Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Wednesday March 20th 2019

Słynne ucieczki Polaków

Łódzka Księgarnia Wojskowa im. gen. Stefana Roweckiego „Grota” zaprosiła na promocję wydanej przez Frondę książki Andrzeja Fedorowicza pt. Słynne ucieczki Polaków. Autor, współpracujący z „Super Expressem” i rozmaitymi periodykami, uprawia historyczne dziennikarstwo śledcze. Wcześniej opublikował m.in. książkę 25 polskich wynalazców i odkrywców, którzy zmienili świat, zaś razem z małżonka, Ireną, napisał Niezwykłe Polki, które podbiły świat.

W promowanej pracy, podzielonej na cztery części i w sposób najogólniejszy zachowującej chronologię wydarzeń, opisanych zostało dziesięć spektakularnych ucieczek, będących dokonaniami – wydawałoby się – niemożliwymi do zrealizowania, wyczynami bohaterskimi. Pierwszy rozdział, Z dalekiej Syberii, rozpoczyna się omówieniem ucieczki w roku 1771 z zesłania na Kamczatce jednego z dowódców Konfederacji Barskiej, Maurycego Beniowskiego, który posłużył się skradzionym okrętem i wywiózł zarazem… tajne archiwa rosyjskie dotyczące planów ekspansji w Azji i Ameryce Północnej. Z kolei w roku 1846 udało się z Syberii wydostać Rufinowi Piotrowskiemu, a w roku 1929 Ferdynandowi Ossendowskiemu – dzięki niemu trafiły notabene do USA tzw. dokumenty Sissona świadczące o tym, że Lenin i inni bolszewicy byli agentami niemieckiego wywiadu. (komuniści wyszukiwali potem wspomnienia Ossendowskiego w bibliotekach i palili je).

Nieco inny charakter ma rozdział pt. Ucieczka złotego konwoju, czyli jak ewakuowano polskie zapasy złota. Chodzi tu, oczywiście, o wywiezienie w 1939 roku 75 ton cennego kruszcu o wartości 21 milionów funtów szterlingów z polskich banków w bezpieczne miejsce za granicą.

Trzecia cześć książki, Z niewoli niemieckiej, dotyczy trzech wybranych przez Fedorowicza ucieczek z niemieckich obozów. Z oflagu w Srebrnej Górze w Sudetach uciekła w 1940 roku grupa oficerów – mózgiem akcji był Jędrzej Giertych. Z obozu zagłady w Oświęcimiu wyjechało w 1942 roku samochodem, przebrane w mundury SS, fałszywe komando (m.in. Kazimierz Piechowski, Stanisław Jaster) wywożąc przy okazji słynny raport Pileckiego. Z obozu w Sobiborze wydostało się na wolność w 1943 roku, po zbrojnym buncie, ponad 300 Żydów, co było największą ucieczką z obozu śmierci w czasie II wojny światowej. Udało się przeżyć około 50 śmiałkom. Głównym organizatorem tych działań był Sasza Peczerski.

Ostatnia część pracy poświęcona została pokonaniu niewoli sowieckiej. W 1940 roku z łagru Meżog uciekł Bronisław Szeremeta, pokonując 3 i pół tysiąca kilometrów – połowę tej trasy pieszo. W następnym roku opuściła zesłanie w okolicach kołchozu Oktabrskij Władysława Pawłowska. Natomiast z przeznaczonego dla antykomunistycznej partyzantki więzienia NKWD w Skrobowie wydostała się w 1945 roku grupa akowców kierowana przez ppor. Piotra Mierzwińskiego.

Fedorowicz wszystkie rozdziały zredagował w sposób nadający narracji dramaturgię, osiągnął to m.in. wprowadzając miejscami elementy dialogu. Lektura więc naprawdę wciąga.

Obecny na promocji książki (w sali dawnego kina opodal księgarni) autor odpowiadał na liczne pytania zebranych. Podkreślił, że naszą historię tworzyli również uciekinierzy. Oni pokazywali, że Polak nigdy nie godził się na bycie niewolnikiem.

Warto skądinąd, aby opisanymi wydarzeniami zainteresowali się nasi filmowcy.

Koncert jazzowej kameralistyki

W wypełnionej po brzegi sali koncertowej Filharmonii Łódzkiej wystąpił Atom String Quartet – znakomity polski zespół jazzowy, mający skład klasycznego kwartetu smyczkowego a grający w składzie: Dawid Lubowicz i Mateusz Smoczyński – skrzypce, Michał Zaborski – altówka i Krzysztof Lenczowski – wiolonczela. Koncert stanowił promocję najnowszej płyty zespołu zatytułowanej Seifert.

Jak powszechnie wiadomo, Zbigniew Seifert był wybitnym polskim skrzypkiem jazzowym i kompozytorem. Zmarł przedwcześnie w roku 1979 w wieku 33 lat. Reprezentował ekspresyjny styl gry oparty na doskonałej technice wiolinistycznej a nawiązujący m.in. do dokonań saksofonisty Johna Coltrane’a. Jedną z najważniejszych płyt Seiferta była Passion. Niewątpliwie trudno, aby dokonania tego artysty nie oddziaływały, w mniejszym lub większym stopniu, na jazzmanów grających na instrumentach smyczkowych.

W sierpniu 2016 roku, podczas Letniej Akademii Jazzu, Atom String Quartet wystąpił w łódzkim klubie Wytwórnia wykonując we własnych aranżacjach utwory Seiferta m.in. z płyt Man On The Light i Kilimanjaro. Ten właśnie koncert stał się bezpośrednim impulsem do przygotowania promowanej teraz, wydanej przez Fundację im. Zbigniewa Sejferta płyty – czwartej w karierze smyczkowego kwartetu, trzeciej studyjnej a pierwszej monograficznej.

O Atom String Quartet można by powiedzieć, że to w jakimś sensie muzycy pogranicza. Są przecież wyśmienitymi kameralistami, wirtuozami mogącymi równać się z każdym ansamblem wyspecjalizowanym w interpretowaniu tzw. poważnej muzyki powstałej współcześnie, a zapewne nie tylko współcześnie. I zresztą w niektórych momentach, w sekwencjach aranżowanych (te aranżacje są pamięciowe, gdyż ponoć grali tylko z „prymek”), tak właśnie, „poważnie”, czy też „klasycznie” kwartet brzmiał. Jednak to zarazem czwórka instrumentalistów improwizujących jazzowo – na filharmonicznym koncercie każdy z nich prezentował własne solówki (choć, żeby być w zgodzie z faktami: wiolonczelista zrobił to tylko raz). Gdy jeden muzyk improwizował, pozostali tworzyli sekcję towarzyszącą, stosującą urozmaiconą fakturę, rytmikę i artykulację, włącznie z uderzaniem w pudło rezonansowe a raz nawet tupaniem.

Wykonywane utwory miały różny charakter zarówno pod względem nastrojowym (w Kilimanjaro pojawiły się aluzje afrykańskie), brzmieniowym (harmonika zawsze była bogata, złożona, obywająca się bez „czystych” trójdźwięków), jak i obsadowym. Zdarzył się utwór będący duetem skrzypków, inny natomiast – altowiolisty z wiolonczelistą.

Ten koncert jazzowej kameralistyki okazał sie niezmiernie interesujący chyba w równym stopniu dla jazzfanów, jak i zwolenników kameralistyki klasycznej.

Oleje Biernackiego

W łódzkiej Galerii Re:Medium przy ul. Piotrkowskiej 113 można było oglądać wystawę najnowszych obrazów Andrzeja Biernackiego, zatytułowaną Anatomia dla plastyków.

Autor studiował malarstwo w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, w której był następnie wykładowcą. Zajmuje się też rysunkiem, rzeźbą, jest właścicielem Galerii Browarna w Łowiczu, promującej sztukę współczesną. Para się krytyką artystyczną, działa jako wydawca. Jego publicystyka odznacza się bezkompromisowością – zauważa np., że dziś często jako sztukę traktuje się to, co jeszcze niedawno nie mogło być jako działalność artystyczna rozumiane.

Na wspomnianej wystawie – pierwszej indywidualnej w Łodzi – pokazane zostały oleje na płótnie (sporadycznie na tekturze), będące wizerunkami postaci, a mówiąc inaczej – stanowiące studium modela, co zresztą – według autora – na przekór rozmaitym modom nie dość, że wciąż jest ważnym elementem kształcenia artystycznego, to w sztukach wizualnych także i obecnie ma rację bytu nie mniejszą, niż kiedyś. Obrazy (m.in. tryptyki) Biernackiego są ujęciami wysmakowanymi formalnie, a przy tym dynamicznymi i ekspresyjnymi. Niebagatelną rolę pełni w nich intensywny, zazwyczaj kolor lokalny (np. ostra czerwień, żółć). W sensie znaczeń są te prace niedopowiedziane, otwierają więc duże pole semantycznej interpretacji. Chcąc je włączyć do określonego nurtu, można by zapewne użyć określenia: neoekspresjonizm.

Godzi się podkreślić, że twórczość Biernackiego cieszy się już dużym uznaniem nie tylko w Polsce, ale i za granicą, o czym świadczą zarówno indywidualne ekspozycje, jak i częste nabywanie dzieł przez kolekcjonerów.

Koordynatorką łódzkiej wystawy jest Monika Nowakowska, która zredagowała też starannie wydany katalog.

Szydłowskie kolędowanie

Już po raz osiemnasty Gimnazjum im. Marii Konopnickiej w Szydłowie opodal Piotrkowa Trybunalskiego urządziło – przy dużym wkładzie organizatorskim dyrektor Bożeny Palus – Przegląd kolęd i pastorałek.

Szeroko zakrojona impreza, mająca w istocie formę obejmującego różne kategorie (głównie wiekowe) konkursu, skupiła w tym roku 136 tzw. podmiotów wykonawczych, czyli solistów i różnego typu zespołów – od wokalnych duetów po wokalne i wokalno-instrumentalne ansamble, w tym liczący prawie trzydzieścioro członków chór. Reprezentowanych było 27 szkół z regionu. Liczba kolędujących przekroczyła 300 uczniów. Wyznaczone na jeden tylko dzień przesłuchania trwały, z małą przerwą, od godziny 10. do 19-ej, mimo że każda produkcja obejmowała jeden utwór. Jury niewiele miało czasu na debatę. I od razu dodatkowa uwaga. Czy śpiewająca z akompaniamentem akordeonistki Julii Gętkowskiej i pedagoga grającego na keyboardzie Wiktoria Rybak ze Szkoły Podstawowej w Woli Krzysztoporskiej nie powinna być raczej zaliczona do kategorii zespołów wokalno-instrumentalnych, a nie solistów? Podobnie wokalistki ze SP nr 10 w Piotrkowie, występujące z kwartetem instrumentalnym. Takie potraktowanie dowartościowałoby muzyków, którzy też mogliby „zbierać” punkty, m.in. za aranżację.

Za główne osiągnięcie przeglądu należy uznać rozśpiewanie szkolnej braci. Niejeden występ mógł wzruszyć żarliwością bądź autentyczną radością wykonania. Zapewne każdy uczestnik, decydując się na udział we współzawodnictwie, liczył na nagrodę. Gdyby miało być punktowane samo tylko zaangażowanie, to należałoby uhonorować wszystkich. O przeżywaniu występu świadczyć mógł przykład długo płaczącej, tuż po występie i na kolanach u mamy, malutkiej solistki, która na skutek tremy zapomniała podczas śpiewania fragmentu tekstu, ale i tak potrafiła, nie przerywając, „ciągnąć narrację” dalej (co było poniekąd zachowaniem profesjonalnym).

Mimo wielu pozytywnych aspektów przedsięwzięcia można wszelako wskazać na pewne minusy. Zbyt mało znalazło się w programie tradycyjnych kolęd i pastorałek, a do ich szerokiej reprezentacji zobowiązuje przecież nazwa imprezy. Co rusz rozbrzmiewała związana ze Świętami współczesna piosenka popowa, rockowa a nawet „okołojazzowa” (bardzo dobrze notabene jazzowała Zuzanna Grzejszczak z Gimnazjum w Kleszczowie). Dawało to rozmaitość stylistyczną, tylko czy o to akurat miało chodzić? Z kolei niektóre dawne kolędy przerabiane były na modłę obecnej muzyki rozrywkowej, „gubiony” był np. charakter polonezowy, i to powinno być, z etnograficznego punktu widzenia, zakwestionowane.

Przytłaczająca większość wykonawców – solistów i nie tylko – posługiwała się gotowymi akompaniamentami na nośnikach cyfrowych, co sprawiało wrażenie „wielkiego karaoke”. Do chlubnych wyjątków, poza przykładami już podanymi, należała Zuzanna Załęczna ze Społecznej SP w Bełchatowie – nie dość, że ładnie śpiewała Do szopy już pasterze, to jeszcze realizowała starannie opracowaną partię gitarową.

Niestety, wiele duetów wokalnych poszło na swego rodzaju łatwiznę – śpiewało nie (jak np. Marta Marszalik i Patrycja Stępień z Gimnazjum w Ręcznej) na głosy, lecz unisono lub w oktawie. Zresztą i niektóre chórki robiły podobnie.

W punktowaniu trzyosobowego jury pracującego pod przewodnictwem etnografa Aldony Plucińskiej tylko oceny jednego członka tego gremium, będącego muzykiem, uwzględniały emisję głosu, intonację, czy też zastosowaną fakturę. Pozostali jurorzy np. na czystość śpiewu nie zwracali uwagi i, przy skali 10-punktowej, oceniali wszystkich w rozpiętości trzech punktów, od 8 do 10, co sprawiło, że do nagród pretendowała połowa uczestników przeglądu. W rezultacie przyznanych zostało zbyt wiele nagród i wyróżnień w poszczególnych kategoriach – liczne były nagrody ex aequo. Argumentacja brzmiała, że zachęci to młodzież do dalszej aktywności. Ale czy „przy okazji” nie nastąpiła dewaluacja laurów? Warto wszakże w tym miejscu odnotować bezdyskusyjnych triumfatorów, czyli zdobywców Grand Prix – duet śpiewających w sposób idealnie zharmonizowany (nie unisono), jak też grających sprawnie na klarnetach braci Kacpra i Marcela Blaźniaków ze SP w Woli Krzysztoporskiej.

Koncert laureatów odbył się jakiś czas po przesłuchaniach w szydłowskim kościele p.w. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.

O sytuacji w Kościele katolickim

W warszawskim Wydawnictwie św. Tomasza z Akwinu ukazała się książka abp. Jana Pawła Lengi pt. Przerywam zmowę milczenia – o kryzysie w Kościele, herezji, apostazji i grzechach zaniedbania.

Abp Lenga urodził się w 1950 r. w polskiej rodzinie w Gródku Podolskim (60 km od Kamieńca Podolskiego). Aby zrealizować powołanie kapłańskie przeniósł się na Łotwę, gdzie, odbywając roczny nowicjat, imał się różnych zajęć. Z Łotwy wyjechał do Kowna w celu kontynuowania nauki w tajnym seminarium duchownym Marianów. Gdy przyjął święcenia kapłańskie przełożeni zakonni posłali go do Tadżykistanu. Wkrótce tamtejsze KGB, widząc owoce jego pracy, nakazało mu opuścić to terytorium. Zwierzchnicy wysłali go wówczas do Kazachstanu. Posługa kapłańska obejmowała tam rekordowy obszar 4 milionów kilometrów kwadratowych. Sakrę biskupią otrzymał w 1991 r. Za zasługi dla Kościoła, decyzją papieża Jana Pawła II, uzyskał jako pierwszy biskup Kazachstanu tytuł arcybiskupa ad personam. Po przejściu na przedwczesną emeryturę zamieszkał w Polsce.

Już z tytułu książki wynika, że abp Lenga ma wielce krytyczny stosunek do obecnej sytuacji w Kościele katolickim. Dostrzega w nim zamęt, uważa, że sprawy nie idą tą drogą, którą iść powinny. Zdaniem duchownego, począwszy od Soboru Watykańskiego II – za sprawą modernistów, liberałów, progresistów – wszystko zaczęło się w Kościele rozluźniać, poczęto na różnych szczeblach dokonywać rozmaitych zmian, zmierzających generalnie w kierunku judeo-protestantyzmu. W efekcie zanika sacrum, liturgia z chrystocentrycznej stała się antropocentryczna. Msza Św. nabiera charakteru protestancko-żydowskiego. Z centrum świątyń usunięte zostało tabernakulum, Komunii Świętej udziela się na rękę.

Z inicjatywy Bergoglio, który sam nazywa się nie papieżem, lecz biskupem Rzymu, zamykane są tradycyjne seminaria. Usuwani są najlepsi biskupi, na ich miejsce stawia się tych, którzy nie nauczają prawdy Chrystusa, lecz głoszą nauki świata. Bergoglio mówi np., że Żydów nie trzeba nawracać. Czy wobec tego Mesjasz, który przyszedł, nie był Mesjaszem? Niewłaściwego, fałszywego znaczenia nabiera pojęcie miłosierdzia Bożego, bowiem pomijana jest Boża sprawiedliwość. Prawdziwe miłosierdzie potrzebuje zrozumienia tego, że się zgrzeszyło, następnie pokuty i nawrócenia. A teraz mówi się, że można robić to, co się chce (tu idzie się najwyraźniej drogą Lutra, a nie Boga). Bergoglio jest w ocenie Lengi materialnym (nie formalnym) heretykiem, tzn. milczy, gdy herezję głoszą jego współtowarzysze – ci, którzy utracili ducha Chrystusowego. Do Kościoła przenikają liberalne nauki, wywodzącherezjae się z Rewolucji Francuskiej. Rozprzestrzenia się relatywizm poznawczy i moralny zastępujący radykalne myślenie i życie ewangelią Chrystusa. Jedną z groźnych herezji jest ekumenizm, prowadzący do ludzkiego zjednoczenia niemającego nic wspólnego z Bogiem. Sekretariat Stanu w Watykanie obrał kurs politycznej poprawności. A zmowa milczenia widoczna jest już na całym świecie.

To ważniejsze myśli abp. Jana Pawła Lengi, zatroskanego obecnym stanem rzeczy i stojącego twardo na stanowisku, że Kościół nie może dostosowywać się do ducha świata, lecz powinien zmieniać świat zgodnie z duchem Chrystusa. Oczywiście – możemy zauważyć – dziś ten Kościół atakowany jest frontalnie przez frakcje liberalno-lewicowe. Wszelako destrukcja, m.in. poprzez wprowadzanych „funkcjonariuszy operacyjnych”, dokonuje się zarazem od środka, do czego nie mają wątpliwości różni obserwatorzy (wspomnieć można przy okazji o wydanej ostatnio powieści Pawła Lisickiego Epoka Antychrysta pokazującej, co może dziać się w Kościele za dwieście lat, po Soborze Watykańskim III i pontyfikatach kolejnych siedmiu Franciszków).

Promocję Przerywam zmowę milczenia zorganizowała w Łodzi Księgarnia Wojskowa im. gen. Stefana Roweckiego „Grota”. Jako prelegent uczestniczył w tej promocji Stanisław Krajski (redaktor książki abp. Lengi, oferujący zarazem własną pracę pt. Masoneria polska 2018 – wojna demonów, w której pisze m.in. o raku toczącym Kościół i hybrydowej wojnie religijnej nowej generacji – starciu, jakiego chrześcijaństwo jeszcze nie znało). Ciekawe, że na imprezie tej, obejmującej też długą dyskusję, nie był obecny ani jeden przedstawiciel zarówno duchowieństwa, jak i Łódzkiego Oddziału Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Werliński uhonorowany

(przyczynek do historii łódzkiej sceny operowej)

Tenor Roman Werliński, były solista Teatru Wielkiego w Łodzi, prowadził na Wydziale Muzycznym Uniwersytetu w Mersin (Turcja) warsztaty wokalne. Zakończyły się one nadaniem imienia Werlińskiego sali, w której odbywały się zajęcia.

Roman Werliński urodził się w Raciążu, do średniej szkoły muzycznej uczęszczał w Olsztynie, gdzie opiekowała się nim pedagog śpiewu Maria Stankowa, dawna solistka opery wiedeńskiej. Jej ówczesny uczeń nazywał ją pedagogiem „matką”, gdyż – jak twierdzi – szczególnie dużo od niej skorzystał. Studia odbył w Warszawie na Wydziale Wokalnym ówczesnej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, u prof. Wiktora Brégy.

Gdy w styczniu 1967 roku nowo wybudowany Teatr Wielki w Łodzi zainaugurował działalność, Werliński zgłosił się do dyrektora Zygmunta Latoszewskiego i po przesłuchaniu został przyjęty. Zapewne nie mógł wtedy przypuszczać, że scenie tej pozostanie wierny aż do emerytury.

Praca przez całe ćwierćwiecze była intensywna, choć kariera z powodów, o których mowa niżej, jedynie w fazie początkowej mogła rozwijać się harmonijnie. Solista zadebiutował w styczniu 1968 roku w Strasznym dworze Moniuszki jako Damazy. W ciągu kilkunastu późniejszych lat kreował wiele pierwszoplanowych ról tenorowych, współpracując w przygotowaniu premier z takimi reżyserami, jak Kazimierz Dejmek, Antoni Majak, Ryszard Peryt, Maciej Prus i takimi dyrygentami, jak Zygmunt Latoszewski, Tadeusz Kozłowski, Bogusław Madey, Mieczysław Wojciechowski. Śpiewał w Czarodziejskim flecie, Cosi fan tutte, Uprowadzeniu z Seraju Mozarta, Fideliu Beethovena, Henryku VI na łowach Kurpińskiego, Hrabinie Moniuszki, Kniaziu Igorze Borodina, Eugeniuszu Onieginie, Jolancie Czajkowskiego, Normie Belliniego, Fauście Gounoda, Zaręczynach w klasztorze Prokofiewa, Zorbie Kandera, Kawalerze srebrnej róży Straussa(ostatnia duża rola)i zbierał pochlebne opinie. Równocześnie w Filharmonii Łódzkiej brał udział w wykonaniu Mszy h-moll Bacha, Mszy św. Cecylii i Stworzenia świata Haydna, Mszy koronacyjnej oraz Requiem Mozarta. W Filharmonii Olsztyńskiej uczestniczył w realizacji III Symfonii Szymanowskiego a także światowym prawykonaniu De revolutionibus Paciorkiewicza. Do dyrygentów, z którymi w filharmoniach przygotowywał te dzieła, należeli Henryk Czyż, Zdzisław Szostak, Janusz Przybylski, czy Krzysztof Missona.

Znajdował zarazem czas na robienie czegoś dla radia, telewizji, filmu, ponadto dla łódzkich scen dramatycznych. Jego głos można usłyszeć w dialogach i piosenkach w odcinkowym filmie Przygody Misia Coralgola, w telewizyjnych spektaklach Bastien i Bastienne Mozarta, Kynologu w rozterce Czyża (tu, oczywiście, nie tylko głos został utrwalony). W Teatrze Nowym, obecnie im. Kazimierza Dejmka, sprawował opiekę wokalną nad aktorami występującymi w Operetce Gombrowicza i Cieniu Młynarskiego, w Teatrze 7.15 – w Dwojgu na huśtawce Gibsona.

Ale już niebawem nadciągnąć miały ciemne chmury, kończące na dłuższy czas pogodny okres życia artysty. Po wprowadzeniu stanu wojennego, za dyrekcji obdarzanego zaufaniem władz komunistycznych Sławomira Pietrasa (okres dyrektorowania Teatrem Wielkim: 1982-91), Werliński, jako działacz solidarnościowy, zaczął mieć kłopoty. Niektórych, popierających reżim Jaruzelskiego śpiewaków publiczność wówczas „wyklaskiwała”, ale generalnie mieli się oni dobrze. Werliński – nie. Służba Bezpieczeństwa kilkakrotnie wzywała go do swojej siedziby, próbując zwerbować do współpracy. Odmówił. Natomiast Pietras (o którym niektórzy powiadali, że walczy z Solidarnością) rzucał mu kłody pod nogi, nie obsadzał w rolach pierwszoplanowych, jedynie w drugoplanowych. Śpiewak starał się jakoś zrekompensować to sobie, sprawując funkcję opiekuna wokalnego solistów.

– Wyniosłem z domu twardy charakter i niesprzedajność – podkreśla – żadna kolaboracja nie wchodziła w rachubę. Może dlatego nie mam tego, co mógłbym mieć: daczy, samochodu. Z powodu zaangażowania w działalność Solidarności odstawiono mnie w teatrze „do kąta”. Satysfakcję dał mi za to pamiątkowy, srebrny ryngraf „Za zasługi w walce o Wolną Polskę”, wręczony przez legendarnego opiekuna łódzkiej Solidarności, ojca Stefana Miecznikowskiego. W 1990 roku, nie widząc dla siebie w Łodzi specjalnych perspektyw, wyjechałem do pracy do Turcji…

Należy zaznaczyć, że w tzw. międzyczasie ważną dziedziną aktywności Romana Werlińskiego stała się również pedagogika. Dawał prywatne lekcje śpiewu, na które chętnie przychodzili m.in. studenci Wydziału Wokalno-Aktorskiego łódzkiej Akademii Muzycznej, nie zawsze w pełni zadowoleni ze współpracy z profesorami, do których zostali przydzieleni. Dzięki lekcjom Werliński szybko zyskał renomę świetnego specjalisty w tejże dziedzinie.

Został wykładowcą Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej. Prowadził tam impostację głosu na Wydziale Aktorskim. Miał zarówno zajęcia zbiorowe, jak i indywidualne, a studenci (byli wśród nich np. Adrianna Biedrzyńska, Ewa Sonnenburg, Jadwiga Jankowska, Zbigniew Zamachowski) musieli zaliczyć m.in. fragmenty Krakowiaków i górali Stefaniego, Cienia Młynarskiego, Księżyca Orffa.

Przed rokiem 1990 przyjechali z wizytą do Łodzi dyrektorzy Narodowej Opery w Ankarze, aby przyjrzeć się pracy Teatru Wielkiego. I to oni, dokonawszy „rozpoznania”, zaproponowali Werlińskiemu etat opiekuna wokalnego wszystkich ponad czterdzieściorga współdziałających z placówką w Ankarze solistów. Werliński nie mógł od razu wyjechać, czekano rok na jego przyjazd, nie angażując nikogo innego. Na miejscu kazało się, że obowiązków jest dużo („bite” osiem godzin dziennie), ale powodów do zadowolenia też niemało.

Po powrocie z Turcji, za kadencji dyrektorskiej Kazimierza Kowalskiego w Teatrze Wielkim (rozpoczął kierowanie sceną w r. 1994), Werliński nic już nie śpiewał, mało tego, dostał… zakaz wstępu do teatru. Z jakich powodów? Tych samych, które motywowały Pietrasa, a więc de facto politycznych. W tej sytuacji artysta ponownie wyjechał do Turcji, by w latach 1996 – 2003 prowadzić, jako profesor kontraktowy, klasę śpiewu solowego na Wydziale Muzycznym Uniwersytetu w Mersin. Ukończyło jego klasę siedmioro studentów, niektórzy robią dziś karierę, np. Orhan Ildys – solista opery wiedeńskiej, czy Bulent Bezduz – śpiewający sporo w Europie i Ameryce.

Można przy okazji odnotować, że w 2005 roku Akademia Muzyczna w Łodzi wydała, pod redakcją Krystyny Juszyńskiej, książkę pt. Łódzka scena operowa (z cyklu Kultura muzyczna Łodzi). Pośród sylwetek śpiewaków występujących w Teatrze Wielkim w latach 1967-2004 Romana Werlińskiego zabrakło. Wymieniono natomiast z nazwiska… ok. dziesięciu PZPR-owskich aparatczyków, obecnych na uroczystości otwarcia gmachu 19. stycznia 1967 roku.

Po kolejnym powrocie do Polski Werliński w dalszym ciągu poświęcał się pracy pedagogicznej, ale w 2018 roku ponownie pojawił się w Mersin. Tym razem zaproszony został do poprowadzenia warsztatów wokalnych. Udały się znakomicie – w podziękowaniu za owocną pracę uczelnia „na wieczną rzeczy pamiątkę” nadała jego imię sali, w której uczył studentów. Zostało to nagłośnione przez turecką prasę.

– Niektórzy myśleli, że zostanę wdeptany w ziemię, ale nie dałem się – mówi Werliński. A że do setki zostało mi nie tak znów mało latek, zamierzam jeszcze trochę zdziałać – dodaje.

Latest Topics

Słynne ucieczki Polaków

Łódzka Księgarnia Wojskowa im. gen. Stefana Roweckiego „Grota” zaprosiła na promocję wydanej przez Frondę [Read More]

Koncert jazzowej kameralistyki

W wypełnionej po brzegi sali koncertowej Filharmonii Łódzkiej wystąpił Atom String Quartet – znakomity [Read More]

Oleje Biernackiego

W łódzkiej Galerii Re:Medium przy ul. Piotrkowskiej 113 można było oglądać wystawę najnowszych obrazów Andrzeja [Read More]

Szydłowskie kolędowanie

Już po raz osiemnasty Gimnazjum im. Marii Konopnickiej w Szydłowie opodal Piotrkowa Trybunalskiego urządziło – [Read More]

O sytuacji w Kościele katolickim

W warszawskim Wydawnictwie św. Tomasza z Akwinu ukazała się książka abp. Jana Pawła Lengi pt. Przerywam zmowę [Read More]

Interesting Sites

    Archives