Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Monday September 23rd 2019

Pamięć o historii

Po raz kolejny zorganizowane zostały w Jeżowie uroczyste obchody rocznicowe związane z bitwą rozegraną nieopodal tej miejscowości w pierwszych dniach II wojny światowej. W tym roku była to okrągła, 80. rocznica.

 Jeżów to jedna z najstarszych miejscowości na Zachodnim Mazowszu. W ciągu wieków działo się tu niemało, ale jednym z najważniejszych faktów historycznych jest bitwa, jaka stoczona została 9. września 1939 roku. Było to największe i najbardziej krwawe starcie z hitlerowskim najeźdźcą 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Siły polskie obejmowały wówczas sześć batalionów piechoty i dwa dywizjony artylerii. Doszło m.in. do walki na bagnety. Oddziały Wehrmachtu poniosły dotkliwe straty, lecz wspierane pojazdami pancernymi oraz Luftwaffe zmusiły Polaków do wycofania się. Na cmentarzu wojennym w Jeżowie zostało pochowanych 248 naszych żołnierzy.

W Jeżowie pamięta się o bohaterskich obrońcach Ojczyzny. Corocznie odbywają się tu rocznicowe obchody. Uroczystości związane z 80. rocznicą bitewnych zmagań zorganizowały wspólnie miejscowy Zespół Szkolno-Przedszkolny im. Bohaterów Września 1939 roku oraz Gmina. 9. września mieszkańcy – wśród nich reprezentanci władz gminnych, policji, straży pożarnej, pedagodzy, młodzież szkolna, ale także zaproszeni goście z innych ośrodków, przemaszerowali ulicami na cmentarz wojskowy, gdzie uczestniczono w apelu poległych i wysłuchano żarliwych, kompetentnych przemówień dyrektor szkoły, Sylwii Kotowskiej, i wójta Gminy Jeżów, Mariusza Guzickiego. Następnie wszyscy udali się do kościoła parafialnego p.w. św. Józefa. Świątynia przewidziana została jako miejsce prezentacji uczniowskiego programu poetycko-muzycznego o tematyce patriotycznej. Zarówno recytacje, jak wykonanie piosenek wojskowych zostały przez młodzież pod kierunkiem nauczycieli starannie przygotowane, widać było ogromne zaangażowanie w to przedsięwzięcie. Po części artystycznej rozpoczęła się Msza św. Uświetniła ją gra miejscowej orkiestry dętej działającej przy Ochotniczej Straży Pożarnej – znakomicie brzmiącego zespołu o długiej już tradycji.

I tym  razem bitwa pod Jeżowem została więc godnie upamiętniona. Można stwierdzić, że lokalna społeczność kształtuje i wzmacnia w oparciu o pamięć historyczną swą tożsamość, a dotyczy to w dużym zakresie młodego pokolenia.

Panie z bojowego szlaku

Na rynku czytelniczym pojawiła się, wydana nakładem warszawskiej oficyny Zona Zero, książka Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol Dziewczyny od Andersa. To interesująca, bogato ilustrowana zdjęciami praca dotycząca udziału kobiet w wojsku sformowanym na Wschodzie pod dowództwem legendarnego generała.

 Uczestnictwo kobiet w konfliktach zbrojnych sięga starożytności. Już w IV wieku p.n.e. niewiasty walczyły w wojsku ateńskim i spartańskim. W czasach nowożytnych żołnierki obsługiwały zrazu szpitale, ale od I wojny światowej służyły m.in. w armii brytyjskiej. Podczas II wojny światowej udział kobiet był powszechny w wojskach różnych krajów. Polek walczyło ok. stu tysięcy (najwięcej w AK). W Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, których dotyczy książka Lewandowskiej-Kąkol – ponad 7 tysięcy.

Dziewczyny od Andersa to książka wspomnieniowa, poświęcona wywodzącym się z Kresów i zesłanym w głąb ZSRR dzielnym paniom, które przeszły szlak bojowy razem z Armią Andersa. Były związane z Pomocniczą Służbą Kobiet i od tej nazwy pochodziło, stosowane przez kolegów żołnierzy, określenie „Pestki”. W odrębnych rozdziałach nakreślonych zostało 19 sylwetek: Elizy Ludwiki Kulikowskiej (najstarszej z nich, która – ukrywając swą płeć, służyła wcześniej jako sanitariusz w Legionach Piłsudskiego), Władysławy Piechowskiej, Beaty Radziejewskiej, Helenie Jabłońskiej, Alicji Dmuchowskiej, Haliny Wyrzykowskiej, Janiny Hobler, Eugenii Kulman-Szuberli, Danuty Lechny, Stefanii Firczykowej, Zofii Hertz, Marii Włodkowskiej, Wandy Czyniewskiej, Janiny Balińskiej, Karoli Uniechowskiej, Jadwigi Pieńkowskiej, Antoniny Klimaszewskiej-Markut, Zofii Giebułtowicz, Walerii Sawickiej. Ukazane zostały, i to wyraziście, losy tych kobiet także przed wcieleniem do 2 Korpusu, gdy ich udziałem stały się represje sowieckie, jak również po rozwiązaniu formacji, po wojnie, gdy osiedliły się w różnych krajach Zachodu. Jest w opowieściach miejsce na opis przyjaźni, miłości. A już same tytuły rozdziałów mową wiele, np. Cały czas żyję Polską…

Warto przytoczyć słowa córki gen. Władysława Andersa, Anny Marii Anders, która napisała w przedmowie: książka wypełnia kolejną lukę na mapie wspomnień tego niepowtarzalnego okresu, jakim była epopeja wojenna Armii Andersa i szlaku nadziei, którym kroczyła z głębi nieludzkiej ziemi, przez Persję, Bliski Wschód, Egipt i Włochy, ku Wolnej Polsce. Na całej tej trasie i w największych trudach wojennych towarzyszyły tej niezwykłej Armii niesamowite kobiety.. Wyrwane ze swego dotychczasowego życia przez ślepy los wojennej zawieruchy, musiały zmierzyć się z wyzwaniami, które nierzadko przerastały wytrzymałość zwykłego człowieka /…/ Walcząc z przeciwnościami losu odkrywały swe nowe powołanie.

Przypomnijmy, że Agnieszka Lewandowskia-Kąkol przez kilkanaście lat związana była jako dziennikarka z Polskim Radiem. Zajmowała się publicystyką muzyczną (współpracując m.in. z wydawanym w Łodzi „Poradnikiem Muzycznym”). Znana jest jako autorka takich książek, jak Niezłomna, Dziewczyny z konspiry, Na skraju piekła, Arystokracja – powojenne losy polskich rodów. Dziewczyny od Andersa napisała na podstawie bezpośrednich relacji niektórych bohaterek i opowieści rodzin, ponadto spisanych wspomnień zgromadzonych w Archiwum Wschodnim Ośrodka „Karta”, nagrań wspomnień przechowywanych w Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią, wykorzystała również opublikowane w różnych latach prace historyczne.

Witraż to rodzaj malarstwa na szkle

Janusz Janyst rozmawia z JANEM DOMINIKOWSKIM

J.J.Łódź, zwana miastem secesji, szczyci się od niedawna pięknym witrażem w willi przy ulicy Wólczańskiej 199, który został przez pana zrekonstruowany. Czyja była to inicjatywa?

Jan Dominikowski – Wszystko zaczęło się od zakupu w 2004 roku tej neorenesansowej willi przez Okręgową Radę Adwokacką w Łodzi. Nowi gospodarze obiektu zainteresowali się jego historią i dość szybko nawiązali kontakt z potomkami pierwotnych właścicieli, a więc rodziny Richterów. Richterowie przybyli do Łodzi z Czeskiej Lipy w 1825 roku. Protoplastą łódzkiej gałęzi rodu był Józef Richter, który przyjechał tu z rodzicami. Rodzinne przedsiębiorstwo, jako jedno z niewielu w bawełnianym grodzie, produkowało tkaniny wełniane. Wspomnę, że innymi znanymi przedsiębiorstwami przemysłu wełnianego były fabryki Heinzlów i Schweikertów. Willa przy ul. Wólczańskiej została wzniesiona w roku 1888 przez syna Józefa Richtera, Zygmunta, i była pierwszą rezydencją tej rodziny na terenie Łodzi. Później wzniesiono jeszcze trzy inne wille, wszystkie w bezpośredniej bliskości przedsiębiorstwa – jedną przy obecnej ul. Stefanowskiego i dwie przy ul. ks. Skorupki. Potomkini łódzkiego rodu Richterów, mieszkająca w Australii Belinda Miller, obejrzawszy podczas wizyty w naszym mieście wnętrze rodzinnego domu, uczyniła piękny gest ofiarowując fundusze na rekonstrukcję nieistniejącej części witraża w westybulu. Zachowała się tam tylko górna część witraża, umieszczona wysoko w tzw. nadświetlu okna a stanowiąca jedną trzecią pierwotnej powierzchni. Trudność polegała na tym, że nieistniejąca, dolna, główna kwatera witraża nie była udokumentowana ikonograficznie.

Kto był autorem pierwotnego projektu i w jakiej pracowni oryginalny witraż został wykonany?

– Nie wiadomo. Jednakże na podstawie analizy stylistyczno-porównawczej zachowanego fragmentu można z dużą dozą prawdopodobieństwa powiązać go z pracownią Dezyderego Mocznaya, działającą w Zbąszyniu w latach 1908-1936. Mocznay był z pochodzenia Węgrem, sztuki witrażowniczej uczył się w najlepszych artystycznych pracowniach Wiednia i Berlina. Na terenie Łodzi witraże pochodzące z jego pracowni zachowały się w willach Oskara Kona (obecnie rektorat łódzkiej „Filmówki”), Alfreda Jarischa (Urząd Stanu Cywilnego Łódź-Śródmieście), czy Ryszarda Geyera (Okręgowa Rada Lekarska).

– Zachowana część nawiązuje do secesji i w takim stylu należało dotworzyć resztę..

 – Witraż powstał prawdopodobnie na krótko przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Jego stylistyka nawiązuje do wiedeńskiej secesji geometrycznej, z wyraźnymi wpływami artystów z kręgu Wiener Werkstätte, takich jak Josef Hoffmann, Kolo Moser czy Remigius Geyling. Stylistyka ta jest widoczna zwłaszcza w ornamentalnych motywach roślinnych – stylizowanych, charakterystycznie ostro powcinanych liściach czerwonego dębu i zgeometryzowanych motywach kwiatowych: gwieździstych i dzwonkowatych. Ich sztywność i kontur wyraźnie antycypują późniejszą stylistykę Art Déco, u źródeł której odnajdujemy właśnie mocno zgeometryzowane ornamenty wiedeńskiej secesji. Figuralny motyw w medalionie umieszczonym w centrum nadświetla – dość jeszcze realistycznie i secesyjnie ujęty nagi mały chłopiec (putto), wyraźnie bawiący się sutą wstęgą tkaniny, dyskretnie podkreśla profesję właścicieli willi, rodziny Richterów. Ponieważ nie zachowały się żadne fotografie, czy inne materiały archiwalne, nie da sie stwierdzić, jak wyglądała brakująca kwatera witraża, jakie znajdowało się na niej przedstawienie – nie żyje nawet nikt, kto mógłby to w ogólnym zarysie pamiętać. W tej sytuacji dziekan Rady Adwokackiej, mecenas Jarosław Zdzisław Szymański wraz z mecenasem Andrzejem Wosińskim, prezesem Fundacji Willa Richterów, której celem są sukcesywne prace konserwatorskie obiektu, podjął decyzję o powierzeniu mi prac odtworzeniowych…

– … zdając się na pańskie kompetencje i artystyczną wyobraźnię.

– Tak można by to ująć.

– Wykonany przez pana witraż nie jest więc rekonstrukcją w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz w dużym stopniu kreacją.

– W porozumieniu z obecnymi właścicielami budynku doszedłem do wniosku, że w ikonografii odtwarzanego, choć w pewnym sensie nowego witraża należy zaakcentować włókienniczą i tkacką historię przemysłowej Łodzi, tym bardziej, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza to oblicze naszego miasta faktycznie odeszło do historii. Stąd właśnie przedstawienie na witrażu dziewczyny z przęślicą, z nawiniętymi na nią włóknami surowej wełny i czółenkiem tkackim w dłoniach.

– Taka jest treść witraża. Kwestię następną stanowi rysunek, kolorystyka, kompozycja oraz technologia. Podejrzewam, że niezbyt wiele osób orientuje się w specyfice witrażownictwa artystycznego. Pewnie większości wydaje się, że witraż to po prostu drobno pocięte, kolorowe szybki połączone w całość ramkami ołowianymi.

 – I w tym rozumieniu byłoby to takie bardziej skomplikowane szklarstwo. Natomiast problem z witrażownictwem artystycznym wygląda tak, że dokładnie w tym miejscu kończy się rzemiosło a zaczyna sztuka. Witrażownictwo ma bowiem pod względem artystycznym więcej wspólnego z innymi monumentalnymi technikami plastycznymi (polichromią, mozaiką, tkaninami ściennymi), niż ze szklarstwem. Trzeba artystycznie zagospodarować dużą powierzchnię, dobierając do najdrobniejszych niuansów barwy i odcienie szkieł, po czym wykonać na nich czynności malarskie, łącząc i mieszając kolory, rysunek konturowy i modelunek światłocieniowy. Każdy odcień, dodatkowa barwa czy czarne kontury to osobny wypał w piecu w temperaturze 580 – 600 stopni Celsjusza. Często wygląd i kolorystyka emalii przed wypałem zupełnie nie przypominają tych po wypale, trzeba to przewidzieć, aby uzyskać oczekiwany, docelowy efekt finalny. Stąd wykonanie witraża artystycznego jest rodzajem malarstwa na szkle, najbardziej zbliżonego technologicznie do podobnego zdobienia ceramiki czy porcelany.

– Co jeszcze można powiedzieć o pracy autora witrażu, od czego się ta praca zaczyna, co jeszcze istotnego jest w jej przebiegu?

 – Zaczyna się od wykonania szczegółowego projektu w kolorze a następnie tzw. kartonu projektowego w skali 1:1, który potem zostaje precyzyjnie pocięty na szablony odpowiadające poszczególnym tafelkom barwnego szkła. Żmudnie dobiera się kolory poszczególnych szybek i gatunki szkieł. W willi przy ul. Wólczańskiej zachowany, oryginalny fragment witraża był wykonany ze szkieł tzw. katedralnych, o charakterystycznych nierównościach i lekko matowej fakturze, przypominającej skórę. Takie szkła produkowano w momencie powstawania witraża w wyspecjalizowanych hutach europejskich i amerykańskich. Do niedawna jedna z hut niemieckich produkowała tego typu szkła witrażowe, dziś produkcja padła, a firma dystrybuująca sprowadza je obecnie z… Chin, po czym rozprowadza na rynku europejskim. To szkło produkowane jest według starej technologii, jednak jego jakość estetyczna pozostawia wiele do życzenia, stąd witraż w willi Richterów został odtworzony z użyciem droższych, ale za to wysokiej jakości szkieł amerykańskich. Po precyzyjnym docięciu i oszlifowaniu obrzeży tafelek szklanych, wykonuje się na nich czasochłonne i żmudne prace malarskie: nakłada czarne kontury, światłocienie w odcieniach czerni i brązu, kolorowe emalie. Każdy etap trzeba wypalić w piecu w temperaturze 580 – 600 stopni Celsjusza, a sam wypał każdorazowo trwa dobę, ponieważ rozgrzewanie szkła a potem jego studzenie (odprężanie) wymaga powolnej zmiany temperatury. Niezachowanie rygorów powoduje, że w szkle tworzą się naprężenia, prowadzące od razu, albo po krótkim czasie, do jego spękania. Przy tak artystycznym wykonaniu jedna szybka jest czasem nawet cztery – pięć razy wkładana do pieca, nim uzyska się oczekiwany efekt. Jeśli wykonanie opracowania malarskiego tworzy sam projektant, jest możliwość korygowania nasycenia patyn czy podjęcia decyzji o ewentualnym skorygowaniu kolorystyki szkieł. Wtedy takie elementy wykonuje się jakby „od nowa”, do czasu, gdy twórca jest już zadowolony i nie widzi potrzeby dalszych korekt. Następnie wypalone szybki składa się na stole w docelową płaszczyznę witraża, wsuwając pomiędzy nie odpowiednio docięte i wygięte dwuteowe ramki ołowiane. Każdy element szklany należy przy tym lekko „dobić” drewnianym młotkiem, aby szkła dobrze się ułożyły w ołowianej sieci.

– Czy nie jest to operacja na tyle delikatna, że aż stresująca?

– Tak, i to bardzo, ponieważ źle dobity, źle złożony witraż jest mało sztywny i potrafi się po pewnym czasie w oknie wybrzuszyć. Przy skomplikowanych kształtach szybek zdarza się, że jakiś element pęknie i trzeba go wykonać i wypalić od nowa. Potem następuje obustronne lutowanie złączeń ramek ołowianych cyną i sztuczne patynowanie błyszczących, srebrzystych („nowych”) ramek do odcienia szarografitowego, którego ołów i cyna w normalnym procesie nabierają dopiero po około stu latach. Jak więc widać, witraż jest bardzo pracochłonną i czasochłonną techniką sztuk plastycznych.

– I, niewątpliwie, po ukończeniu pracy można w nim dostrzec rolę umiejętności oraz talentu twórcy. Gratulując dzieła, prosiłbym na koniec jeszcze o słówko na temat pana aktualnych działań muzycznych.

 – Poszerzam swój repertuar o kolejne pieśni powstałe na przełomie XIX i XX stulecia – utwory kompozytorów polskich, włoskich, francuskich i rosyjskich. Nie wykluczam wydania w najbliższym czasie płyty.

Lato z muzyką (ze znakami zapytania)

W kościołach coraz częściej odbywają się koncerty. Są one zróżnicowane pod względem gatunku muzyki (klasyka, jazz, piosenka, folk) i charakteru wykonywanych utworów. Zazwyczaj cieszą się zainteresowaniem słuchaczy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że niejednokrotnie rodzi się pytanie, czy aby na pewno to, co w danym momencie dzieje się w świątyni, jest odpowiednie dla takiego szczególnego miejsca.

Przykład pierwszy z brzegu. W Grotnikach, w kościele p.w. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny trwało w lipcu 25. Lato z muzyką. Impreza, współorganizowana przez Gminne Centrum Kultury, Sportu, Turystyki i Rekreacji w Dzierżąznej pod artystycznym kierownictwem Witolda Kacprzaka, nazwana została oficjalnie festiwalem, choć taka nazwa może się wydać trochę przesadzona dla skromnego pod względem rozmiarów przedsięwzięcia, obejmującego raptem cztery krótkie koncerty „wciśnięte” w odstępach tygodniowych pomiędzy niedzielne, popołudniowe Msze św.

Zapowiadająca od lat występy na tej imprezie Małgorzata Jabłonowska-Kacprzak używa w odniesieniu do ich miejsca określenia „estrada”. Czy można tak nazywać przestrzeń przed ołtarzem? Z kolei czy na czas  prezentacji godzi się umieszczać w obrębie ołtarza, tuż przy tabernakulum, planszę reklamującą wykonawców?

Lato z muzyką w Grotnikach każe się jednak przede wszystkim zastanowić nad tym, czy wszelka muzyka jest dla wnętrza kościelnego właściwa, czy zasługuje na to, by ją tam prezentować. W ramach rzeczonej imprezy od lat rozbrzmiewa prawie wyłącznie – przyznajmy, na ogół nieźle wykonywana – świecka muzyka o cechach rozrywkowych. Kiedyś jedno ze spotkań w całości wypełniły też popisy tancerki flamenco. A edycja 25. była np. okazją do posłuchania piosenek musicalowych – także tych traktujących o miłości bynajmniej nie duchowej – w wykonaniu studentów łódzkiej Akademii Muzycznej (skądinąd w wersji karaoke, a więc z akompaniamentem z nagrania – nie obyło się zresztą bez pomyłki polegającej na włączeniu niewłaściwego podkładu). Prowadząca koncert anonsowała notabene piosenki jako… arie (!). Innym razem pod obrazem Matki Boskiej żywiołowe Czardasz Trio grało i śpiewało m.in. piosenki żydowskie i rosyjskie, w tym ognistą Kalinkę. Zaś na zakończenie cyklu kolejny, trzyosobowy zespół Colours of Tango uraczył słuchaczy dynamicznymi kompozycjami, które na pewno fantastycznie sprawdziłyby się na dancingu.

Słuchacze, zachęcani przez muzyków, często w trakcie piosenek i tanecznych numerów klaskali  rytmicznie, co sprawiało, że osoby przechodzące akurat koło kościoła przybiegały sprawdzić, co też takiego się tam dzieje. A zaznaczyć trzeba, że księża z grotnickiej parafii koncertami nie byli nigdy zainteresowani i na nie nie przychodzili.

Niektórzy uważają, że najodpowiedniejsza dla kościołów jest muzyka sakralna, na koncertach – sakralna nieliturgiczna. Z utworów religijnych prezentowanych w minionych latach podczas grotnickiego Lata z muzyką piszący te słowa zapamiętał jedynie, rozbrzmiewającą przez kilka sezonów z rzędu,  Ave Maria Wawiłowa, skomponowaną nie tak dawno w konwencji współczesnej piosenki lirycznej. Z uporem godnym lepszej sprawy utwór ten zapowiadany był zawsze jako… wczesnobarokowa kompozycja Cacciniego.

W powyższych uwagach, odnoszących się głównie do programu kościelnych koncertów, chodzi w gruncie rzeczy o kwestię dobrego smaku. I choć mowa była o jednej tylko imprezie, mogłyby takie uwagi dotyczyć i imprez innych.

Łódź w piosence

W czerwcu sala koncertowa Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów przy ul. Żubardzkiej była miejscem prezentacji laureatów jubileuszowego, XXV Przeglądu Piosenki o Łodzi Łódzkie Skrzydła 2019.

 Łódzkie Skrzydła to impreza cykliczna, organizowana od 1992 roku przez Towarzystwo Przyjaciół Łodzi. Szczególne zasługi dla organizacji przeglądu ma Elżbieta Wojsa. Adresatami utrzymanego w formule konkursowej przedsięwzięcia są dzieci i młodzież – od przedszkoli po szkoły ponadgimnazjalne oraz  placówki wychowania pozaszkolnego. Podczas ocenianych przez jury przesłuchań każdy wykonawca – solista bądź zespół – prezentuje po dwie piosenki, z których przynajmniej jedna musi być utworem o tematyce łódzkiej – stworzonym dawniej, lub też zupełnie nowym.

Impreza ma wcale nie błahe znaczenie kulturowe. Historia grodu nad Łódką, związane z nim tradycje, tak jak w wypadku wielu innych miast, mają przecież w piosence swoje odzwierciedlenie. Jest to więc przy okazji dla uczestników i słuchaczy lekcja historii i forma wzmacniania więzi ze środowiskiem lokalnym. Na przypomnienie zasługują zatem utwory dawne. Zdawał sobie z tego sprawę już w okresie międzywojennym Eugeniusz Ajnenkiel, zbierając łódzkie piosenki. W latach 60. i później utwory takie archiwizowano w ramach akcji dokumentowania łódzkiego folkloru miejskiego prowadzonej przez prof. Kazimierę Zawistowicz-Adamską z Zakładu Etnografii Uniwersytetu Łódzkiego wraz ze studentami. Z kolei pod redakcją Tadeusza Szewery ukazały się trzy części Śpiewnika łódzkiego, które wydało TPŁ i Łódzki Dom Kultury.

Oczywiście, niezmiernie raduje powstawanie nowych kompozycji. Pokłosiem dotychczasowych edycji Łódzkich Skrzydeł jest – jak dowiedziałem się w TPŁ – ponad czterysta piosenek powstałych z myślą o przeglądzie. Najciekawsze zostały opublikowane w dwu śpiewnikach oraz na płytach kompaktowych pt. Moja Łódź, Spacer z Tuwimem i Okno do mojego miasta. Wydawnictwa te stanowią to dla śpiewającej młodzieży ważną część bazy repertuarowej.

Piszący te słowa miał w tym roku po raz pierwszy bezpośrednią styczność z omawianą imprezą, nie przysłuchiwał się jednak konkursowym przesłuchaniom, w których wzięło udział prawie czterysta pięćdziesięcioro uczestników (w tym, rzecz jasna, członkowie chórów i innych zespołów) a był obecny jedynie na wspomnianym koncercie laureatów. Pewne obserwacje zostały wszelkie poczynione.

Program koncertu, połączonego z częścią oficjalną, obejmował jedenaście występów. Większość prezentacji (poza Cykadami – także trzech spośród czterech zespołów wokalnych) zrealizowana została metodą karaoke, czyli półplaybacku. Szkoda, że właśnie w ten sposób, gdyż to trochę pójście na łatwiznę. Ogólny poziom wszystkich punktów programu był dobry, aczkolwiek np. laureat w jednej z niskich kategorii wiekowych zaskoczył… kiepską intonacją. Czy nie było w tej grupie wiekowej czyściej śpiewających? Świetne za to wrażenie zrobiła tegoroczna maturzystka, Magdalena Barszczewska, bardzo ciekawie interpretująca premierową piosenkę Cezarego Mogielnickiego ze słowami Urszuli Kowalskiej Łódź płynie (wokalistka zagrała też  solówkę na skrzypcach). Interesująco wypadła również, w piosence tych samych autorów pt. Kierunek Łódź, nieco młodsza Estera Kmiecik. W koncercie znalazło się pięć, zróżnicowanych w charakterze, utworów nowo powstałych. W trakcie całej, jubileuszowej edycji przeglądu pojawiło się ich ponoć około dwudziestu. I tu uwaga zasadnicza – może dziwić, że nagradzane są wyłącznie wykonania, a nie także piosenki jako takie.

Co natomiast dzieje się potem z owymi premierowymi kompozycjami, jaki jest los całego twórczego dorobku ćwierćwiecza, czy jest on szerzej znany łodzianom i nie tylko im? Czy piosenki o Łodzi, w każdym razie te najlepsze, rozbrzmiewają w programach radiowych, telewizyjnych, czy są wykorzystywanym systematycznie narzędziem promocji miasta? Pytanie retoryczne, bo jak w istocie jest, każdy wie. Problem na pewno wart jest przemyślenia przez przedstawicieli placówek artystycznych, mediów, biura promocji miasta i samych organizatorów Łódzkich Skrzydeł.

I na zakończenie jeszcze sprawa personalna – przedstawicielkę TPŁ spytałem też, czy organizatorom nie przeszkadza, że przewodniczącą jury, poniekąd „twarzą” konkursu jest była, tajna współpracowniczka SB. Odpowiedź brzmiała: nie przeszkadza…

P.S. Urszula Kowalska napisała taki oto wierszyk w nawiązaniu do omawianej imprezy:

Zapomniane piosenki

Gdy opowiem – pokrzyczycie

Wówczas gdy mi uwierzycie

Że w konkursie – Łódzkie Skrzydła

Ćwierć wieku o Łodzi śpiewa

Rok w rok uczniów prawie tysiąc

A że pięknie – mogę przysiąc

Ich piosenki Łódź promują

Lecz w jej Święcie nie królują

Zatem potencjał wspaniały

Nie dodaje miastu chwały

Ci co miasto chcą promować

Głowy winni szybko schować

Lepiej wydać forsy górę

Na tą niby złotą kurę

Co nam zniesie złote jajka

Może zniesie – może bajka

W mediach o konkursie cisza

Coś tam bąkną na finiszach

A przez rok z piosenek żadnej

Nie puszczą bez marki sławnej

I potencjał z serca dany

Non stop nie wykorzystany

Łódź jest moją miłością

Z Urszulą Kowalską – poetką, publicystką, animatorką kultury, rozmawia Janusz Janyst

– Ma Pani opinię wielkiej łódzkiej patriotki.

– Miło słyszeć. Jestem w mej rodzinie łodzianką z trzeciego pokolenia i nie wstydzę się mówić, że Łódź jest moją miłością, że jest dla mnie najważniejsza, w związku z czym od lat staram się coś pożytecznego dla miasta robić. Zdarzały się propozycje przeniesienia się do innych ośrodków, ale nigdy nie miałam zamiaru z takich propozycji skorzystać.

-Podobno z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości podsumowała Pani swoje dokonania w formie listy stu działań na rzecz miasta?

-Była we mnie potrzeba uświadomienia sobie, że można zrobić więcej, niż się początkowo sądziło, a zarazem przypomnienia, czym konkretnie się zajmowałam w ciągu 30 lat zarówno w pracy społecznej, jak i zawodowej, w której niezależnie od podstawowych obowiązków poświęcałam wiele energii na realizację wciąż nowych pomysłów. Gdy jako ekonomistka pracowałam w banku BPH, podjęłam na przykład inicjatywę zorganizowania pierwszej konferencji dla właścicieli firm „Wszystko o kredycie dla Twojej firmy”. Stała się ona zalążkiem Łódzkich Targów Bankowości. Wymyśliłam hasło „Bank z ludzką twarzą” – miało ono wyrażać gotowość placówki do uczciwej współpracy. A wizualną tego gwarancją były pierwsze wizytówki pracowników banku ze zdjęciem, mobilizujące, w moim zamyśle, do odpowiedzialności za udzielane informacje na temat oferty bankowej (dodam, że nie było jeszcze w tym czasie powszechnych dziś identyfikatorów).

-Czy już wówczas stała się Pani animatorką sztuki?

-Chyba można tak powiedzieć, bo z mojej inicjatywy doszło do wieloletniej współpracy banku z Akademią Sztuk Pięknych. W wyniku wspólnych starań powstała galeria sztuki w łódzkim oddziale banku BPH. Chciałam, żeby klienci mieli również w takim miejscu okazję do kontaktu ze sztuką. Liczne wpisy w księdze pamiątkowej potwierdziły zasadność pomysłu. Natomiast w Akademii Sztuk Pięknych utworzona została Galeria Bankowa. Kolejnym krokiem stało się sponsorowanie przez bank plenerów malarskich i przekazywanie po jednym „plenerowym” obrazie każdego autora oddziałowi onkologii Szpitala im. Kopernika, co było wyrazem troski o pacjentów dotkniętych ciężką chorobą. Do dzisiaj ASP to kontynuuje.

-Co jeszcze Panią interesowało?

-Zapraszałam klientów banku na spotkania z tymi ośrodkami kultury, z którymi miałam przyjemność w różnej formie współpracować. Było to m.in. Muzeum Książki Artystycznej; Muzeum Kinematografii, Muzeum Włókiennictwa, ale także łódzkie teatry, z czym wiązały się pospektaklowe spotkania z aktorami. Wiele lat byłam także przewodniczącą Rady Krajowej Izby Mody oraz Fundacji Ulicy Piotrkowskiej, jako jej współzałożycielka. W 2008 roku, z okazji 185. rocznicy nadania ulicy Piotrkowskiej jej nazwy, zostałam współtwórczynią Łódzkiej Deklaracji Tożsamości i Łódzkiego Paszportu. Bela materiału licząca 185 metrów z podpisami mieszkańców Łodzi przechowywana jest obecnie w Muzeum Włókiennictwa. Zafrapowana pomysłem wytyczenia Łódzkiego Szlaku Konnego napisałam okolicznościowy cykl wierszy. Żałuję, że ranga Szlaku nie spełniła moich oczekiwań.

-Którą ze swoich publikacji ceni sobie Pani szczególnie?

-Za jedną z najważniejszych uważam Łódzkie czary-mary. Jestem autorką projektu i współautorką tego zbioru opowieści, oddanego po wydrukowaniu szkołom, bibliotekom i przedszkolom w Łodzi i województwie łódzkim po to, aby młode pokolenie lepiej poznało historię Łodzi i pokochało to miasto. Zresztą tym samym odbiorcom przekazany został tomik moich wierszy pt. Z Łodzią ci do twarzy, w którym duża część tekstów to słowa piosenek biorących udział w konkursie Łódzkie skrzydła. Mam takie szczęście, że młodzież, która śpiewa piosenki z moimi tekstami, często zajmuje pierwsze miejsca.

-Wiem, że napisała też Pani kilka dydaktycznych książeczek dla dzieci, proszę natomiast przypomnieć, co było impulsem do powstania zupełnie wyjątkowego w treści tomiku Zobacz mnie teraz.

-Empatia i miłość do skrzywdzonych przez los, cierpiących dzieci z hospicjum prowadzonego przez Fundację „Gajusz”. Przed moją wizytą w hospicjum byłam pełna obaw, czy dam sobie radę z bólem, jaki nie może nie dotknąć patrzącego na te nieuleczalnie chore istotki. Wstrząsające przeżycie spowodowało, że po powrocie do domu od razu musiałam wyrzucić z siebie emocje i kłębiące się myśli. Napisałam pierwszy wiersz do późniejszego tomiku, który przekazałam hospicjum jako cegiełkę na jego rzecz.

-Trudno byłoby pytać o wszystkie Pani książki, choćby wydane nie tak dawno i przetłumaczona przez Biblioteką Polską w Paryżu na język francuski Łódzkie korzenie, poświęcone dziejom Elżbiety Grenier i jej przodków z rodów Poznańskich i Hertzów, ale może nawiążemy jeszcze do zbiorku Przez dziurkę od klucza?

-Stanowi on przeciwległy biegun w stosunku do Zobacz mnie teraz. Zawiera frywolne fraszki przygotowane do druku wspólnie z córką Renatą. Ona zwróciła uwagę, że na moich wieczorach autorskich, gdy poruszane są smutne tematy, ludzie niejednokrotnie mają łzy w oczach. Zaproponowała więc zrobienie czegoś na wskroś wesołego. Tytuł Przez dziurkę od klucza ma wskazywać, skąd wzięły się inspiracje autorek.

-Jaką kieruje się Pani w życiu dewizą?

-Sądzę, że tylko życie poświęcone innym warte jest przeżycia. I że bardzo liczą się osobiste kontakty, bezpośrednie relacje. Zapewne dlatego tak cenię sobie spotkania z czytelnikami w bibliotekach, domach kultury a także w szkołach, gdzie pomiędzy prezentacjami swoich wierszy mówię o niezbędności prawidłowych relacji międzyludzkich już na etapie szkolnym, między rówieśnikami (bo w praktyce różnie z tym dziś bywa). Ja nawet lubię rozmawiać z nieznajomymi na przystanku, w autobusie, w tramwaju. Początkiem wymiany myśli może być jakieś banalne pytanie a potem rozmowa już się toczy i nierzadko mam satysfakcję, gdy ktoś ponury po paru minutach zaczyna się uśmiechać. Lecz zdarza się, że spotykam osoby będące przejazdem w Łodzi i one mi mówią, że nasze miasto jest brzydkie! Pytam wtedy: na jakiej podstawie państwo tak sądzą? Co państwo już obejrzeli? Najczęściej okazuje się, że prawie nic. I wtedy namawiam do poświęcenia Łodzi więcej czasu. Generalnie chciałabym podkreślić, że rozmowa, jako forma komunikacji, jest bardzo ważna i dziwię się, a nawet zdumiewa mnie fakt, że coraz częściej młodzi ludzie, a nawet nie tylko młodzi, gdy są razem nie rozmawiają ze sobą, a jedynie patrzą w swoje komórki…

Latest Topics

Pamięć o historii

Po raz kolejny zorganizowane zostały w Jeżowie uroczyste obchody rocznicowe związane z bitwą rozegraną nieopodal [Read More]

Panie z bojowego szlaku

Na rynku czytelniczym pojawiła się, wydana nakładem warszawskiej oficyny Zona Zero, książka Agnieszki [Read More]

Witraż to rodzaj malarstwa na szkle

Janusz Janyst rozmawia z JANEM DOMINIKOWSKIM J.J. – Łódź, zwana miastem secesji, szczyci się od niedawna [Read More]

Lato z muzyką (ze znakami zapytania)

W kościołach coraz częściej odbywają się koncerty. Są one zróżnicowane pod względem gatunku muzyki (klasyka, [Read More]

Łódź w piosence

W czerwcu sala koncertowa Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów przy ul. Żubardzkiej była miejscem [Read More]

Interesting Sites

    Archives