Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Thursday January 17th 2019

Werliński uhonorowany

(przyczynek do historii łódzkiej sceny operowej)

Tenor Roman Werliński, były solista Teatru Wielkiego w Łodzi, prowadził na Wydziale Muzycznym Uniwersytetu w Mersin (Turcja) warsztaty wokalne. Zakończyły się one nadaniem imienia Werlińskiego sali, w której odbywały się zajęcia.

Roman Werliński urodził się w Raciążu, do średniej szkoły muzycznej uczęszczał w Olsztynie, gdzie opiekowała się nim pedagog śpiewu Maria Stankowa, dawna solistka opery wiedeńskiej. Jej ówczesny uczeń nazywał ją pedagogiem „matką”, gdyż – jak twierdzi – szczególnie dużo od niej skorzystał. Studia odbył w Warszawie na Wydziale Wokalnym ówczesnej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, u prof. Wiktora Brégy.

Gdy w styczniu 1967 roku nowo wybudowany Teatr Wielki w Łodzi zainaugurował działalność, Werliński zgłosił się do dyrektora Zygmunta Latoszewskiego i po przesłuchaniu został przyjęty. Zapewne nie mógł wtedy przypuszczać, że scenie tej pozostanie wierny aż do emerytury.

Praca przez całe ćwierćwiecze była intensywna, choć kariera z powodów, o których mowa niżej, jedynie w fazie początkowej mogła rozwijać się harmonijnie. Solista zadebiutował w styczniu 1968 roku w Strasznym dworze Moniuszki jako Damazy. W ciągu kilkunastu późniejszych lat kreował wiele pierwszoplanowych ról tenorowych, współpracując w przygotowaniu premier z takimi reżyserami, jak Kazimierz Dejmek, Antoni Majak, Ryszard Peryt, Maciej Prus i takimi dyrygentami, jak Zygmunt Latoszewski, Tadeusz Kozłowski, Bogusław Madey, Mieczysław Wojciechowski. Śpiewał w Czarodziejskim flecie, Cosi fan tutte, Uprowadzeniu z Seraju Mozarta, Fideliu Beethovena, Henryku VI na łowach Kurpińskiego, Hrabinie Moniuszki, Kniaziu Igorze Borodina, Eugeniuszu Onieginie, Jolancie Czajkowskiego, Normie Belliniego, Fauście Gounoda, Zaręczynach w klasztorze Prokofiewa, Zorbie Kandera, Kawalerze srebrnej róży Straussa(ostatnia duża rola)i zbierał pochlebne opinie. Równocześnie w Filharmonii Łódzkiej brał udział w wykonaniu Mszy h-moll Bacha, Mszy św. Cecylii i Stworzenia świata Haydna, Mszy koronacyjnej oraz Requiem Mozarta. W Filharmonii Olsztyńskiej uczestniczył w realizacji III Symfonii Szymanowskiego a także światowym prawykonaniu De revolutionibus Paciorkiewicza. Do dyrygentów, z którymi w filharmoniach przygotowywał te dzieła, należeli Henryk Czyż, Zdzisław Szostak, Janusz Przybylski, czy Krzysztof Missona.

Znajdował zarazem czas na robienie czegoś dla radia, telewizji, filmu, ponadto dla łódzkich scen dramatycznych. Jego głos można usłyszeć w dialogach i piosenkach w odcinkowym filmie Przygody Misia Coralgola, w telewizyjnych spektaklach Bastien i Bastienne Mozarta, Kynologu w rozterce Czyża (tu, oczywiście, nie tylko głos został utrwalony). W Teatrze Nowym, obecnie im. Kazimierza Dejmka, sprawował opiekę wokalną nad aktorami występującymi w Operetce Gombrowicza i Cieniu Młynarskiego, w Teatrze 7.15 – w Dwojgu na huśtawce Gibsona.

Ale już niebawem nadciągnąć miały ciemne chmury, kończące na dłuższy czas pogodny okres życia artysty. Po wprowadzeniu stanu wojennego, za dyrekcji obdarzanego zaufaniem władz komunistycznych Sławomira Pietrasa (okres dyrektorowania Teatrem Wielkim: 1982-91), Werliński, jako działacz solidarnościowy, zaczął mieć kłopoty. Niektórych, popierających reżim Jaruzelskiego śpiewaków publiczność wówczas „wyklaskiwała”, ale generalnie mieli się oni dobrze. Werliński – nie. Służba Bezpieczeństwa kilkakrotnie wzywała go do swojej siedziby, próbując zwerbować do współpracy. Odmówił. Natomiast Pietras (o którym niektórzy powiadali, że walczy z Solidarnością) rzucał mu kłody pod nogi, nie obsadzał w rolach pierwszoplanowych, jedynie w drugoplanowych. Śpiewak starał się jakoś zrekompensować to sobie, sprawując funkcję opiekuna wokalnego solistów.

– Wyniosłem z domu twardy charakter i niesprzedajność – podkreśla – żadna kolaboracja nie wchodziła w rachubę. Może dlatego nie mam tego, co mógłbym mieć: daczy, samochodu. Z powodu zaangażowania w działalność Solidarności odstawiono mnie w teatrze „do kąta”. Satysfakcję dał mi za to pamiątkowy, srebrny ryngraf „Za zasługi w walce o Wolną Polskę”, wręczony przez legendarnego opiekuna łódzkiej Solidarności, ojca Stefana Miecznikowskiego. W 1990 roku, nie widząc dla siebie w Łodzi specjalnych perspektyw, wyjechałem do pracy do Turcji…

Należy zaznaczyć, że w tzw. międzyczasie ważną dziedziną aktywności Romana Werlińskiego stała się również pedagogika. Dawał prywatne lekcje śpiewu, na które chętnie przychodzili m.in. studenci Wydziału Wokalno-Aktorskiego łódzkiej Akademii Muzycznej, nie zawsze w pełni zadowoleni ze współpracy z profesorami, do których zostali przydzieleni. Dzięki lekcjom Werliński szybko zyskał renomę świetnego specjalisty w tejże dziedzinie.

Został wykładowcą Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej. Prowadził tam impostację głosu na Wydziale Aktorskim. Miał zarówno zajęcia zbiorowe, jak i indywidualne, a studenci (byli wśród nich np. Adrianna Biedrzyńska, Ewa Sonnenburg, Jadwiga Jankowska, Zbigniew Zamachowski) musieli zaliczyć m.in. fragmenty Krakowiaków i górali Stefaniego, Cienia Młynarskiego, Księżyca Orffa.

Przed rokiem 1990 przyjechali z wizytą do Łodzi dyrektorzy Narodowej Opery w Ankarze, aby przyjrzeć się pracy Teatru Wielkiego. I to oni, dokonawszy „rozpoznania”, zaproponowali Werlińskiemu etat opiekuna wokalnego wszystkich ponad czterdzieściorga współdziałających z placówką w Ankarze solistów. Werliński nie mógł od razu wyjechać, czekano rok na jego przyjazd, nie angażując nikogo innego. Na miejscu kazało się, że obowiązków jest dużo („bite” osiem godzin dziennie), ale powodów do zadowolenia też niemało.

Po powrocie z Turcji, za kadencji dyrektorskiej Kazimierza Kowalskiego w Teatrze Wielkim (rozpoczął kierowanie sceną w r. 1994), Werliński nic już nie śpiewał, mało tego, dostał… zakaz wstępu do teatru. Z jakich powodów? Tych samych, które motywowały Pietrasa, a więc de facto politycznych. W tej sytuacji artysta ponownie wyjechał do Turcji, by w latach 1996 – 2003 prowadzić, jako profesor kontraktowy, klasę śpiewu solowego na Wydziale Muzycznym Uniwersytetu w Mersin. Ukończyło jego klasę siedmioro studentów, niektórzy robią dziś karierę, np. Orhan Ildys – solista opery wiedeńskiej, czy Bulent Bezduz – śpiewający sporo w Europie i Ameryce.

Można przy okazji odnotować, że w 2005 roku Akademia Muzyczna w Łodzi wydała, pod redakcją Krystyny Juszyńskiej, książkę pt. Łódzka scena operowa (z cyklu Kultura muzyczna Łodzi). Pośród sylwetek śpiewaków występujących w Teatrze Wielkim w latach 1967-2004 Romana Werlińskiego zabrakło. Wymieniono natomiast z nazwiska… ok. dziesięciu PZPR-owskich aparatczyków, obecnych na uroczystości otwarcia gmachu 19. stycznia 1967 roku.

Po kolejnym powrocie do Polski Werliński w dalszym ciągu poświęcał się pracy pedagogicznej, ale w 2018 roku ponownie pojawił się w Mersin. Tym razem zaproszony został do poprowadzenia warsztatów wokalnych. Udały się znakomicie – w podziękowaniu za owocną pracę uczelnia „na wieczną rzeczy pamiątkę” nadała jego imię sali, w której uczył studentów. Zostało to nagłośnione przez turecką prasę.

– Niektórzy myśleli, że zostanę wdeptany w ziemię, ale nie dałem się – mówi Werliński. A że do setki zostało mi nie tak znów mało latek, zamierzam jeszcze trochę zdziałać – dodaje.

„Sztuka naiwna” w Willi

W Galerii Willa przy ul. Wólczańskiej eksponowana jest wystawa „sztuki naiwnej” – a ściśle malarstwa ze zbiorów łódzkiego kolekcjonera, Macieja Balceraka. O takiej „naiwnej” sztuce powiada się, że jej autorami są „malarze niedzielni”, prymitywiści, twórcy nieprofesjonalni, intuicyjni itp. Dominuje więc protekcjonalny, w dużym stopniu lekceważący stosunek do ich twórczości, choć przecież w kontekście aktualnych poczynań wielu… naiwnie dostosowujących się do różnych mód twórców „uczonych” (wyuczonych w akademiach sztuk pięknych i legitymujących się dyplomami) ta nieprofesjonalna, spontaniczna i szczera aktywność twórcza może niejednokrotnie, przy bliższym kontakcie, budzić niekłamane uznanie. Na wystawie prezentowanych jest kilkadziesiąt prac autorstwa Czesława Fojcika, Ryszarda Koseka, Dietera Nowaka, Sabiny Pasoń, Rudolfa Riedela, Erwina Sówki, Władysława Wałęgi, Krzysztofa Websa, także nieżyjących już: Ewalda Gawlika, Ludwika Holesza, Antoniego Jaromina, Bronisława Krawczuka, Franciszka Kurzeja, Helmuta Matury, Władysława Rząba, Feliksa Smolińskiego, Gerarda Urbanka, Leopolda Wróbla, Pawła Wróbla oraz najsłynniejszego w pokazanym zestawie reprezentanta tego nurtu, Teofila Ociepki. Niektórzy z malarzy byli górnikami, ślusarzami itp., część należała do jakichś kółek plastycznych. Zadziwiać może dojrzałość niektórych obrazów, choćby uprawiającego art brut Koseka czy też Nowaka, nazywanego ze względu na preferowaną kolorystykę „Dieterem niebieskim”. Wystawa jest okazją do zweryfikowania własnych sądów na temat „sztuki naiwnej”.

Rok Grażyny Bacewicz

W roku 2019 przypada 110. rocznica urodzin i 50. rocznica śmierci Grażyny Bacewicz, o której mówiono niegdyś, że jest najwybitniejszą kobietą kompozytorką świata.

Urodzona w Łodzi i działająca tu przez jakiś czas twórczyni miała tak znakomicie opanowany warsztat kompozytorski, że jeszcze w latach 60-tych niektórzy, nieznający jej osobiście dyrygenci zagraniczni sądzili, że Grażyna to mężczyzna (wtedy niewiele pań trudniło się pisaniem muzyki, a te, które to robiły, nie osiągały na ogół godnych większej uwagi rezultatów). W beletryzowanych wspomnieniach Grażyny Bacewicz pt. Znak szczególny można przeczytać, że przychodziły do niej z zagranicy listy zaczynające się od słów: Cher Monsieur Grażyna Bacewicz, lub Dear Mister Bacewicz . Natomiast pewien krytyk stwierdził autorytatywnie, iż w jej cieniu z pewnością stoi mężczyzna, piszący za nią wszystkie utwory. Dopiero po jakimś czasie świat muzyczny zorientował się, w czym rzecz – naturalnie w Polsce od początku wszystko było oczywiste.

Warto przywołać kilka opinii sprzed lat dotyczących kompozytorki, a pochodzących od jej kolegów po fachu; wypowiedzi lokujących artystkę na samym szczycie Parnasu. „Nieraz mawiałem, że jest ona największą kompozytorką, bo kobiety-kompozytorki do jej czasów nie zajęły tak wybitnego miejsca, a w epoce romantycznej nie wychodziły poza salon” – pisał Witold Rudziński. Opinia Stefana Kisielewskiego była analogiczna: „Grażyna jest na pewno na całym szerokim świecie najwybitniejszą i najwszechstronniejszą kobietą piszącą muzykę”.

Jeśli obecnie nie powtarza się tak jednoznacznych sądów, to wcale nie oznacza, iż rangi jej dorobku się nie dostrzega. Może nawet widzi się tę rangę wyraźniej na tle niektórych, obniżających poprzeczkę warsztatowych wymagań, aktualnych tendencji kompozytorskich.

Była trzecim dzieckiem mieszanego, polskiego ze strony matki a litewskiego ze strony ojca, małżeństwa. Rodzeństwo to Kiejstut – późniejszy długoletni rektor łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, ceniony pianista-kameralista, z wykształcenia także filozof, Wanda – poetka, oraz Witold (Vytautas Bacevičius) – kompozytor, który później wraz z ojcem, Vincasem, osiadł na Litwie. Grażyna, razem z braćmi, początkowo uczyła się muzyki u ojca. Od 1919 roku uczęszczała do łódzkiego konserwatorium Heleny Kijeńskiej-Dobkiewiczowej. Studia kontynuowała w Konserwatorium Warszawskim, w klasach skrzypiec Józefa Jarzębskiego, fortepianu Józefa Turczyńskiego oraz kompozycji Kazimierza Sikorskiego. W 1932 roku wyjechała do Paryża, by doskonalić warsztat twórczy pod okiem legendarnej już dziś Nadii Boulanger, a umiejętności wiolinistyczne pogłębiać u Henri Toureta i Carla Flescha.

Szybko rozpoczęła się jej międzynarodowa kariera wirtuozowska. W recenzjach podkreślano nieskazitelną intonację gry skrzypcowej, mistrzostwo techniczne i finezję interpretacyjną. W 1935 roku zdobyła pierwsze wyróżnienie na Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego. W tym okresie prowadziła klasę skrzypiec i nauczała przedmiotów teoretycznych w łódzkim konserwatorium. Po wojnie też była przez jakiś czas zatrudniona w łódzkiej uczelni, współpracowała ponadto jako autorka muzyki z miejscową rozgłośnią radiową i teatrami. Działalność koncertową kontynuowała do początku lat pięćdziesiątych, potem nastawiła się na pracę twórczą. Zasiadała w jury konkursów skrzypcowych i kompozytorskich. Sama była laureatką licznych nagród za twórczość muzyczną, przyznanych jej w Paryżu, Londynie, Warszawie, Liège, Brukseli. Ujawniła też predylekcje literackie – napisała powieści Dwie drogi, Sidła, Oporny hydraulik, Powieść wojenną, sztukę teatralną Jerzyki albo nie jestem ptakiem i szereg opowiadań. Przez ostatnie lata życia wykładała kompozycję w warszawskiej PWSM. Zmarła w stolicy.

Jej twórczość, zaliczana do neoklasycyzmu, nie stanowi monolitu. Charakterystyczna jest dla jej muzyki umiejętność łączenia wyrafinowanych środków technicznych z klarownością struktury, a rygorów formalnych z ekspresją. Jednak jej język dźwiękowy ewoluował. Wchłaniał stopniowo niektóre atrybuty muzycznej awangardy, coraz wyraźniej zbliżając się do sonoryzmu, wiążącego się z traktowaniem właściwości czysto brzmieniowych jako pierwszoplanowych. Wszelako nawet daleko idące poszukiwania dźwiękowe nie oznaczały sprzeniewierzenia się idei ładu, związanej w dużym stopniu właśnie z klasycystycznym kultem klarownej formy oraz szacunkiem dla rzemiosła. „W żadnym zakresie tworzywo muzyczne nie miało dla niej tajemnic – pisał Tadeusz Baird – jest u niej niewyczerpane źródło inwencji, mistrzostwo techniczne i formalne, rozmach”.

W spuściźnie Bacewicz najwięcej znajduje się utworów instrumentalnych. Bardziej, niż wokalne, odpowiadały one estetycznym poglądom kompozytorki, odnoszącym się do sztuki dźwięku jako przekazu asemantycznego. Aby nie prowokować słuchaczy do skojarzeń pozamuzycznych, unikała tytułów tzw. programowych. Poza tytułami charakteryzującymi formę (symfonia, sonata, kwintet, kwartet, trio), wprowadziła określenia typowe dla wieku XX – Koncert na orkiestrę, Musica sinfonica in tre movimenti czy Muzyka na smyczki, trąbki i perkusję.

Miała jednak świadomość związku z tradycją narodową. Rozumiała ją w kategoriach duchowych, a nie tylko w sensie nawiązywania do folkloru, choć i taką stylizację uprawiała (III Koncert skrzypcowy „góralski”, I oraz IV Kwartet smyczkowy, balet Z chłopa król). Bardzo lubiła żywiołowy rytm oberkowy, wprowadziła go jako osnowę finału Koncertu fortepianowego, finału II Sonaty fortepianowej, drugiej części I Kwintetu fortepianowego. Napisała dwa Oberki na skrzypce i fortepian i podobnie, jak niektóre koncerty, wykonywała je jako wiolinistka – tym razem wspólnie z bratem, Kiejstutem.

W Łodzi Grażyna Bacewicz „ma” od jakiegoś czasu ulicę – tyle, że od centrum daleko i na dobrą sprawę mało kto wie, gdzie się ona znajduje. Od 1999 roku wspólnie ze swym bratem, Kiejstutem, patronuje Akademii Muzycznej. Przez kilka lat działał łódzki kwartet smyczkowy jej imienia, ale uległ rozwiązaniu. O pomniku, choćby skromnym, jak w Bydgoszczy, na razie nie pomyślano…

The Best of Muzyczny

Wzorem lat ubiegłych Teatr Muzyczny w Łodzi zaprosił na karnawałowy koncert inscenizowany – tym razem zatytułowany The Best of Muzyczny (czy przestajemy lubić język polski?). Program wyreżyserowany bez ekstrawagancji przez Zbigniewa Maciasa, solidnie przygotowany muzycznie przez dyrygentkę Elżbietę Tomalę-Nocuń a choreograficznie przez Artura Żymełkę, składał się z dwóch części. Na pierwszą złożyły się piosenki z wystawianych na tej scenie musicali (Skrzypka na dachu, Wonderful Town, Jesus Christ Superstar, Les Misérables i in.), w drugiej zaś przypomniano arie i duety operetkowe (z Wesołej wdówki, Księżniczki czardasza, Wielkiej księżny Gerolstein, Balu w Savoy’u itd.). Wszystko zostalo lekko okraszone tańcem. Na ogół bardzo dobrze spisali się w swym śpiewie soliści, m.in. Agnieszka Gabrysiak, Emilia Klimczak, Justyna Kopiszka, Aleksandra Wiwała, Paweł Erdman, Zbigniew Macias, Michał Mielczarek, Dawid Kwieciński. Co prawda fakt, że wszyscy korzystali z mikroportów, kazał za każdym razem zastanawiać się, na ile dany głos został sztucznie „podkręcony”. Z kolei mikrofonowe wzmocnienie schowanej pod sceną orkiestry, choć konieczne, psuło jej brzmienie. Podobać mógł się chór, balet (ten ostatni np. w kankanie z Orfeusza w piekle wytańczonym wszakże na małej przestrzeni i przez to trochę mniej efektownym, niż w dawniejszych prezentacjach). Natomiast poważnym minusem była słaba kondycja taneczna, także mających do spełnienia zadania ruchowe, chórzystów i większości solistów śpiewaków (jedna solistka w ogóle nie umie się ruszać, druga się garbi, trzecia ma ruchy czasami jak chłopak itd. itp.). Teatr reklamujący się dziś jako musicalowy – a to zobowiązuje! – powinien na to zwrócić uwagę i wprowadzić systematyczne zajęcia z tańca dla osób śpiewających. W odniesieniu do chórzystów, pracujących w tej placówce niekiedy dużo więcej, niż lat kilkanaście, można by powiedzieć: lepiej późno, niż wcale… Kiepska i tym razem była „dwugłosowa” konferansjerka Mieczysławy Andrzejak i Krzysztofa Wawrzyniaka. – nie dość, że schematyczna, bez dowcipu, to jeszcze, jak w latach poprzednich, w całości czytana (!). Pardon, jeden dowcipas się pojawił, aczkolwiek… ściśle ten sam, co w latach minionych: „zapraszamy państwa na piętnastominutową przerwę, która potrwa dwadzieścia minut”. Żart ściągnięty został z Kabaretu Rafała Kmity, który to zespół ongiś w łódzkim Teatrze Muzycznym występował. A samemu coś wymyślić, nie łaska?…

Dobrowolski upamiętniony

Przy ul. Wólczańskiej 35 w Łodzi odsłonięta została tablica upamiętniająca postać związanego z tym adresem Wacława Dobrowolskiego, żyjącego w latach 1890–1969 malarza, rysownika, publicysty i społecznika, zasłużonego dla rozwoju życia kulturalnego Łodzi w latach międzywojennych. Dobrowolski urodził się w Janówce na Ukrainie, kształcił się najpierw w kijowskiej Szkole Sztuk Pięknych a następnie w Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu, gdzie naukę przerwał mu wybuch I wojny światowej Studia artystyczne kontynuował i ukończył w Akademii Leningradzkiej, zdobywając rzetelny warsztat i rozwijając swą wrażliwość kolorystyczną. Po wojennej tułaczce, w 1927 roku przyjechał do odrodzonej Rzeczypospolitej i po kilkumiesięcznej podróży do Włoch i Francji zamieszkał w Łodzi. Utrzymywał się z portretowania łodzian, przedstawicieli rodzin fabrykanckich, ale i robotników, znane są również jego wizerunki Marszałka Józefa Piłsudskiego oraz odwiedzających miasto aktorów teatralnych. Malował ponadto pejzaże i sceny rodzajowe, operując realistycznym warsztatem w konwencji koloryzmu. Jego dorobek prezentowany był na wystawach indywidualnych i zbiorowych w Miejskiej Galerii Sztuki. W 1929 roku artysta założył w Łodzi Szkołę Rysunku, Malarstwa, Rzeźby i Przemysłu Artystycznego im. Cypriana Kamila Norwida, która, zyskawszy wysoką renomę, funkcjonowała w oficynie posesji przy ul. Wólczańskiej 35 do 1938 roku, a następnie pod adresem Piotrkowska 84 do wybuchu II wojny światowej. Dobrowolski był zarazem współzałożycielem aktywnej w latach 30. Grupy Artystycznej „Ryngraf”, promującej tradycyjne wartości w sztuce, oraz wydawcą ogólnopolskiego pisma „Polska Druga”, w którym zajmował się krytyką artystyczną. Jego teksty ukazywały się ponadto w „Kurierze Łódzkim” a prace plastyczne reprodukowano w piśmie „Łódź w Ilustracji”. W 1940 roku został wysiedlony przez niemieckiego okupanta, zamieszkał w Limanowej a potem w Radomiu, gdzie mieszkał i tworzył do śmierci, angażując się też w działalność edukacyjną (do jego uczniów należał tam Andrzej Wajda).

Planowana jest monograficzna wystawa poświęcona Wacławowi Dobrowolskiemu. Syn malarza, noszący imię ojca, Wacław Dobrowolski (muzyk, długoletni chórzysta Teatru Wielkiego w Łodzi, obecnie związany z kabaretem Wacław i Jego Ferajna) oraz reprezentująca Galerię Willa historyk sztuki, publicystka, Monika Nowakowska, zwracają się z apelem do posiadaczy obrazów i rysunków tego artysty (którego dorobek, niestety, w dużym stopniu uległ rozproszeniu) o udostępnienie ich na czas wystawy.

Recital Marka Drewnowskiego

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia Międzynarodowa Fundacja Muzyczna im. Artura Rubinsteina zaprosiła melomanów do Muzeum Miasta Łodzi na fortepianowy recital Chopinowski Marka Drewnowskiego, z okazji 36. rocznicy śmierci patrona Fundacji.

Drewnowski to wybitny wirtuoz i pedagog, niewątpliwie najznakomitszy pianista związany z Łodzią w ostatnich latach. Zapisał na swoim koncie występy niemal we wszystkich krajach europejskich, w Ameryce (dokąd na wspólne koncerty zaprosił go niegdyś Leonard Bernstein), w Azji i Afryce. Nagrywa dla polskich i zachodnich firm fonograficznych (m.in. kolejno wszystkie utwory Chopina), zajmuje się ponadto dyrygenturą, był założycielem i kierownikiem orkiestry The Chopin Soloist. Napisał kilka scenariuszy, występował w filmie. Założył także i jest prezesem – zajmującej się edukacją muzyczną i animacją – Fundacji im. Józefa Hofmana. Okresowo prowadził klasę fortepianu w łódzkiej uczelni muzycznej, którą jednakowoż opuścił. Dlaczego? Odpowiedź daje limeryk niżej podpisanego z tomiku Limeryki dla moich znajomych, zawierającego rymowane miniaturki o 200 łodzianach: Drewnowskiego kolejna domena:/ nagrywanie całego Chopina/ Miał tu zawiści dowody/ ale że czuje się młody/ Wyjechał. Po co mu łódzka scena?

Podczas wspomnianego recitalu pianista wykonał Chopinowskie Wariacje B-dur op. 2 nt. duetu z Don Giovanniego Mozarta, Nokturn Fis-dur op. 15, pięć mazurków (e-moll, H-dur, As-dur op. 41, cis-moll op. 63 i a-moll op. 68) a także trzy walce (a-moll op. 34, cis-moll op. 64 i As-dur op. 42).

Drewnowski dysponuje niezawodną, błyskotliwą techniką palcową, którą podporządkowuje wyrazistej zawsze koncepcji interpretacyjnej. Potrafi być wzruszająco liryczny (jak np. w Nokturnie, niektórych mazurkach), ale też na wskroś dynamiczny, wyrazowo „męski” (co zademonstrował już w rozpoczynających występ, utrzymanych w stylu brillant Wariacjach). Łączy – by odwołać się do typologii Martienssena – cechy pianisty klasycznego i romantycznego. Piszący te słowa wolałby może usłyszeć zagranego na bis Menueta Paderewskiego w wersji troszkę łagodniejszej, nie zmienia to jednak faktu, że cały występ ocenić należy bardzo wysoko, i – jak można się było zorientować – z takim właśnie odcieniem wartościowania odebrała recital publiczność.

Organizator koncertu i prezes Zarządu Fundacji im. Artura Rubinsteina, Wojciech Grochowalski, poinformował na zakończenie o niektórych szczegółach związanych z planowaną na bieżący rok, kolejną, szóstą już edycją Rubinstein Festival – międzynarodowej, prestiżowej imprezy organizowanej, przypomnijmy, jednoosobowo… a to, że jednoosobowo budzi w pewnych kręgach reakcję podobną do tej, która towarzyszyła w naszym mieście sukcesom Drewnowskiego.

Latest Topics

Werliński uhonorowany

(przyczynek do historii łódzkiej sceny operowej) Tenor Roman Werliński, były solista Teatru Wielkiego w Łodzi, [Read More]

„Sztuka naiwna” w Willi

W Galerii Willa przy ul. Wólczańskiej eksponowana jest wystawa „sztuki naiwnej” – a ściśle malarstwa ze [Read More]

Rok Grażyny Bacewicz

W roku 2019 przypada 110. rocznica urodzin i 50. rocznica śmierci Grażyny Bacewicz, o której mówiono niegdyś, że [Read More]

The Best of Muzyczny

Wzorem lat ubiegłych Teatr Muzyczny w Łodzi zaprosił na karnawałowy koncert inscenizowany – tym razem [Read More]

Dobrowolski upamiętniony

Przy ul. Wólczańskiej 35 w Łodzi odsłonięta została tablica upamiętniająca postać związanego z tym adresem [Read More]

Interesting Sites

    Archives