzie przemysłu i handlu itd. Ale może też dojść wówczas do wojny domowej. Dziś, z punktu widzenia zewnętrznego suwerena, najkorzystniejszy jest układ, w którym Polska jest podzielona na dwa zwalczające się obozy. Wytraca się na skutek tego energia ukierunkowana na rozwój naszego kraju. A różnym zewnętrznym siłom zależy na jego marginalizacji.

Czy to ogólne i „teoretyczne” spojrzenie na sytuację znajduje potwierdzenie w dotyczącej nas bezpośrednio praktyce? Zdaniem prof. Artura Śliwińskiego, wypowiadającego się w tym samym n-rze „Polityki Polskiej”, „kolorowa rewolucja” – inicjowana po to, ażeby zniszczyć i osłabić społeczeństwo, wprowadzić chaos duchowy i materialny, zwiększyć możliwość wpływania na wspólnotę narodową i jej kontrolę – w Polsce już się rozpoczęła. Wspiera ją zorganizowana z wielu kierunków i źródeł piąta kolumna.

W 10/2016 n-rze tygodnika „Niedziela” charakterystyczny tytuł: PO na wojnie. W artykule mowa o tym, że Platforma Obywatelska odgraża się totalną wojną z PIS-em, Grzegorz Schetyna zapowiada walkę z władzą zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Jak się można przekonać, walka realizowana jest w obydwu obszarach z niezwykłą konsekwencją i zaciekłością…

Ale miało być o kulturze. Bynajmniej, nie jest ona od tych spraw oddalona, lecz z polityką się łączy. Dla środowisk lewicowo-liberalnych, zgodnie ze strategią wypracowaną już przez Antonio Gramsciego, kultura, będąca terenem walki o umysły i poglądy, pełni wręcz rolę strategiczną. Jakie treści i dzieła promować, jakie kwestionować, jakich ludzi – twórców, artystów – lansować, jakich zwalczać, jakimi sposobami wprowadzać wspomniany „chaos duchowy” – to elementy szeroko zakrojonego planu operacyjnego, w którym w Polsce na celowniku znalazł się obecny rząd wraz z kojarzonymi z nim wartościami patriotycznymi i chrześcijańskimi. Nie ulega wątpliwości, że w kształtowaniu powszechnej świadomości ważną rolę odgrywają film i literatura. Weźmy więc pod uwagę pierwsze z brzegu przykłady działań na tychże „odcinkach frontu”.

Próbę zohydzenia narodowych ideałów poprzez zmasowany atak na, traktujący w gruncie rzeczy o honorze, film Jerzego Zalewskiego Historia Roja podjął, reprezentujący „Krytykę Polityczną”, Jakub Majmurek (film ma, być może, jakieś warsztatowe minusy, ale to zupełnie inna kwestia).  Tęskniący za komuną publicysta pisał o tym obrazie jako o „kinie programowej bezmyślności”.

Podczas gali związanej z przyznaniem Nagrody Literackiej Miasta Łodzi im. Juliana Tuwima Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi (który, według lewaków, jako twórca ośmielił się stanąć obecnie po niewłaściwej stronie) należące do kapituły Kinga Dunin i Beata Stasińska nie ograniczyły się do poinformowania o zdystansowaniu się do werdyktu, w którym zostały przegłosowane (a na informacji powinny poprzestać). Druga z wymienionych pań, nie zrażając się tym, że zaczęto ją wygwizdywać, odczytała tasiemcowe oświadczenie protestacyjne, mające nieomal charakter sądowej, jakby wyjętej z czasów stalinowskich, mowy oskarżycielskiej pod adresem poety (na szczęście, ze względu na wiek, nieobecnego). Rządowi też się oberwało…

Zastanowić się na pewno warto, czy „kolorowa rewolucja” tylko nam grozi, czy też już faktycznie trwa…

Miejsce przyjazne dla jazzu

Rozmowa z GRAŻYNĄ POSMYKIEWICZ, dyrektorem Teatru Muzycznego w Łodzi

 

 Janusz Janyst: – Czy Pani Dyrektor lubi jazz?

Grazyna Posmykiewicz: – Lubię i to bardzo. Cenię tę muzykę w różnych jej odmianach, choć nie ukrywam, że szczególnie jest mi bliski jazz tradycyjny. W żadnej innej muzyce, poza jazzową, nie jest też tak mocno eksponowany mój ulubiony instrument – saksofon.

 – Na co dzień obcuje Pani z rozmaitymi muzycznymi konwencjami. Co wyjątkowego odnajduje Pani w jazzie?

– To, że opierając się na improwizacji nie jest do końca przewidywalny i jednocześnie silnie oddziałuje na emocje odbiorców, którzy z kolei, poprzez swoje reakcje na koncertach, poprzez atmosferę, którą współtworzą, wpływają na improwizujących muzyków, a więc w jakiś sposób na kształt dźwiękowej narracji.

– Jazz coraz wyraźniej funkcjonuje w obszarze kultury wysokiej. Czy, Pani zdaniem, wymaga on upowszechniania na podobnej zasadzie, jak tzw. muzyka poważna?

– Muzyka jazzowa ma swoich wiernych fanów, a wiec krąg ludzi kochających ten gatunek muzyczny i interesujących się nim. Tak było zawsze, co wcale nie oznacza, że nie warto go popularyzować i przybliżać tym, którzy w nim jeszcze nie zasmakowali. Dziś oferta jazzowa jest bardzo szeroka, jest w czym wybierać.

– Repertuar Teatru Muzycznego obejmuje m.in. musicale, w których niejednokrotnie pojawiają się elementy jazzu.

 – To jedna z istotnych cech odróżniających musical od klasycznej operetki (o której nasz teatr bynajmniej nie zapomina). Przykładem nowoczesnego musicalu może być choćby niedawna prapremiera Cyrano z muzyką dobrze znanego w środowisku jazzowym Krzysztofa Herdzina. Uważam za właściwe, że repertuar łódzkiej sceny nie jest jednostronny.

– Warto przypomnieć, że wspomniane przedstawienie otrzymało Teatralną Nagrodę Muzyczną im. Jana Kiepury za najlepszy spektakl sezonu (a była to już, jak wiem, trzecia w historii nagroda im. Kiepury dla kierowanej przez Panią placówki). Jazz w stanie czystym towarzyszył z kolei prezentowanemu w Teatrze Muzycznym monodramowi opartemu na wspomnieniowej książce Andrzeja „Idona” Wojciechowskiego To był jazz… 

 – Wykonawcą monodramu Cztery sety jazzu był Michał Kruk. Prapremiera odbyła się w marcu 2014 roku.

– W bieżącym roku scena przy ul. Północnej po raz trzeci jest miejscem występów jazzmanów podczas Adi Jazz Festival.

– Tak, aczkolwiek na kilka miesięcy przed pierwszym festiwalem, bo w marcu 2013 roku, odbyła się w naszym teatrze gala jazzowa z okazji 80. urodzin wybitnego łódzkiego malarza i grafika, Henryka Płóciennika. Właśnie przy okazji tej gali narodził się pomysł festiwalu, którego pierwsza edycja przewidziana została na jesień tego samego roku. Wypadła bardzo ciekawie, m.in. ze względu na udział muzyków zagranicznych, i to skłoniło nas do kontynuowania współpracy z inicjatorem i kierownikiem artystycznym Adi Jazz Festival, Adamem Kowalczewskim. W roku następnym zrealizowany został drugi festiwal, teraz mamy trzeci.

– Dlaczego w roku 2015 nastąpiła przerwa?

– Powodem była kolizja terminów w związku z obchodami 70-lecia naszego teatru, obejmującymi też wspomnianą prapremierę Cyrano, napisanego specjalnie na tę okazję.

– Co wyróżnia tegoroczną imprezę?

 – Wspomnę może tylko, że udział Teatru Muzycznego jest jeszcze bardziej znaczący, bo polega nie tylko współorganizacji przedsięwzięcia. W jednym z koncertów wystąpi teatralna orkiestra pod dyrekcją Michała Kocimskiego, z udziałem solistów.

– Można więc mówić o pełnym zaangażowaniu placówki.

 – Dzieje się tak nie bez powodu. Po remoncie teatru postanowiłam wraz ze Zbigniewem Maciasem, że będzie to miejsce przyjazne dla różnorodnej muzyki. Jazzowy festiwal w tę koncepcję się wpisuje. Chciałabym, aby się rozwijał, aby jazz, który osobiście tak cenię, systematycznie gościł w naszych murach.

Energetyczne balety

Na zakończenie minionego sezonu artystycznego łódzki Teatr Wielki przygotował ciekawą premierę baletową, obejmującą – w pierwszej części wieczoru – Święto wiosny Igora Strawińskiego a w drugiej – Krzesanego Wojciecha Kilara. Zestawiając te dzieła placówka z jednej strony kierowała się chęcią ukazania podobieństwa zawartego w nich ładunku energetycznego i zakorzenienia w ludowej tradycji, z drugiej zaś – zamiarem skonfrontowania różnych koncepcji choreograficznych.

Napisane dla zespołu Diagilewa w 1913 roku, inspirowane obrzędami pogańskiej Rusi Święto wiosny jest kompozycją w historii muzyki przełomową ze względu na cechy witalne muzyki wynikające głównie z nowatorskiego potraktowania metrorytmiki (tzw. polimetria sukcesywna). Łódzki teatr (który już w 1989 roku wprowadził Święto wiosny do repertuaru w całkiem udanej choreografii Ewy Wycichowskiej) otrzymał tym razem zgodę na zaprezentowanie znanego w świecie, „geometryzującego” ruch opracowania baletowego tego utworu przez Marthę Graham (1984), stawiającą notabene przed tancerzami bardzo trudne, pod względem technicznym, zadanie do pokonania.

Czy artystyczna koncepcja Graham zachowała atrakcyjność? W dużym stopniu tak, aczkolwiek pewien niedosyt budzić może takie potraktowanie niezwykle sugestywnych, „dzikich” w sferze dźwiękowej kulminacji, że w warstwie ruchowej wydały się one zbyt mało dynamiczne. O amerykańskiej tancerce pisało się, że nigdy nie było jej celem ścisłe podporządkowywanie tańca muzyce. A to nie każdemu i nie zawsze musi się podobać.

Krzesanego baletomani pamiętają ze świetnej, dorównującej dramaturgią muzyce, realizacji zespołu Conrada Drzewieckiego, w której znalazło się miejsce również na przetworzenie w twórczy sposób typowo góralskich kroków oraz skoków („przez watrę”). Tych elementów zabrakło raczej w choreografii Henryka Konwińskiego. Gdyby wykorzystał je choćby w finale (od momentu muzycznego cytatu góralskiej kapeli), zwieńczenie baletu na pewno zrobiłoby większe wrażenie. Pewne wątpliwości budzić też może wewnętrzna spójność całej choreografii, której wstępna część oparta została na zupełnie innej kompozycji Kilara – Siwej mgle, zawierającej solo wokalne (Arkadiusz Anyszka) a zatańczonej w kostiumach raczej niekojarzących się z Tatrami (projekt Ireneusza Domagały).

Ważne, że tancerze Teatru Wielkiego, w tym soliści, w obu częściach widowiska stanęli na wysokości zadania, podobnie jak orkiestra pod batutą Tadeusza Kozłowskiego.

Strona 1 z 4212345...102030...Ostatnia »

Latest Topics

„Ostry” Ziemkiewicz

W zeszłym roku, nakładem lubelskiej Fabryki Słów, wydany został kolejny zbiór felietonów politycznych Rafała [Read More]

Słowo i muzyka u Jezuitów

Już po raz siódmy odbył się w Łodzi Międzynarodowy Festiwal „Słowo i muzyka u Jezuitów”, zorganizowany [Read More]

Ku rekonstrukcji polskości

Nakładem Wydawnictwa Prohibita wydana została książka Andrzeja Zybertowicza „Pociąg do Polski, Polska do [Read More]

Polityka a kultura

Na okładce miesięcznika „Polityka Polska” (2/2016) pytanie: czy Polsce grozi „kolorowa rewolucja”? Wewnątrz [Read More]

Miejsce przyjazne dla jazzu

Rozmowa z GRAŻYNĄ POSMYKIEWICZ, dyrektorem Teatru Muzycznego w Łodzi    Janusz Janyst: – Czy Pani Dyrektor [Read More]

Interesting Sites

    Archives