Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Friday September 21st 2018

Premiera pięknie wyśpiewana

Wciąż aktualne jest pytanie – szczególnie istotne w odniesieniu do repertuarowej klasyki – czym powinna być operowa inscenizacja. Czy przede wszystkim dokonaną z maksymalną starannością i twórczym zaangażowaniem prezentacją dzieła, czy też raczej autoprezentacją reżysera, traktującego siebie jako podmiot całkowicie autonomiczny, mogący w poczuciu nieograniczonej swobody wyczyniać z daną mu do dyspozycji materią wszystko, co zechce? W dziejach łódzkiej sceny operowej, poza wieloma udanymi premierami, pojawiały się niekiedy spektakle pretensjonalne, udziwnione, i w rezultacie męczące dla widza, mającego przecież prawo do obejrzenia klasyki w postaci niewykoślawionej.

Najnowsza premiera Teatru Wielkiego, Rigoletto Verdiego – z librettem osnutym na dramacie Hugo Król się bawi –  w reżyserii zaproszonego z Włoch Paolo Bosisio ma tę zaletę, że jej warstwa sceniczna, ukształtowana z szacunkiem dla dzieła, nie drażni i nie przeszkadza w kontemplowaniu muzyki, znakomicie zresztą wykonywanej przez solistów, chór i orkiestrę pod dyrekcja Tadeusza Kozłowskiego. Reżyserię można elegancko określić jako dyskretną, minimalistyczną, i to do tego stopnia, że pojawia się niekiedy niedosyt z nią związany, m.in. w kulminacyjnej dla tragedii scenie, gdy Rigoletto odkrywa, że to Gilda, jego ukochana, młodziutka córka, została zabita zamiast rozpustnego Księcia przez opłaconego rzezimieszka. Scena ta, zupełnie nieprzekonująca aktorsko, pozbawiona została prawdy psychologicznej, za co zresztą w równym stopniu odpowiedzialny jest odtwórca roli tytułowej, Zenon Kowalski, skądinąd śpiewający z należytym wyrazem. I tu należy podkreślić, że strona wokalna całego spektaklu zasługuje na uznanie. Świetnie wypadła jako Gilda Hanna Okońska. Jej nienagannie prowadzony sopran stanowił podstawę interpretacji subtelnej, dziewczęcej, różniącej się od niektórych, znanych melomanom kreacji „silnych”, nastawionych na popis, lecz nieadekwatnych do postaci. Podobać się mógł również Łukasz Załęski jako Książę. W tenorze młodego śpiewaka dopatrzyć się już można prawdziwego blasku. Dobre okazały się także inne partie. Natomiast scenografia Domenico Franchiego, jeszcze bardziej minimalistyczna od reżyserii, wymagała pracy wyobraźni, bo trzeba było uwierzyć, że np. pomieszczenie kojarzące się z pustym pokojem w oddanym właśnie do użytku przez współczesnych budowlańców mieszkaniu to komnata Gildy. Na szczęście rekompensowały tę ubogość pomysłowe, bogate kostiumy autorstwa Zuzanny Markiewicz.

„Biuletyn IPN” o Łodzi

Ukazał się kolejny, czerwcowy numer reaktywowanego „Biuletynu IPN – pisma o najnowszej historii Polski”. Wyeksponowane na okładce hasło przewodnie brzmi tym razem: „jedyne takie miasto” i odnosi się do Łodzi, której numer w większej części został poświęcony.

 Wydawany w Warszawie miesięcznik IPN (jego redaktorem naczelnym jest obecnie Jan M. Ruman) wyszedł po raz 151, co daje już w sumie ogromną liczbę opublikowanych tekstów historycznych, dotyczących zresztą różnych dziedzin życia. Skoncentrowanie się w najnowszym n-rze na Łodzi wynikło m.in. z przeświadczenia, że interesujące jest nie tylko to, co działo się w tym – określanym kiedyś jako „złe miasto”, lecz inspirującym przecież naukowców, publicystów, pisarzy i artystów –  ośrodku w stuleciu XIX, gdy w imponującym tempie rozwijał się on jako centrum przemysłu włókienniczego, ale że godne uwagi są również czasy późniejsze.

I właśnie w tekście Przemysława Waingertnera Fenomen Łodzi XX wieku mowa jest o wpływie na status grodu obu wojen światowych, o narastających stopniowo konfliktach politycznych, życiu naukowym, kulturalnym i działalności lokalnych mediów po II wojnie.

Jolanta A. Daszyńska przypomina operację łódzką, czyli bitwę z końca 1914 roku. Ta największa  operacja manewrowa I wojny na froncie wschodnim (zwana też rzezią pod Łodzią), zakończyła się zwycięstwem Niemców nad Rosjanami. Zginęło ok. 200 tysięcy żołnierzy. Polacy walczyli w mundurach obu stron konfliktu.

Niemieckiemu obozowi z ulicy Przemysłowej w Łodzi poświęcił swój artykuł Artur Ossowski. W latach 1942-45 więziono tam, bito, głodzono i zmuszano do morderczej pracy ponad 3 tys. dziewczynek i chłopców – głównie dzieci uczestników ruchu oporu z różnych ośrodków w kraju. Zginęło ok. 200 więzionych.

Twórcą i komendantem powojennego Konspiracyjnego Wojska Polskiego, Stanisławem Sojczyńskim „Warszycem”, zajął się Tomasz Toborek. W trakcie okupacji partyzancka grupa Warszyca wsławiła się likwidacją szefów radomszczańskiego gestapo oraz uwolnieniem więźniów z miejscowego aresztu. Po wojnie znów nastąpiło rozbicie aresztu, gdzie UB więziło polskich patriotów. Po ujęciu Warszyc wraz z podkomendnymi został zamordowany w Łodzi w 1947 roku.

W innym miejscu Toborek opowiada o dwóch łódzkich rodach patriotycznych – Szeletyńskich i Wocalewskich. Rodziny te, złączone w 1923 roku małżeństwem Stefana Szeletyńskiego i Jadwigi Wocalewskiej – w swych dziejach zawsze były związane z walką o wolną Ojczyznę, począwszy od bojów legionowych, poprzez tworzenie zrębów harcerstwa, aż po powojenną konspirację młodzieżową.

Artykuł Mileny Przybysz-Gralewskiej dotyczy mieszkającego w Łodzi po II wojnie Greka, Aleksandra Wakalopulosa. Ten współpracownik UB penetrował środowiska organizujące przerzuty Polaków za granicę, ale przy okazji nieźle zarabiał pomagając niekiedy w takich akcjach. Prowokacja z kwietnia 1950 roku dotyczyła wciągnięcia 26 osób w plan ucieczki samolotem LOT-u do Szwecji. Wszyscy zostali aresztowani.

Wiec młodzieży w łódzkiej hali „Wimy” 23. października 1956 roku omawia Janusz Wróbel. W dniach obrad VIII Plenum KC PZPR pojawiły się wieści o przemieszczaniu się przez województwo łódzkie wojsk radzieckich. Na wielotysięcznym wiecu domagano się suwerenności, wolnej prasy, wyjaśnienia sprawy Katynia itp. Uchwalona rezolucja nigdy nie została opublikowana.

Józef Śreniowski obrał za temat wydarzenia z marca 1968 roku w Łodzi, koncentrując się na pamiętnym wiecu 19 marca pod gmachem Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego i przypominając   zarówno sylwetki ówczesnych aktywistów studenckich, z socjologiem i filmowcem Tadeuszem Walendowkim na czele, jak i wymieniając nazwiska niektórych kapusiów. Studenci w swym proteście pozostali wówczas osamotnieni.

Zakończone sukcesem, łódzkie strajki z lutego 1971 roku naświetla Paweł Perzyna. Mające oddolny charakter protesty spowodowane zostały podwyżką cen żywności i objęły 32 zakłady, w tym wszystkie z branży bawełnianej i wełnianej. W zaistniałej sytuacji Rada Ministrów przywróciła poprzednie ceny.

Leszek Próchniak przypomina natomiast strajkowy Sierpień 1980 w Łódzkiem – od warsztatów pracy odeszło wówczas ponad 50 tysięcy zatrudnionych. Z kolei Sebastian Pilarski przywołuje obraz  czerwcowych wyborów 1989 roku w Łodzi, gdzie komunistyczne władze, jak w całym kraju, poniosły spektakularną klęskę.

W omawianym n-rze „Biuletynu” są też tematy pozałódzkie: rozprawka Krzysztofa Kawalca o ważnym wkładzie umiejącego wznieść się ponad podziały Romana Dmowskiego w odzyskanie niepodległości, artykuł Andrzeja Grajewskiego dotyczący życia religijnego w Rosji, gdzie nastąpiła odbudowa prawosławia i kościoła greckokatolickiego, wspomnienie Mirosława Szumiło o Richardzie Pipesie -demaskatorze bolszewizmu. Małgorzata Ptasińska opisuje Muzeum Polskie w Rapperswilu a Piotr Gontarczyk porównuje przedwojenne i powojenne wydania… komiksu z przygodami Koziołka Matołka.

Dodatkiem do miesięcznika – atrakcyjnego pod względem edytorskim – jest, jak stało się to w zwyczaju, DVD. Tym razem czytelnik otrzymuje filmy dokumentalne Grzegorza Królikiewicza o Andrzeju Kernie (a ściśle o tym, jak doszło do niszczenia tego polityka) a także rozłamie w łódzkiej „Solidarności” na frakcję lewicową i patriotyczną w momencie tzw. transformacji.

Ogólnie więc, wydawnictwo niezmiernie interesujące.

Sekretne sfery egzystencji

Łódzkie wydawnictwo Piktor opublikowało zbiór opowiadań Bogumiły Kempińskiej-Mirosławskiej pt. Chimera, będący prozatorskim debiutem autorki – dobrze skądinąd znanej w środowisku naukowym i artystycznym.

Dr Bogumiła Kempińska-Mirosławska jest łodzianką, absolwentką Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Łodzi, specjalistką chorób wewnętrznych, obecnie adiunktem w Uniwersytecie Medycznym. Pasjonuje ją m.in. historia medycyny. Działa również jako dziennikarka (należy do zespołu redakcyjnego miesięcznika „Panaceum”), blogerka,  malarka oraz poetka. Ma w dorobku dwa tomiki wierszy: Życie niedokończone i Przemiany.

Siedem opowiadań ze zbioru Chimera opatrzonych zostało nadtytułem: nic nie jest tym, czym się wydaje, bo też odkrywają te utwory głębiej ukryte treści związane z ludzką naturą i działaniem, docierają niejako w sekretne sfery egzystencji i wskazują na nieoczywiste motywacje kierujące postępowaniem bohaterów.

Ci bohaterowie to – w najdłuższym opowiadaniu – mieszkająca z matką pianistka, która porzuciła muzykę, by zająć się… bieliźniarstwem, ksiądz obarczony tajemnicą z przeszłości, osoby doświadczone przez los zarówno w niezbyt fortunnych związkach nieformalnych, jak i skonfliktowanych małżeństwach, w których przyczyną niezgody mogą być sprawy materialne, alkohol, niechciane przez ojca dziecko itd. Opowiadania sprawiają wrażenie, jakby powstawały w różnych okresach, o czym świadczą pewne różnice w sposobie prowadzenia narracji, ale też pojawiające się niekiedy w tle realia charakterystyczne dla dekad minionych – robienie przez jedną z postaci kariery w komitecie centralnym partii (domyślić się można, jakiej), wjeżdżający na dworzec pociąg z lokomotywą parową, czy niepraktykowane chyba już raczej szycie gorsetów. Aczkolwiek problematyka książki, na przykład w wypadku, gdy chodzi o tęsknotę za „lepszym  życiem”, o zaprzepaszczenie jakiejś ważnej szansy, ma walor uniwersalny, i to jest jednym z atutów Chimery.

Za atuty kolejne uznać należy niebanalny, swoiście „kobiecy”, a więc niemający wiele wspólnego z jakąś „męską” oschłością, sposób snucia wątków, ponadto wnikliwość psychologiczną oraz, charakterystyczne już zapewne dla osoby parającej się też poezją, dostrzeganie szczegółów i obecnych na dalekim planie aspektów sytuacji. Ot, choćby coś takiego: gdy para kochanków zabiera się do zjedzenia (wyhodowanego, niewątpliwie, na fermie), pieczonego kurczaka, pojawia się refleksja o… jego losie, bo przecież nigdy nie poskubał świeżej trawy, nie mrużył oczu pod wpływem słonecznego światła.

Opowiadania Bogumiły Kempińskiej-Mirosławskiej (notabene będącej także projektantką okładki) czyta się z zainteresowaniem, warto je więc czytelnikom polecić. 

Pracę traktuję jako misję

Rozmowa z Tomaszem Krupą, pedagogiem Zespołu Szkół Specjalnych Nr 2 w Łodzi

 

 Janusz Janyst – Jest Pan cenionym nauczycielem muzyki pracującym z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie. Co stanowi specyfikę tej pracy, jak realizuje Pan zajęcia?

 Tomasz Krupa – To, czym się zajmuję, to nie tylko zajęcia muzyczne i specjalizacja oligofrenopedagoga. Pracę z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie taktuję jako misję i powołanie. Trzeba być w tym działaniu asertywnym, jednocześnie wrażliwym i odpornym psychicznie. Warunki niełatwe do spełnienia, ale przy zaangażowaniu udaje się… Lekcje staram się maksymalnie uatrakcyjniać poprzez muzykę żywą  (którą wykonuję na instrumencie klawiszowym bądź skrzypcach), lub też nagrania płytowe. Pomocny w tworzeniu pewnego schematu zajęć staje się kalendarz. Nawiązuję do pór roku, świąt narodowych (Święto Niepodległości, Święto Konstytucji 3 Maja) i religijnych (Boże Narodzenie, Wielkanoc, Dzień Papieski). Zazwyczaj punktem wyjścia jest piosenka skorelowana z określoną sytuacją.

– Zapewne jedna piosenka nie wypełnia całej lekcji…

– Oczywiście, to byłoby absurdalne i potwornie nudne. Staram się, by każda, 45-minutowa lekcja była wyjątkowa. Zatem prezentowane są i inne piosenki, m.in. wykonywane przeze mnie, a atrakcyjne ze względu na tekst czy melodię. Tak jak w socjologii występuje teoria zmiany społecznej, tak ja stosuję ciągłą „teorię zmiany muzycznej” w tempie prowadzenia zajęć, budowania nastroju, wprowadzania kontrastu, zróżnicowania samej muzyki. Są przerywniki – fragmenty większych całości. Słuchamy utworów różnych gatunkowo – jazzu, klasyki, popu itd.

– Co jest naczelnym celem przedmiotu?

– Pracuję zdając sobie sprawę z rangi i znaczenia muzyki w życiu dziecka niepełnosprawnego intelektualnie. Wiem, że jest to sztuka mogąca stymulować i rozwijać jego psychikę, osobowość, pobudzać i wyzwalać ekspresję. Na lekcjach staram się odwoływać przede wszystkim do wyobraźni uczniów. Notabene Albert Einstein powiedział kiedyś, że wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona. Moim celem jest też wzmacnianie poczucia tożsamości uczniów i znaczenia własnego „ja”, budowanie świadomości bycia potrzebnym dla świata. No a poza tym wszystkim chcę wywołać u moich – poszkodowanych przecież przez los – podopiecznych, radość, uśmiech, zadowolenie, spontaniczność.

– Jak się zorientowałem, przykłada Pan dużą wagę do podmiotowego taktowania uczniów…

– Wiele już powiedziano w pedagogice o podmiotowym traktowaniu dziecka w procesie edukacyjnym. Gdyby spytać dowolnie wybranego nauczyciela, to każdy stwierdziłby, że się do takiej teorii stosuje, a jednak w praktyce wygląda to zazwyczaj zupełnie inaczej. Gdy nauczyciel zadaje jakieś pytanie, to najczęściej ma gotową, własną odpowiedź i inna go raczej nie zadowala. Staram się postępować inaczej pamiętając cały czas, że to ja jestem dla dzieci, a nie one dla mnie.

– Kolekcjonuje Pan nagrania, posiada imponujący zbiór płyt. Na ile wykorzystuje je Pan w pracy?

 – Moja, ciągle powiększająca się kolekcja płytowa, licząca około 10 tysięcy CD i winyli, obejmuje praktycznie wszystkie możliwe odmiany muzyki dostępne na rynku fonograficznym, z przewagą szeroko rozumianej muzyki klasycznej i jazzu. Są w tej kolekcji wydania wyjątkowe, kolekcjonerskie, np. wszystkie edycje Kind of Blue Davisa,
winyl numerowany (nr 16) Night in Calisia Pawlika, wiele płyt z autografami artystów itd.
Znajomość różnorodnej muzyki pomaga w pracy z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Muzyka staje się bowiem ważnym narzędziem terapeutycznym. Rozległe zainteresowania pedagoga i dysponowanie własnymi zbiorami nagrań sprzyjają zaspokojeniu potrzeb percepcyjnych uczniów.

– Wspomniał Pan o roli piosenki w swojej pracy. Piosenkę zalicza się na ogół do kultury popularnej. Czy tradycyjne podziały kultury muzycznej mają dziś jeszcze rację bytu?

– Te podziały nie zawsze się sprawdzają, choć, rzecz jasna, nikt nie może mieć wątpliwości co do przynależności np. Bacha, Mozarta, Chopina, czy Szymanowskiego do kultury wysokiej. Takie wątpliwości mogą się pojawić przy niektórych propozycjach obecnej awangardy… Warto natomiast zauważyć, że kultura popularna doczekała się „łagodniejszego” traktowania przez środowiska akademickie. W łódzkiej uczelni muzycznej powołano do życia Katedrę Musicalu a Irenie Santor przyznano w 2017 roku doktorat honoris causa. Niektóre zespoły rockowe (Lady Pank), nawet heavy metalowe (Metallica) swoje kompozycje rozszerzają o brzmienie orkiestry symfonicznej, w jednym z przebojów grupy Sweetbox słyszymy cytat z Arii na strunie G Bacha a piosenki Beatlesów wykonuje na skrzypcach Wadim Brodski.

– Pochodzi Pan z Kalisza, czy miasto rodzinne ukształtowało w jakiś sposób Pana zainteresowania? A co wniosły studia w Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów?

– W Kaliszu, gdzie się urodziłem, podjąłem naukę ogólną i muzyczną (szkoła podstawowa, I Liceum Ogólnokształcące im. Adama Asnyka, Państwowa Szkoła Muzyczna I i II stopnia im. Henryka Melcera). Rodzinne miasto przyczyniło się do fascynacji jazzem, dzięki odbywającemu się tam Międzynarodowemu Festiwalowi Pianistów Jazzowych (któremu poświęciłem notabene swą pracę magisterską). Wiedza oraz umiejętności zdobyte w uczelni miały ogromny wpływ na moją przyszłość zawodową i pogłębianie pasji muzycznych. Nie wyobrażam sobie innego sposobu na życie.

– Jak ocenia Pan rolę muzyki w życiu człowieka współczesnego?

 – Uważam, że jest bezcenna na każdym etapie życia, jako źródło indywidualnych przeżyć. Jest zarazem sztuką przełamującą bariery. Wykorzystując uniwersalny, międzynarodowy język, może – niezależnie od gatunku – skutecznie ludzi łączyć.

Wystawa prac Ryszarda Kuby Grzybowskiego

W łódzkiej Galerii Sztuki Willa można było obejrzeć bardzo ciekawą wystawę prac Ryszarda Kuby Grzybowskiego. Na ekspozycję złożyły się plakaty, rysunki, grafika, obrazy – głównie akrylowe – oraz projekty typograficzne.

Ryszard Kuba Grzybowski jest jednym z najaktywniejszych łódzkich artystów. Urodzony w Warszawie, po wojnie wraz z rodziną zamieszkał w Łodzi. Studia odbył jednak w katowickiej filii  uczelni krakowskiej a następnie w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Grafiki, uzyskując dyplom w Pracowni Plakatu Henryka Tomaszewskiego.

Punktem wyjścia twórczych poszukiwań Grzybowskiego był i jest rysunek – tuszem, ołówkiem, węglem, na różnorodnym podłożu i niejednokrotnie podmalowany. Na wystawie znalazły się fascynujące rysunki przedstawiające przyrodę, szczególnie ekspresyjne w swej formie drzewa, ale i np. dynamiczne ujęcia tematyki sportowej. We wszystkich pracach, a więc m.in. w charakteryzujących się stonowaną kolorystyką i oddalających się od realistycznej dosłowności obrazach, zwraca uwagę przemyślana, oddziałująca estetycznie na odbiorcę, kompozycja.

Walory kompozycyjne są zatem również silną stroną plakatów artysty, będących nader ważnym działem jego twórczości. Zajmował się nimi począwszy od lat 60-tych, realizując zamówienia wielu instytucji i placówek kulturalnych, w tym Teatru Wielkiego w Łodzi, dla którego zaprojektował też pierwsze logo. Uroda wizualna plakatów wynikająca z niebanalnych rozwiązań plastycznych łączy się z komunikatywnością w przekazie treści, mającą źródło w umiejętnym operowaniu skrótem myślowym, aluzją, symbolem.

Grzybowski, będący miłośnikiem książek i znawcą literatury (w pewnym okresie prowadził w Łodzi antykwariat) robi dla książek i czasopism wiele jako projektant. Ale próbuje też swych sił w poezji. W starannie wydanym katalogu wystawy – zredagowanym przez jej kuratora, Monikę Nowakowską – znalazło się pół setki poetyckich miniatur artysty, stanowiących komentarz do otaczającej rzeczywistości, w tym zjawisk artystycznych. Czytamy np.: tu i teraz/ brak artystów tworzących dzieła/ już nie mówiąc o arcydziełach/ roi się za to/ od realizacji projektów. Trudno się z tą myślą nie zgodzić.

Big-band Teatru Muzycznego

Teatr Muzyczny w Łodzi zaprosił na pierwszy koncert z planowanej serii „Klasycy big-bandu”.  Bohaterem prezentacji z udziałem własnej, powołanej niedawno do życia jazzowej formacji instrumentalnej, solistów, a także baletu, był Glenn Miller i jego standardy.

Życie jazzowe rozwija się w Polsce bujnie, aczkolwiek big-bandów mamy niewiele. Z radością powitać więc należy inicjatywę Teatru Muzycznego w Łodzi dotyczącą utworzenia swingowego zespołu. Do powstania Big-bandu Teatru Muzycznego bezpośrednio przyczynili się muzycy orkiestry tej placówki oraz dyrygentka Elżbieta Tomala-Nocuń, związana też zawodowo z Akademią Muzyczną im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów, skąd dobrani zostali brakujący do pełnego składu instrumentaliści. Trzonem formacji są, zgodnie z tradycją, saksofony, puzony oraz trąbki. Dochodzi do tego sekcja rytmiczna.

Program wspomnianego koncertu obejmował m.in. tak znane przeboje z repertuaru amerykańskiej, działającej od 1938 roku grupy, jak Moonlight Serenade Millera-Parisa, Chattanooga Choo Choo Warrena-Gordona, American Patrol Meachama. Brzmienie big-bandu mogło usatysfakcjonować, Elżbieta Tomala-Nocuń dbała o właściwe tempa i odpowiednią energię interpretacji, podobały się improwizowane solówki. Niemałe umiejętności wokalne zaprezentowali śpiewający na zmianę w niektórych utworach Justyna Kopiszka i Piotr Wojciechowski (aczkolwiek np. w Blueberry Hill Lewisa-Stocka nie najlepsze nagłośnienie sprawiło, ze głos solisty brzmiał za cicho). Dzielnie sprawowało się trio wokalne Ale Babki, z tym, że powinno ono jeszcze popracować nad stroną ruchową.

Grupa baletowa urozmaicała niekiedy muzykę tańcem, jednak stepowanie dziesięcioosobowego corps de ballet, jak i pary solistów (Joanna i Chris Ernestowie), słyszalne było właściwie tylko podczas pauz (breaków). Do zawierającego elementy muzycznej improwizacji koncertu nie za bardzo pasowała czytana konferansjerka. Niewątpliwie, miłośnicy evergreenów z epoki swingu z niecierpliwością czekają na kolejny wieczór z nowo powstałym big-bandem.

Strona 1 z 4912345...102030...Ostatnia »

Latest Topics

Premiera pięknie wyśpiewana

Wciąż aktualne jest pytanie – szczególnie istotne w odniesieniu do repertuarowej klasyki – czym powinna [Read More]

„Biuletyn IPN” o Łodzi

Ukazał się kolejny, czerwcowy numer reaktywowanego „Biuletynu IPN – pisma o najnowszej historii Polski”. [Read More]

Sekretne sfery egzystencji

Łódzkie wydawnictwo Piktor opublikowało zbiór opowiadań Bogumiły Kempińskiej-Mirosławskiej pt. Chimera, [Read More]

Pracę traktuję jako misję

Rozmowa z Tomaszem Krupą, pedagogiem Zespołu Szkół Specjalnych Nr 2 w Łodzi    Janusz Janyst – Jest [Read More]

Wystawa prac Ryszarda Kuby Grzybowskiego

W łódzkiej Galerii Sztuki Willa można było obejrzeć bardzo ciekawą wystawę prac Ryszarda Kuby Grzybowskiego. Na [Read More]

Interesting Sites

    Archives