Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Thursday March 30th 2017

O cenzurze w PRL

Warszawskie wydawnictwo Zona Zero opublikowało książkę „Knebel. Cenzura w PRL-u” autorstwa Błażeja Torańskiego (niegdyś publicysty „Wprost”, „Rzeczpospolitej”, „Dziennika Łódzkiego”, obecnie związanego z „Do Rzeczy”). Jest to zbiór 21 wywiadów z naukowcami, pisarzami, dziennikarzami, ludźmi sztuki. Mówią oni o swoich doświadczeniach z cenzurą, prowadzonej z nią, swoistej „grze”, sposobach obejścia zakazów, ale i nieuniknionych kompromisach.

Główny Urząd Kontroli Prasy i Widowisk sprawdzał za komuny wszystko, co miało być rozpowszechnione. Jego pracownicy w oddziałach terenowych posługiwali się m.in. Księgą zaleceń i zapisów cenzorskich (którą w 1975 roku potajemnie przepisał a następnie wywiózł na Zachód Tomasz Strzyżewski). Urząd realizował cenzurę zewnętrzną, uszczelniając system. Wszelako w praktyce niezmiernie ważne były, determinowane tamtą, cenzura wewnątrzredakcyjna w mediach i – na wszystkich już obszarach – autocenzura. Wszystkie te działania miały destrukcyjny dla aktywności twórczej charakter, tym bardziej, ze niektórych władza potrafiła zmusić do daleko idących ustępstw a nawet współpracy.

Działalność cenzorów zmierzała do tego, żeby zmienić treści, zafałszować, aby nie dopuścić do publikacji informacji i poglądów, z których społeczeństwo mogłoby się czegoś o otaczającej rzeczywistości dowiedzieć. W nauce historii zakazane były liczne fakty, głównie związane z rolą ZSRR w dziejach najnowszych, uzależnieniem od niego Polski.

Cenzorzy cięli to, co przeczyło socjalizmowi jako „jedynie słusznemu kierunkowi” (prof. Zbigniew Romek, historyk).

W przypadku jakiejś krytyki systemu zalecano wprowadzać takie słowa, jak „niekiedy”, „nie zawsze”, niektóre”, „czasami”, „gdzieniegdzie”. W ten sposób krytyczna opinia rozmywała się. Manipulując tekstem można było odwrócić intencje autora. Przekaz pozbawiony fragmentów zmieniał ogólną wymowę (Tomasz Strzyżewski – formalnie cenzor, faktycznie „antycenzor” przepisujący dokumenty).

Zauważało się pewną koniunkcję między urzędnikami cenzury a SB. Na przykład po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki cenzorzy absolutnie nie działali sami, cały czas konsultowali się z SB i z Urzędem ds. Wyznań. Z pewnością w takich rozmowach i uzgodnieniach uczestniczyli też przedstawiciele PZPR, a nawet KPZR, wydając konkretne dyspozycje (ks. red. Ireneusz Skubiś).

Istniała granica między krytyką „konstruktywną” a „wrogą”. Gra z cenzurą polegała na tym, że ci pierwsi „krytycy” trzymali (lub przynajmniej udawali, że trzymają) z cenzurą sztamę. „Wrogowie” byli na z góry straconej pozycji (Marcin Wolski, pisarz, satyryk).

Nie było sztuką pójście na bój z cenzurą i przegranie. Ważne było, aby z cenzurą wygrać i przekazać treści (Lech Majewski, grafik, plakacista).

W odniesieniu do występów estradowych – siła ingerencji cenzorskich zależała od wielkości sali. Przy małej – wypowiedź mogła być swobodniejsza (Andrzej Rosiewicz, piosenkarz, satyryk).

Najbardziej diabolicznym sposobem cenzurowania był szantaż finansowy. Zgodnie z wewnętrznym przepisem, wymyślonym za Gierka i stosowanym do 1989 roku, piątą ratę honorarium wypłacano po kolaudacji – gdy, jako reżyser, podpisałem protokół, wyrażając zgodę na cięcia cenzury. Jeśli nie podpisałem, wypłatę wstrzymywano wszystkim, którzy pracowali nad filmem (Grzegorz Królikiewicz, reżyser).

Bycie ofiarą cenzury, poza wypadkami na zakręcie, stanowiło dowód taktycznego błędu, bo zarówno cenzorzy, jak i my – reżyserzy – znaliśmy reguły. Podkładanie głowy pod topór było niemądre, warto było natomiast próbować, do jakich granic pozwolą nam dojść. Ja już na etapie scenariusza miałem sygnały, gdzie są punkty zapalne (Krzysztof Zanussi, reżyser).

Przez długie lata cenzura odznaczała się dużą skutecznością. Do kiedy? Momentem przełomowym stało się ukazanie się pierwszego numeru „Zapisu” w styczniu 1977 roku. Władze, oczywiście, próbowały walczyć z „drugim obiegiem”, ale pism ukazujących się poza cenzurą przybywało z roku na rok. Później to już była walka z wiatrakami, nawet stan wojenny nie zmienił zasadniczo sytuacji (Kazimierz Orłoś, pisarz, scenarzysta).

Kilku rozmówców słusznie zauważyło, że cenzura, w innej niż dawniej postaci, jest także i teraz. – Są żli ludzie, którzy dewastują społeczeństwo, nie pracują dla Polski, tylko dla innych państw. Zajmują się walką ze słowami, ograniczają polską wolność. Najgorszy, podły, nikczemny gatunek ludzi. Działają w cenzurze, której formalnie nie ma, ale oni maja taką mentalność. Wykluczając niezależnych, niepokornych, niszczą naszą demokrację. Cenzura była świństwem, które truło życie społeczne i do dzisiaj truje. Obecnie nazywa się to „poprawnością polityczną” (Jan Pietrzak, satyryk, publicysta).

Niedosyt w książce budzą dwie skrajnie krótkie rozmowy – z Andrzejem Strumiłło i Janem Kanty Pawluśkiewiczem. W przypadku kompozytora wyjaśnienia wymagałoby zapewne jego błędne terminologicznie sformułowanie o podejrzliwości władz w stosunku do muzyki abstrakcyjnej, której Pawluśkiewicz przeciwstawia marszową. W istocie marszowa też jest abstrakcyjna. Zdziwienie natomiast, już w innym miejscu, wywołuje stwierdzenie Torańskiego, że PRL była zamordystyczna, bo skrobankę uważano za zbrodnię. Czy przekonanie o zbrodniczości zabicia dziecka w łonie matki jest naganne?

Wszystkie wywiady czyta się z zainteresowaniem, ma na to wpływ znakomite, merytoryczne przygotowanie Torańskiego do rozmów, jego dokładna znajomość dokonań rozmówców. Pytania są kompetentne, wnikliwe, odważne. A więc w pełni profesjonalne.

Wiersze Jolanty Miśkiewicz

Wpadł mi w ręce wydany nie tak dawno tomik łódzkiej poetki, Jolanty Miśkiewicz, pt. „Skłamałam. Maria Magdalena”. Książeczka ma obfitą zawartość, gdyż jest w niej prawie dwieście utworów – poza wierszami również kilka limeryków i fraszek.

Miśkiewicz jest z zawodu ekonomistką. Wiersze pisze od 13. roku życia. Wydała wcześniej tomiki Miłość sercem pisze oraz Obierz mnie jak cebulę. Do jej tekstów komponowane są piosenki. W dorobku ma zarazem opowiadania, w tym też dla młodzieży. Publikuje w czasopismach. Związała się z kilkoma grupami literackimi – m.in. Animą, Motylem, Akantem.

Zbiorek Skłamałam. Maria Magdalena zawdzięcza swój tytuł tytułowi jednego z wierszy, kończącego się w sposób następujący: Nie kocham Cię? Nie! /Kłamię dla Twego spokoju /Tak mi bez Ciebie źle. To nie jedyne wyznanie, wierszy o treści miłosnej jest na ponad stu stronicach sporo. Autorka nie skrywa uczucia do mężczyzny, wyraża je dobitnie i sugestywnie. Daje do zrozumienia, że to uczucie stanowi dla niej sens istnienia: Moja miłość pomaga mi przetrwać /w smutku, biedzie, tylko ona o mnie dba.

Ale wielokrotnie, także w wierszach dotyczących relacji damsko-męskich, uderza Miśkiewicz w ton żartobliwy. Chyba szczególnie ważna jest dla niej – skoro wydrukowana została dwa razy – Kosmiczna siła, potrzebna, by… dociągnąć facetów do ślubu. W nurcie satyrycznym mieszczą się parafrazy Stefka Burczymuchy Konopnickiej i Lokomotywy Tuwima. Z samych oksymoronów składa się W murowanym drewniaku. W zabawnym wierszyku pt. Pppppppp wszystkie wyrazy są na „p”. Fraszkę Pisząc wiersz (anakolut) cytuję w całości jako materiał dydaktyczny, mogący przyczynić się do wyeliminowania częstych błędów w użyciu imiesłowu przysłówkowego współczesnego: Pisząc wiersz padał deszcz /W domu siedząc wyła burza/ Zamykając lufcik spadł na mnie kleszcz / A spadając nabił mi guza.

Zabawy słowami pełnej fantazji autorki przejawiają się ponadto w godnej podkreślenia kreatywności słowotwórczej, przykładem Ziemia i zmierzch: Cichoziemia się przeciąga /mglistopoduchę układa. Skądinąd dla Miśkiewicz atrakcyjnym tematem mogą być rozmaite wydarzenia, zjawiska, obiekty – w równym stopniu Wigilia, co bociany, stary wiatrak, nie mówiąc o… kolegach po piórze, których portretuje. Wiersz dedykowany Januszowi B. kończy się wezwaniem: do walki ruszaj! (no i moc tej poezji okazuje się niemała, gdyż adresat faktycznie ruszył. Wypocił… polityczną, dość plugawą rymowankę ku uciesze grona lewaków). Ale na to już Miśkiewicz nie miała wpływu.

Jest to poetka znakomicie w swych rymowanych i zachowujących rytm utworach panująca nad słowem, twórczyni kierująca do czytelnika przekaz bogaty w treść, wynikający z dużej wrażliwości, potencjału emocjonalnego, ale i poczucia humoru, które się nierzadko ujawnia.

Bezcenny Miszalski, nieoceniona Księgarnia Wojskowa

O tym, że działalność mieszczącej się przy ul. Tuwima w Łodzi Księgarni Wojskowej im. gen. Stefana Roweckiego „Grota” wykracza poza sferę handlu, mieliśmy już okazję pisać. Placówka, prowadzona prawie 40 lat przez Ewę i Waldemara Podgórskich, od 1998 roku systematycznie organizuje spotkania z autorami nowo wydanych książek historycznych, politycznych i patriotycznych. Pierwszą zaproszoną autorką była córka gen. Roweckiego „Grota”, Irena Rowecka-Mielczarska, która promowała książkę W życiu i w legendzie. Teraz księgarnia pilnie potrzebuje sponsora.

Do tej pory odbyło się ok. trzystu spotkań autorskich. Nie jest możliwe wymienienie ich bohaterów, podkreślić jednak warto, iż niektórzy (poczynając od Jana Nowaka-Jeziorańskiego) dzięki księgarni po raz pierwszy od wielu lat (albo i w ogóle) znaleźli się w Łodzi. Działalność placówki została doceniona m.in. przez Instytut Pamięci Narodowej. Państwo Podgórscy znaleźli się wśród laureatów I edycji Nagrody Honorowej „Świadek Historii”.

Na początku grudnia księgarnia zaprosiła łodzian na spotkanie z  cenionym pisarzem, publicystą i tłumaczem Marianem Miszalskim, w związku z wydaniem przez Bibliotekę Wolności jego kolejnej książki politycznej: Żydowskie lobby polityczne w Polsce.

Kilka słów o tej pozycji. Lobbies to grupy wpływu i nacisku na władzę realizujące cele gospodarcze (np. preferencje dla określonej grupy producentów), polityczne (np. przywileje dla określonej mniejszości narodowej), czy społeczne (np. zrównanie prawne związków homoseksualnych z małżeństwami). W przypadku żydowskich lobbies politycznych funkcjonujących w krajach o ustroju demokratycznym, gdzie żyje żydowska diaspora, daje się zauważyć kumulację celów: grupy wpływu starają się przedstawiać politykę państwa Izrael jako obiektywnie słuszną i uzasadnioną, dążą do pozyskiwania budżetowych pieniędzy na cele własnej mniejszości narodowej, wykorzystują dostępne sobie media do promowania w życiu publicznym swoich „autorytetów” dobieranych wedle żydowskiego pochodzenia, zmierzają do obsadzania ważnych stanowisk – zwłaszcza w upaństwowionej kulturze (czyli propagandzie) – przez obywateli pochodzenia żydowskiego, dążą do wprowadzenia filosemickiej interpretacji historii w programach edukacyjnych dla młodzieży szkolnej, także do penalizacji „antysemityzmu”- próbując zawłaszczyć dla siebie monopol na interpretację tego określenia i starając się prezentować żydowski punkt widzenia jako obiektywny. Niemal wszędzie, gdzie istnieje żydowska diaspora, żydowskie lobbies polityczne mają na celu judaizację chrześcijaństwa lub przynajmniej jego rugowanie z przestrzeni publicznej, zwłaszcza z systemów szkolnych (pod szyldem laicyzacji nauczania).

Miszalski w sposób wnikliwy, beznamiętny, bez przesady można powiedzieć: naukowy, opisuje dzieje żydowskiej mniejszości narodowej w Polsce – od epoki najdawniejszej (XI w.), gdy Żydzi pojawili się na naszych ziemiach jako handlarze niewolników a potem „specjaliści” od bicia, ale też fałszowania pieniądza, poprzez okres, gdy w XVII i XVIII stuleciu stworzyli faktyczne państwo w państwie (pozbawione jedynie armii), aż po czasy najnowsze, naznaczone żydowskim lobby politycznym „puławian” w PRL i współczesną działalnością – będących filarami lobby żydowskiego w III RP – „Gazety Wyborczej” i koncernu medialnego „Agora”, Fundacji Batorego, Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny itd.

Praca wydana ponad dwa lata temu ma opinię najlepiej sprzedającej się w Polsce książki z kręgu prawicy. To, oczywiście, musi drażnić określone gremia, niemające wobec autora kontrargumentów merytorycznych, ale za to silną wolę zaszkodzenia mu a także i tym, którzy jego dorobek popularyzują.

Po spotkaniu z Miszalskim ukazał się w łódzkim dodatku do „Gazety Wyborczej” tekst niejakiej Flieger, zatytułowany Miszalski za 5 zł, zawierający manipulację faktami i przypisujący Miszalskiemu to, czego nie powiedział (patrz tekst autora na stronie Księgarni Wojskowej). Najsmutniejsze jest, że „Wyborczej”, na skutek bezpośredniej interwencji, udało się spowodować zawieszenie niezbędnego dla organizowania wieczorów autorskich wsparcia finansowego dla Księgarni, udzielonego ostatnio przez Biuro Poselskie Piotra Glińskiego.

Koszty spotkań, cieszących się niezmiennie dużym zainteresowaniem mieszkańców naszego miasta, są niemałe. Dotyczą zwrotu wydatków na podróż dla autorów spoza Łodzi, honorarium, hotelu, opłat za salę itd. Ewa i Waldemar Podgórscy nie są w stanie finansować wszystkiego z własnej kieszeni. Księgarnia Wojskowa, tak ważna w łódzkim życiu kulturalnym, potrzebuje więc sponsora!

50-lecie Teatru Wielkiego

Przypadający na styczeń 2017 roku jubileusz 50-lecia Teatru Wielkiego w Łodzi to ważne wydarzenie w życiu muzycznym naszego kraju, jako że łódzka scena jest jedną z głównych scen operowych w Polsce.

Sięgając w przeszłość warto przypomnieć, że bodaj pierwszą lokalną inicjatywą związaną z operą było zawiązanie się w sezonie 1893/93 zespołu pod nazwą Opery Łódzkiej. W 1915 roku powstało Łódzkie Kółko Operowe a trzy lata później sekcję operową stworzyło Towarzystwo Muzyczne im. F. Chopina. Kolejnym projektem stało się Łódzkie Towarzystwo Operowe z roku 1926. Od 1954 roku działała w Łodzi Opera Łódzka, korzystająca ze scen teatrów dramatycznych (dała w sumie 44 premiery).

W 1948 roku rozpisano konkurs na projekt Teatru Narodowego – bo tak się miała nazywać planowana scena dramatyczna z tysiącem pięciuset miejscami na widowni – jednak nie dał on zadowalających rezultatów. Późniejszy projekt, uznany za optymalny a nawiązujący do stylu klasycystycznego, opracował inż. Witold Korski wraz z grupą współpracowników. Projekt uwzględniał zmianę przeznaczenia budynku na teatr operowy z tysiącem trzystu miejscami dla widzów. Osobliwością widowni, mającą wyróżnić obiekt spośród innych tego typu teatrów w kraju i za granicą, okazał się brak lóż, czyli w pełni „demokratyczny” charakter przybytku.

19 stycznia 1967 roku, po trwającej kilkanaście lat budowie, nastąpiła uroczysta inauguracja. W nowej, wspaniałej siedzibie wystawiono Halkę Moniuszki. W następnych dniach dano Kniazia Igora Borodina, Straszny dwór Moniuszki i Carmen Bizeta. Od pierwszego przedstawienia wychwalana była znakomita, przewyższająca m.in. operowy teatr stołeczny, akustyka. Jerzy Waldorff zaproponował nawet: – Wystawiajmy przeto w Warszawie balety, a w Łodzi opery! Waldorff mocno by się zdziwił, gdyby mu powiedziano, że po latach w niektórych spektaklach zacznie się używać tzw. mikroportów…

Oczywiście, chwalona była nie tylko akustyka. Józef Kański napisał: – Niezmiernie rzadko się zdarza, aby jakiś teatr niemal bezpośrednio po rozpoczęciu pracy mógł zaprezentować swym odbiorcom ukształtowane już w dużej mierze artystyczne oblicze i aby z miejsca zdobył wysoką rangę w kulturalnym życiu nie tylko swojego miasta, ale i kraju. Zazwyczaj na obie te rzeczy pracuje się latami, tymczasem łódzki Teatr Wielki wywalczył je niejako wstępnym bojem

Sukcesy, bynajmniej, do „wstępnego boju” się nie ograniczyły. Wysoką rangę placówka przez szereg lat nie tylko utrzymywała, ale jeszcze wzmacniała. Sceną kierował legendarny już dziś tandem dyrektorski: Stanisław Piotrowski – dyrektor naczelny oraz dr Zygmunt Latoszewski – dyrektor artystyczny – notabene już od 1961 roku związany jako dyrygent z Operą Łódzką i wcielający stopniowo w życie swą ambitną wizję „teatru integralnego”, podporządkowanego wyrazistej koncepcji dramaturgicznej. Poza klasyką, traktowaną zawsze z pietyzmem, acz odczytywaną w sposób daleki od schematyzmu, wystawiano również nowe dzieła (w tym baletowe), nawet specjalnie zamawiane u twórców: Romans gdański Paciorkiewicza, Tragedyję albo rzecz o Janie i Herodzie Twardowskiego, Białowłosą Czyża, Królewnę Śnieżkę Pawłowskiego – ta ostatnia pozycja, z powodu zapotrzebowania na nią kolejnych generacji, okazała się w repertuarze prawie „nieśmiertelna”. Recenzje były znakomite a prasa informowała o coraz to większych trudnościach z dostaniem biletów. Kolejki pod kasami ustawiały się jak po niektóre, trudne wtedy do kupienia, artykuły spożywcze. Próbowano temu zaradzić ustanawiając abonamenty (również dla zakładów pracy). Zainicjowano tzw. premiery studenckie. Z Warszawy przyjeżdżały na spektakle specjalne „pociągi muzyczne”, wprowadzone z pomocą „Orbisu” i Ministerstwa Komunikacji, a dla zmotoryzowanych organizowano „rajdy teatralne” do Łodzi. W ciągu miesiąca odbywało się do 22 przedstawień, natomiast w poniedziałki kawiarnia „Teatralna” zapraszała na spotkania z reżyserami, scenografami i solistami. Spektakle operowe i baletowe prezentowano wielokrotnie za granicą. Teatr był coraz lepiej znany w świecie. Spécialité de la maison stały się Łódzkie Spotkania Baletowe organizowane począwszy od roku 1968.

Jeśli chodzi o poziom wystawianych spektakli, to kilka następnych dyrekcji nie mogło się już pochwalić osiągnięciami na miarę tej pierwszej, chociaż jakieś bardziej interesujące, wyrastające ponad przeciętność premiery zawsze się zdarzały. Drugi okres prosperity sceny, niemal dorównujący pierwszemu, miał nadejść wraz z pojawieniem się w naszym mieście Sławomira Pietrasa i przypaść na lata osiemdziesiąte. Poziom premier za jego dyrekcji wykazywał już jednak pewne wahania, wszelako prowadzone przez Pietrasa i cieszące się wielkim powodzeniem Warsztaty operowe zasłużyły na miano wzoru poczynań animatorskich.

Styczniowa premiera Halki nawiązała do inauguracji sprzed półwiecza – dzień i godzina premiery ściśle odpowiadają historycznemu momentowi – zaznaczył na konferencji prasowej dyrektor naczelny Teatru Wielkiego, Paweł Gabara. Odpowiedzialny za stronę muzyczną Halki dyrygent Wojciech Rodek (dyrektor artystyczny sceny) nie krył satysfakcji z możliwości pracy nad naszą narodową operą, którą uważa za arcydzieło zasługujące na wystawianie w najsłynniejszych teatrach świata. Premiera wypadła ciekawie zarówno pod względem reżyserskim i scenograficznym (Jarosław Kilian), choreograficznym (Emil Wesołowski), jak i właśnie muzycznym. Dobrze spisały się orkiestra i chór, a jeśli chodzi o solistów, głównym bohaterem wieczoru był pełen blasku tenor Dominik Sutowicz w roli Jontka. Znakomicie przygotowała pełną dramatyzmu partię tytułowej postaci Dorota Wójcik, tyle, że jej sopran okazał się trochę zbyt delikatny.

Spektakli było w styczniu tyle, że chyba każdy zainteresowany miał szansę obejrzenia inscenizacji (obsady zmieniały się). Na następny dzień po premierze przewidziano koncert jubileuszowy zatytułowany Szumią jodły od pół wieku z udziałem solistów, chóru i orkiestry Teatru Wielkiego. Pomiędzy występami znalazł się czas na wspomnieniowe rozmowy z emerytowanymi śpiewakami – zasłużonymi weteranami łódzkiej opery.

Ale nie tylko Halka uświetniła jubileusz. Dyrekcja TW wystąpiła z bardzo interesującą i wartościową inicjatywą. Ogłoszony został mianowicie konkurs kompozytorski na operę Człowiek z Manufaktury do libretta Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk opowiadającego o losach łódzkiego fabrykanta Izraela Poznańskiego – jednego z najbogatszych ludzi w Europie, budującego nie tylko fabryki, pałace i kamienice, ale też szkoły, szpitale, kościoły i mieszkania dla robotników. Do konkursu stanęło 40 kompozytorów z różnych krajów. I również w styczniu, z gościnnym udziałem znakomitej mezzosopranistki Małgorzaty Walewskiej, odbyło się pierwsze publiczne wykonanie fragmentów powstającego dzieła w „równoległych” wersjach skomponowanych przez czworo konkurujących ze sobą twórców, dopuszczonych przez jurorów (wśród których jest Krzysztof Penderecki) do finału. Oglądając także w internecie rejestrację tego koncertu można się było przekonać o talencie owej kompozytorskiej czwórki: Katarzyny Brochockiej, Kamila Cieślika, Rafała Janiaka i Aleksandra Nowaka. Zwycięzca finału ma zagwarantowane wykonanie całości. Założenie projektu jest wielopoziomowe. Z jednej strony umożliwia kompozytorom realizację ich artystycznych ambicji, z drugiej – w niecodzienny sposób zwraca uwagę na Łódź i jej bogatą, wielokulturową historię – stwierdził dyr. Gabara. Już wkrótce po wspomnianej prezentacji koncertowej można się było dowiedzieć o decyzji jury, które do ostatniego etapu współzawodnictwa (polegającego na skomponowaniu pierwszego aktu opery) dopuściło Rafała Janiaka. Będzie on konkurować ze wskazaną w głosowaniu w TW i internecie faworytką publiczności, Katarzyną Brochocką. W czerwcu wyjaśni się, kto z nich, jako laureat Grand Prix, stanie przed zadaniem skomponowania całego dzieła. Premiera ma się odbyć jesienią 2018 roku.

Lektura dla rodziny

Święta Bożego Narodzenia stały się kanwą niejednego utworu literackiego. Któż z nas nie czytał np. Opowieści wigilijnej Karola Dickensa… Tak się złożyło, że właśnie w okresie ostatnich Świąt trafiły do moich rąk Trzy niedługie opowiadania pod choinkę łódzkiej autorki, Marzenny Plich-Nowak.

Marzenna Plich-Nowak ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, po czym – jak sama mówi – przez ponad 30 lat realizowała swoje nauczycielskie powołanie wykładając w szkole język polski a także pracując w szkolnej świetlicy. Czynnie zajęła się literaturą w wieku 37 lat (teraz jest tylko trochę starsza). Ostatnio związała się z grupą literacką Centauro. Ma w dorobku zarówno na wskroś osobistą, nasyconą treściami egzystencjalnymi lirykę, jak i sześć książek dla dzieci. Niektóre z utworów pisała z myślą o córce i synu.

Trzy niedługie opowiadania pod choinkę adresowane są – tu znów zacytuję autorkę – do rodzin. Być może chodzi nawet Plich-Nowak o wspólne, głośne czytanie, które skądinąd sam mogę gorąco polecić, gdyż miałem szczęście tego jako dziecko doświadczyć i troskliwie te wspomnienia pielęgnuję.

Sygnalizowane opowiadania stanowią miłą lekturę. We wszystkich Wigilia, św. Mikołaj, to nie fabularny sztafaż, lecz istotne, konstrukcyjne składniki narracji. Jak również elementy ważne z punktu widzenia, łączącej się z rozwojem wypadków, problematyki etycznej. Pierwszy z tekstów dotyczy małego Frania, jego świątecznej przygody i spełniającego się marzenia. Drugi przenosi nas do domu dziecka, w którym dwie dziewczynki zostały o coś złego posądzone, ale wszystko ma się szczęśliwie wyjaśnić. Bohaterką trzeciego opowiadania jest starsza, samotna pani Różyczka, w wigilijny wieczór patrząca wstecz na swoje życie i doczekująca się przyjaznej wizyty. Od razu warto dodać, że historie opowiedziane są klarowną, piękną polszczyzną.

Wyobrażam sobie, że te utwory rzeczywiście mogłyby się świetnie sprawdzić w domowym (głośnym) czytaniu, zacieśniając jeszcze dodatkowo rodzinne więzi. A przecież dziś mamy, niestety, czasy niezbyt łaskawe dla instytucji rodziny. Wypracowany dla Europy „postępowy” projekt zmierza do unicestwienia tradycji, tożsamości, religii i rodziny właśnie. Do medialnych, także książkowych przekazów kierowanych do młodych odbiorców wkracza zakamuflowane hasło „róbta co chceta” a wraz z nim destrukcyjna ideologia gender. Całe szczęście więc, że wciąż jeszcze powstają utwory… normalne.

Polskie kolędowanie

Kolędowanie to ważny atrybut kulturowy Okresu Bożonarodzeniowego. Dobrze, że w Polsce tradycja wykonywania kolęd jest wciąż żywa i podtrzymywana na różnych poziomach aktywności artystycznej.

Jak wiadomo, kolędy narodziły się we Włoszech w XIII stuleciu. W Polsce już w XIV wieku pisał kolędy do tekstów łacińskich Bartłomiej z Jasła, z następnego wieku pochodzi kancjonał Jana z Przeworska. Do najstarszych kolęd z tekstem polskim należy Anioł pasterzom mówił (I polowa XVI wieku, tzw. Rękopis kórnicki).

Żaden inny kraj nie ma tak bogatego, jak Polska, repertuaru kolędowego, na co zwracał m.in. uwagę Adam Mickiewicz w trakcie swych paryskich wykładów. Obecna, codzienna praktyka rodzima ogranicza jednak ten repertuar do kilkudziesięciu pozycji. Duża część utworów jest „zamrożona” w starych kancjonałach (np. puławskim, Walentego z Brzozowa, sióstr z opactwa w Staniątkach, Kapeli generalnej Tomasza Stefanowicza), także w zbiorach folklorystycznych. Powstają jednak wciąż nowe utwory, utrzymane w różnej stylistyce.

W Okresie Bożonarodzeniowym kolędy i pastorałki śpiewa się w kościołach i domach. Ale też słucha się tych religijnych pieśni na koncertach. W styczniu można było w Łodzi i okolicach skorzystać z wielu propozycji koncertowych, obejmujących m.in. wykonania dziecięce i młodzieżowe. Warto zapewne odnotować szczególnie udane przedsięwzięcie – Regionalny Przegląd Kolęd i Pastorałek, który już po raz szesnasty zorganizowany został dla uczniów z powiatów bełchatowskiego, piotrkowskiego oraz z Piotrkowa Trybunalskiego przez Gimnazjum im. Marii Konopnickiej w Szydłowie. Jury pod przewodnictwem Aldony Plucińskiej – starszego kustosza Muzeum Archeologii i Etnografii w Łodzi – przesłuchało około 300 uczestników reprezentujących trzy grupy wiekowe i kilka kategorii wykonawczych (soliści, duety, zespoły). Koncert laureatów Kościele p.w. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Szydłowie, połączony z wręczeniem nagród, zgromadził wielu słuchaczy. Serce rosło, gdy słuchało się starannie opracowanych przez młodych wokalistów i instrumentalistów pod kierunkiem ich instruktorów kolęd i pastorałek dawnych i nowych (wymieńmy tu przynajmniej laureatów Grand Prix Przeglądu: są nimi zespół wokalno–instrumentalny z Gimnazjum w Moszczenicy oraz zespół młodzieżowy z MOK w Wolbórzu).

W Łodzi natomiast, najwyższą maestrią interpretacyjną związaną z prezentacją wspomnianego repertuaru odznaczał się koncert w Kościele p.w. Najświętszego Serca Jezus (czyli Kościele Jezuitów przy ul. Sienkiewicza). W wypełnionej po brzegi świątyni była okazja do podziwiania Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk im. Stanisława Hadyny. Formacja ta, powstała w 1953 roku, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w kraju i za granicą marek polskiej kultury. Cechę działalności Śląska stanowi, niewątpliwie, ciągłe dążenie do perfekcji i doskonałości, potwierdzane każdym występem – właśnie także tym łódzkim. Chór i orkiestra pod dyr. Krzysztofa Dziewięckiego wprost porwały słuchaczy swymi wykonaniami ciekawie zaaranżowanych utworów wyrastających z narodowej tradycji.

Polskie kolędowanie, traktowane zarówno jako praca u podstaw w kręgach szkolnych – dziecięcych i młodzieżowych, jak i wysoce profesjonalna forma ujętej w ramy koncertowe ekspresji artystycznej, jest z całą pewnością ważnym czynnikiem wzmacniającym narodową świadomość oraz tożsamość. A to ma w obecnych czasach niebagatelne znaczenie.

Strona 1 z 4312345...102030...Ostatnia »

Latest Topics

O cenzurze w PRL

Warszawskie wydawnictwo Zona Zero opublikowało książkę „Knebel. Cenzura w PRL-u” autorstwa Błażeja [Read More]

Wiersze Jolanty Miśkiewicz

Wpadł mi w ręce wydany nie tak dawno tomik łódzkiej poetki, Jolanty Miśkiewicz, pt. „Skłamałam. Maria [Read More]

Bezcenny Miszalski, nieoceniona Księgarnia Wojskowa

O tym, że działalność mieszczącej się przy ul. Tuwima w Łodzi Księgarni Wojskowej im. gen. Stefana Roweckiego [Read More]

50-lecie Teatru Wielkiego

Przypadający na styczeń 2017 roku jubileusz 50-lecia Teatru Wielkiego w Łodzi to ważne wydarzenie w życiu [Read More]

Lektura dla rodziny

Święta Bożego Narodzenia stały się kanwą niejednego utworu literackiego. Któż z nas nie czytał np. Opowieści [Read More]

Interesting Sites

    Archives