Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Sunday February 26th 2017

Bezcenny Miszalski, nieoceniona Księgarnia Wojskowa

O tym, że działalność mieszczącej się przy ul. Tuwima w Łodzi Księgarni Wojskowej im. gen. Stefana Roweckiego „Grota” wykracza poza sferę handlu, mieliśmy już okazję pisać. Placówka, prowadzona prawie 40 lat przez Ewę i Waldemara Podgórskich, od 1998 roku systematycznie organizuje spotkania z autorami nowo wydanych książek historycznych, politycznych i patriotycznych. Pierwszą zaproszoną autorką była córka gen. Roweckiego „Grota”, Irena Rowecka-Mielczarska, która promowała książkę W życiu i w legendzie. Teraz księgarnia pilnie potrzebuje sponsora.

Do tej pory odbyło się ok. trzystu spotkań autorskich. Nie jest możliwe wymienienie ich bohaterów, podkreślić jednak warto, iż niektórzy (poczynając od Jana Nowaka-Jeziorańskiego) dzięki księgarni po raz pierwszy od wielu lat (albo i w ogóle) znaleźli się w Łodzi. Działalność placówki została doceniona m.in. przez Instytut Pamięci Narodowej. Państwo Podgórscy znaleźli się wśród laureatów I edycji Nagrody Honorowej „Świadek Historii”.

Na początku grudnia księgarnia zaprosiła łodzian na spotkanie z  cenionym pisarzem, publicystą i tłumaczem Marianem Miszalskim, w związku z wydaniem przez Bibliotekę Wolności jego kolejnej książki politycznej: Żydowskie lobby polityczne w Polsce.

Kilka słów o tej pozycji. Lobbies to grupy wpływu i nacisku na władzę realizujące cele gospodarcze (np. preferencje dla określonej grupy producentów), polityczne (np. przywileje dla określonej mniejszości narodowej), czy społeczne (np. zrównanie prawne związków homoseksualnych z małżeństwami). W przypadku żydowskich lobbies politycznych funkcjonujących w krajach o ustroju demokratycznym, gdzie żyje żydowska diaspora, daje się zauważyć kumulację celów: grupy wpływu starają się przedstawiać politykę państwa Izrael jako obiektywnie słuszną i uzasadnioną, dążą do pozyskiwania budżetowych pieniędzy na cele własnej mniejszości narodowej, wykorzystują dostępne sobie media do promowania w życiu publicznym swoich „autorytetów” dobieranych wedle żydowskiego pochodzenia, zmierzają do obsadzania ważnych stanowisk – zwłaszcza w upaństwowionej kulturze (czyli propagandzie) – przez obywateli pochodzenia żydowskiego, dążą do wprowadzenia filosemickiej interpretacji historii w programach edukacyjnych dla młodzieży szkolnej, także do penalizacji „antysemityzmu”- próbując zawłaszczyć dla siebie monopol na interpretację tego określenia i starając się prezentować żydowski punkt widzenia jako obiektywny. Niemal wszędzie, gdzie istnieje żydowska diaspora, żydowskie lobbies polityczne mają na celu judaizację chrześcijaństwa lub przynajmniej jego rugowanie z przestrzeni publicznej, zwłaszcza z systemów szkolnych (pod szyldem laicyzacji nauczania).

Miszalski w sposób wnikliwy, beznamiętny, bez przesady można powiedzieć: naukowy, opisuje dzieje żydowskiej mniejszości narodowej w Polsce – od epoki najdawniejszej (XI w.), gdy Żydzi pojawili się na naszych ziemiach jako handlarze niewolników a potem „specjaliści” od bicia, ale też fałszowania pieniądza, poprzez okres, gdy w XVII i XVIII stuleciu stworzyli faktyczne państwo w państwie (pozbawione jedynie armii), aż po czasy najnowsze, naznaczone żydowskim lobby politycznym „puławian” w PRL i współczesną działalnością – będących filarami lobby żydowskiego w III RP – „Gazety Wyborczej” i koncernu medialnego „Agora”, Fundacji Batorego, Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny itd.

Praca wydana ponad dwa lata temu ma opinię najlepiej sprzedającej się w Polsce książki z kręgu prawicy. To, oczywiście, musi drażnić określone gremia, niemające wobec autora kontrargumentów merytorycznych, ale za to silną wolę zaszkodzenia mu a także i tym, którzy jego dorobek popularyzują.

Po spotkaniu z Miszalskim ukazał się w łódzkim dodatku do „Gazety Wyborczej” tekst niejakiej Flieger, zatytułowany Miszalski za 5 zł, zawierający manipulację faktami i przypisujący Miszalskiemu to, czego nie powiedział (patrz tekst autora na stronie Księgarni Wojskowej). Najsmutniejsze jest, że „Wyborczej”, na skutek bezpośredniej interwencji, udało się spowodować zawieszenie niezbędnego dla organizowania wieczorów autorskich wsparcia finansowego dla Księgarni, udzielonego ostatnio przez Biuro Poselskie Piotra Glińskiego.

Koszty spotkań, cieszących się niezmiennie dużym zainteresowaniem mieszkańców naszego miasta, są niemałe. Dotyczą zwrotu wydatków na podróż dla autorów spoza Łodzi, honorarium, hotelu, opłat za salę itd. Ewa i Waldemar Podgórscy nie są w stanie finansować wszystkiego z własnej kieszeni. Księgarnia Wojskowa, tak ważna w łódzkim życiu kulturalnym, potrzebuje więc sponsora!

50-lecie Teatru Wielkiego

Przypadający na styczeń 2017 roku jubileusz 50-lecia Teatru Wielkiego w Łodzi to ważne wydarzenie w życiu muzycznym naszego kraju, jako że łódzka scena jest jedną z głównych scen operowych w Polsce.

Sięgając w przeszłość warto przypomnieć, że bodaj pierwszą lokalną inicjatywą związaną z operą było zawiązanie się w sezonie 1893/93 zespołu pod nazwą Opery Łódzkiej. W 1915 roku powstało Łódzkie Kółko Operowe a trzy lata później sekcję operową stworzyło Towarzystwo Muzyczne im. F. Chopina. Kolejnym projektem stało się Łódzkie Towarzystwo Operowe z roku 1926. Od 1954 roku działała w Łodzi Opera Łódzka, korzystająca ze scen teatrów dramatycznych (dała w sumie 44 premiery).

W 1948 roku rozpisano konkurs na projekt Teatru Narodowego – bo tak się miała nazywać planowana scena dramatyczna z tysiącem pięciuset miejscami na widowni – jednak nie dał on zadowalających rezultatów. Późniejszy projekt, uznany za optymalny a nawiązujący do stylu klasycystycznego, opracował inż. Witold Korski wraz z grupą współpracowników. Projekt uwzględniał zmianę przeznaczenia budynku na teatr operowy z tysiącem trzystu miejscami dla widzów. Osobliwością widowni, mającą wyróżnić obiekt spośród innych tego typu teatrów w kraju i za granicą, okazał się brak lóż, czyli w pełni „demokratyczny” charakter przybytku.

19 stycznia 1967 roku, po trwającej kilkanaście lat budowie, nastąpiła uroczysta inauguracja. W nowej, wspaniałej siedzibie wystawiono Halkę Moniuszki. W następnych dniach dano Kniazia Igora Borodina, Straszny dwór Moniuszki i Carmen Bizeta. Od pierwszego przedstawienia wychwalana była znakomita, przewyższająca m.in. operowy teatr stołeczny, akustyka. Jerzy Waldorff zaproponował nawet: – Wystawiajmy przeto w Warszawie balety, a w Łodzi opery! Waldorff mocno by się zdziwił, gdyby mu powiedziano, że po latach w niektórych spektaklach zacznie się używać tzw. mikroportów…

Oczywiście, chwalona była nie tylko akustyka. Józef Kański napisał: – Niezmiernie rzadko się zdarza, aby jakiś teatr niemal bezpośrednio po rozpoczęciu pracy mógł zaprezentować swym odbiorcom ukształtowane już w dużej mierze artystyczne oblicze i aby z miejsca zdobył wysoką rangę w kulturalnym życiu nie tylko swojego miasta, ale i kraju. Zazwyczaj na obie te rzeczy pracuje się latami, tymczasem łódzki Teatr Wielki wywalczył je niejako wstępnym bojem

Sukcesy, bynajmniej, do „wstępnego boju” się nie ograniczyły. Wysoką rangę placówka przez szereg lat nie tylko utrzymywała, ale jeszcze wzmacniała. Sceną kierował legendarny już dziś tandem dyrektorski: Stanisław Piotrowski – dyrektor naczelny oraz dr Zygmunt Latoszewski – dyrektor artystyczny – notabene już od 1961 roku związany jako dyrygent z Operą Łódzką i wcielający stopniowo w życie swą ambitną wizję „teatru integralnego”, podporządkowanego wyrazistej koncepcji dramaturgicznej. Poza klasyką, traktowaną zawsze z pietyzmem, acz odczytywaną w sposób daleki od schematyzmu, wystawiano również nowe dzieła (w tym baletowe), nawet specjalnie zamawiane u twórców: Romans gdański Paciorkiewicza, Tragedyję albo rzecz o Janie i Herodzie Twardowskiego, Białowłosą Czyża, Królewnę Śnieżkę Pawłowskiego – ta ostatnia pozycja, z powodu zapotrzebowania na nią kolejnych generacji, okazała się w repertuarze prawie „nieśmiertelna”. Recenzje były znakomite a prasa informowała o coraz to większych trudnościach z dostaniem biletów. Kolejki pod kasami ustawiały się jak po niektóre, trudne wtedy do kupienia, artykuły spożywcze. Próbowano temu zaradzić ustanawiając abonamenty (również dla zakładów pracy). Zainicjowano tzw. premiery studenckie. Z Warszawy przyjeżdżały na spektakle specjalne „pociągi muzyczne”, wprowadzone z pomocą „Orbisu” i Ministerstwa Komunikacji, a dla zmotoryzowanych organizowano „rajdy teatralne” do Łodzi. W ciągu miesiąca odbywało się do 22 przedstawień, natomiast w poniedziałki kawiarnia „Teatralna” zapraszała na spotkania z reżyserami, scenografami i solistami. Spektakle operowe i baletowe prezentowano wielokrotnie za granicą. Teatr był coraz lepiej znany w świecie. Spécialité de la maison stały się Łódzkie Spotkania Baletowe organizowane począwszy od roku 1968.

Jeśli chodzi o poziom wystawianych spektakli, to kilka następnych dyrekcji nie mogło się już pochwalić osiągnięciami na miarę tej pierwszej, chociaż jakieś bardziej interesujące, wyrastające ponad przeciętność premiery zawsze się zdarzały. Drugi okres prosperity sceny, niemal dorównujący pierwszemu, miał nadejść wraz z pojawieniem się w naszym mieście Sławomira Pietrasa i przypaść na lata osiemdziesiąte. Poziom premier za jego dyrekcji wykazywał już jednak pewne wahania, wszelako prowadzone przez Pietrasa i cieszące się wielkim powodzeniem Warsztaty operowe zasłużyły na miano wzoru poczynań animatorskich.

Styczniowa premiera Halki nawiązała do inauguracji sprzed półwiecza – dzień i godzina premiery ściśle odpowiadają historycznemu momentowi – zaznaczył na konferencji prasowej dyrektor naczelny Teatru Wielkiego, Paweł Gabara. Odpowiedzialny za stronę muzyczną Halki dyrygent Wojciech Rodek (dyrektor artystyczny sceny) nie krył satysfakcji z możliwości pracy nad naszą narodową operą, którą uważa za arcydzieło zasługujące na wystawianie w najsłynniejszych teatrach świata. Premiera wypadła ciekawie zarówno pod względem reżyserskim i scenograficznym (Jarosław Kilian), choreograficznym (Emil Wesołowski), jak i właśnie muzycznym. Dobrze spisały się orkiestra i chór, a jeśli chodzi o solistów, głównym bohaterem wieczoru był pełen blasku tenor Dominik Sutowicz w roli Jontka. Znakomicie przygotowała pełną dramatyzmu partię tytułowej postaci Dorota Wójcik, tyle, że jej sopran okazał się trochę zbyt delikatny.

Spektakli było w styczniu tyle, że chyba każdy zainteresowany miał szansę obejrzenia inscenizacji (obsady zmieniały się). Na następny dzień po premierze przewidziano koncert jubileuszowy zatytułowany Szumią jodły od pół wieku z udziałem solistów, chóru i orkiestry Teatru Wielkiego. Pomiędzy występami znalazł się czas na wspomnieniowe rozmowy z emerytowanymi śpiewakami – zasłużonymi weteranami łódzkiej opery.

Ale nie tylko Halka uświetniła jubileusz. Dyrekcja TW wystąpiła z bardzo interesującą i wartościową inicjatywą. Ogłoszony został mianowicie konkurs kompozytorski na operę Człowiek z Manufaktury do libretta Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk opowiadającego o losach łódzkiego fabrykanta Izraela Poznańskiego – jednego z najbogatszych ludzi w Europie, budującego nie tylko fabryki, pałace i kamienice, ale też szkoły, szpitale, kościoły i mieszkania dla robotników. Do konkursu stanęło 40 kompozytorów z różnych krajów. I również w styczniu, z gościnnym udziałem znakomitej mezzosopranistki Małgorzaty Walewskiej, odbyło się pierwsze publiczne wykonanie fragmentów powstającego dzieła w „równoległych” wersjach skomponowanych przez czworo konkurujących ze sobą twórców, dopuszczonych przez jurorów (wśród których jest Krzysztof Penderecki) do finału. Oglądając także w internecie rejestrację tego koncertu można się było przekonać o talencie owej kompozytorskiej czwórki: Katarzyny Brochockiej, Kamila Cieślika, Rafała Janiaka i Aleksandra Nowaka. Zwycięzca finału ma zagwarantowane wykonanie całości. Założenie projektu jest wielopoziomowe. Z jednej strony umożliwia kompozytorom realizację ich artystycznych ambicji, z drugiej – w niecodzienny sposób zwraca uwagę na Łódź i jej bogatą, wielokulturową historię – stwierdził dyr. Gabara. Już wkrótce po wspomnianej prezentacji koncertowej można się było dowiedzieć o decyzji jury, które do ostatniego etapu współzawodnictwa (polegającego na skomponowaniu pierwszego aktu opery) dopuściło Rafała Janiaka. Będzie on konkurować ze wskazaną w głosowaniu w TW i internecie faworytką publiczności, Katarzyną Brochocką. W czerwcu wyjaśni się, kto z nich, jako laureat Grand Prix, stanie przed zadaniem skomponowania całego dzieła. Premiera ma się odbyć jesienią 2018 roku.

Lektura dla rodziny

Święta Bożego Narodzenia stały się kanwą niejednego utworu literackiego. Któż z nas nie czytał np. Opowieści wigilijnej Karola Dickensa… Tak się złożyło, że właśnie w okresie ostatnich Świąt trafiły do moich rąk Trzy niedługie opowiadania pod choinkę łódzkiej autorki, Marzenny Plich-Nowak.

Marzenna Plich-Nowak ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, po czym – jak sama mówi – przez ponad 30 lat realizowała swoje nauczycielskie powołanie wykładając w szkole język polski a także pracując w szkolnej świetlicy. Czynnie zajęła się literaturą w wieku 37 lat (teraz jest tylko trochę starsza). Ostatnio związała się z grupą literacką Centauro. Ma w dorobku zarówno na wskroś osobistą, nasyconą treściami egzystencjalnymi lirykę, jak i sześć książek dla dzieci. Niektóre z utworów pisała z myślą o córce i synu.

Trzy niedługie opowiadania pod choinkę adresowane są – tu znów zacytuję autorkę – do rodzin. Być może chodzi nawet Plich-Nowak o wspólne, głośne czytanie, które skądinąd sam mogę gorąco polecić, gdyż miałem szczęście tego jako dziecko doświadczyć i troskliwie te wspomnienia pielęgnuję.

Sygnalizowane opowiadania stanowią miłą lekturę. We wszystkich Wigilia, św. Mikołaj, to nie fabularny sztafaż, lecz istotne, konstrukcyjne składniki narracji. Jak również elementy ważne z punktu widzenia, łączącej się z rozwojem wypadków, problematyki etycznej. Pierwszy z tekstów dotyczy małego Frania, jego świątecznej przygody i spełniającego się marzenia. Drugi przenosi nas do domu dziecka, w którym dwie dziewczynki zostały o coś złego posądzone, ale wszystko ma się szczęśliwie wyjaśnić. Bohaterką trzeciego opowiadania jest starsza, samotna pani Różyczka, w wigilijny wieczór patrząca wstecz na swoje życie i doczekująca się przyjaznej wizyty. Od razu warto dodać, że historie opowiedziane są klarowną, piękną polszczyzną.

Wyobrażam sobie, że te utwory rzeczywiście mogłyby się świetnie sprawdzić w domowym (głośnym) czytaniu, zacieśniając jeszcze dodatkowo rodzinne więzi. A przecież dziś mamy, niestety, czasy niezbyt łaskawe dla instytucji rodziny. Wypracowany dla Europy „postępowy” projekt zmierza do unicestwienia tradycji, tożsamości, religii i rodziny właśnie. Do medialnych, także książkowych przekazów kierowanych do młodych odbiorców wkracza zakamuflowane hasło „róbta co chceta” a wraz z nim destrukcyjna ideologia gender. Całe szczęście więc, że wciąż jeszcze powstają utwory… normalne.

Polskie kolędowanie

Kolędowanie to ważny atrybut kulturowy Okresu Bożonarodzeniowego. Dobrze, że w Polsce tradycja wykonywania kolęd jest wciąż żywa i podtrzymywana na różnych poziomach aktywności artystycznej.

Jak wiadomo, kolędy narodziły się we Włoszech w XIII stuleciu. W Polsce już w XIV wieku pisał kolędy do tekstów łacińskich Bartłomiej z Jasła, z następnego wieku pochodzi kancjonał Jana z Przeworska. Do najstarszych kolęd z tekstem polskim należy Anioł pasterzom mówił (I polowa XVI wieku, tzw. Rękopis kórnicki).

Żaden inny kraj nie ma tak bogatego, jak Polska, repertuaru kolędowego, na co zwracał m.in. uwagę Adam Mickiewicz w trakcie swych paryskich wykładów. Obecna, codzienna praktyka rodzima ogranicza jednak ten repertuar do kilkudziesięciu pozycji. Duża część utworów jest „zamrożona” w starych kancjonałach (np. puławskim, Walentego z Brzozowa, sióstr z opactwa w Staniątkach, Kapeli generalnej Tomasza Stefanowicza), także w zbiorach folklorystycznych. Powstają jednak wciąż nowe utwory, utrzymane w różnej stylistyce.

W Okresie Bożonarodzeniowym kolędy i pastorałki śpiewa się w kościołach i domach. Ale też słucha się tych religijnych pieśni na koncertach. W styczniu można było w Łodzi i okolicach skorzystać z wielu propozycji koncertowych, obejmujących m.in. wykonania dziecięce i młodzieżowe. Warto zapewne odnotować szczególnie udane przedsięwzięcie – Regionalny Przegląd Kolęd i Pastorałek, który już po raz szesnasty zorganizowany został dla uczniów z powiatów bełchatowskiego, piotrkowskiego oraz z Piotrkowa Trybunalskiego przez Gimnazjum im. Marii Konopnickiej w Szydłowie. Jury pod przewodnictwem Aldony Plucińskiej – starszego kustosza Muzeum Archeologii i Etnografii w Łodzi – przesłuchało około 300 uczestników reprezentujących trzy grupy wiekowe i kilka kategorii wykonawczych (soliści, duety, zespoły). Koncert laureatów Kościele p.w. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Szydłowie, połączony z wręczeniem nagród, zgromadził wielu słuchaczy. Serce rosło, gdy słuchało się starannie opracowanych przez młodych wokalistów i instrumentalistów pod kierunkiem ich instruktorów kolęd i pastorałek dawnych i nowych (wymieńmy tu przynajmniej laureatów Grand Prix Przeglądu: są nimi zespół wokalno–instrumentalny z Gimnazjum w Moszczenicy oraz zespół młodzieżowy z MOK w Wolbórzu).

W Łodzi natomiast, najwyższą maestrią interpretacyjną związaną z prezentacją wspomnianego repertuaru odznaczał się koncert w Kościele p.w. Najświętszego Serca Jezus (czyli Kościele Jezuitów przy ul. Sienkiewicza). W wypełnionej po brzegi świątyni była okazja do podziwiania Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk im. Stanisława Hadyny. Formacja ta, powstała w 1953 roku, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w kraju i za granicą marek polskiej kultury. Cechę działalności Śląska stanowi, niewątpliwie, ciągłe dążenie do perfekcji i doskonałości, potwierdzane każdym występem – właśnie także tym łódzkim. Chór i orkiestra pod dyr. Krzysztofa Dziewięckiego wprost porwały słuchaczy swymi wykonaniami ciekawie zaaranżowanych utworów wyrastających z narodowej tradycji.

Polskie kolędowanie, traktowane zarówno jako praca u podstaw w kręgach szkolnych – dziecięcych i młodzieżowych, jak i wysoce profesjonalna forma ujętej w ramy koncertowe ekspresji artystycznej, jest z całą pewnością ważnym czynnikiem wzmacniającym narodową świadomość oraz tożsamość. A to ma w obecnych czasach niebagatelne znaczenie.

Księżna i rekrut

Teatr Muzyczny w Łodzi przygotował na początek sezonu 2016/17 – jeszcze w ramach obchodów 70-lecia placówki – premierę operetki Jacquesa Offenbacha Wielka księżna Gerolstein. Dzieło to po raz pierwszy pokazane zostało w naszym kraju w wersji oryginalnej (libretto przetłumaczył Andrzej Ozga). Dawniej, ze względu na „niewygodne” aluzje polityczne, grane było w adaptacjach, bo tylko na to pozwalała cenzura.

Trzeba przypomnieć, ze w ostatnich latach repertuarowe preferencje teatru przy ul. Północnej dotyczyły musicalu – miłośnicy operetki klasycznej nie mieli specjalnej okazji do zadowolenia, jeśli nie brać pod uwagę Wesołej wdówki oraz Krainy uśmiechu Lehara, znajdujących się nadal w repertuarze. Z tym większym zapewne zainteresowaniem odnieśli się do najnowszej propozycji scenicznej.
Offenbachowska operetka opowiada o ognistym uczuciu księżnej von Gerolstein do rekruta Fryca, mającego skądinąd swoją narzeczoną – wieśniaczkę Wandę. „Argumentem” w zalotach arystokratki staje się błyskawiczne awansowanie szeregowca w hierarchii wojskowej, aż do stopnia generała. Ktoś mógłby powiedzieć, że cała ta historia, będąca poniekąd odwróceniem schematu Kopciuszka (i to nie tylko w jednym aspekcie, bowiem po awansie następuje degradacja) stanowi przykład tego, co Gombrowicz określał jako typowo operetkowy „boski idiotyzm”. Tak czy inaczej treść należy potraktować z dużym przymrużeniem oka, zwracając ewentualnie uwagę na to, co może w jakiś sposób odnosić się do czasów współczesnych. Elementów ”boskości” natomiast wypadałoby doszukiwać się w muzyce – melodyjnej, zawierającej m.in. rytm kankana.
Nad stroną muzyczną realizacji czuwała młoda, utalentowana dyrygentka Elżbieta Tomala-Nocuń, dbająca o precyzję gry orkiestry i właściwy charakter, w tym odpowiednie tempa, utrzymanej w dużym stopniu w tanecznych rytmach, dźwiękowej narracji. Zresztą i chór, przygotowany przez Romana Paniutę, śpiewał całkiem dobrze.
Piszący te słowa oglądał spektakl popremierowy (4. grudnia), skrócony w stosunku do pierwotnej wersji pokazanej w październiku i dzięki temu, jak zapewniano, lepszy dramaturgicznie. Mimo to od reżysera, Piotra Bikonta, wciąż można by oczekiwać więcej, jeśli chodzi o pokierowanie postaciami i, być może, bardziej konsekwentne pójście w stronę groteski. Do choreografki, Doroty Jawor-Przybyszewskiej, mam pretensję, że za mało eksponowała balet a w I akcie nie wydobyła ładunku humoru, jaki potencjalnie tkwi w zgrupowaniu żołnierskim. Wyobrażam sobie, że perfekcyjnie zaplanowana i zrealizowana (zamiast ruchów, niestety, trochę nieskoordynowanych), komiczna musztra stworzyłaby sposobność do szczerego śmiechu.
Kreująca tytułową rolę Małgorzata Długosz podobała się zarówno, jeśli chodzi o śpiew, jak i aktorstwo. Przyjemnym w barwie tenorem obdarzony jest Karol Lizak (Fryc). Zapewne ten początkujący na łódzkiej scenie solista będzie w przyszłości bardziej wyraziście budować powierzoną mu postać. Wyróżniał się pod względem vis comica Paweł Erdman jako Generał Bum. Dobrze wypadli też m.in. Joanna Jakubas (Wanda) i Szymon Jędruch (Książę Paul).
Ciekawe w kolorystyce i fasonach okazały się fantazyjne kostiumy Zuzanny Markiewicz. Dekoracje Grzegorza Małeckiego – udane w niejednym pomyśle, najsłabsze były w akcie I, w którym pół sceny zajmowała ograniczająca ruch kanciasta góra z dykty z… otwieraną klapką (?).
Wielka księżna Gerolstein nie pretenduje do dostarczenia widzom szczególnie głębokich przeżyć teatralnych, ale na pewno daje niezłą okazję do wyrelaksowania się.

XI Tansman Festival

Listopadowa, jedenasta edycja Tansman Festival zbiegła się z dwudziestoleciem tej ważnej imprezy muzycznej a także trzydziestą rocznicą śmierci jej patrona – urodzonego w Łodzi w roku 1897 światowej sławy kompozytora (także pianisty i dyrygenta), twórcy o ogromnym i wszechstronnym dorobku, od dawna goszczącym na światowych estradach i scenach a w naszym kraju wciąż jeszcze „odkrywanym”. O przyczynach ignorowania w Polsce przez całe dziesięciolecia tej twórczości opowiada książka W 89 lat dookoła świata Wojciecha Wendlanda, kolejna ważna pozycja po pracy Janusza Cegiełły Dziecko szczęścia – Aleksander Tansman i jego czasy.

Dwie dekady festiwalu (pierwotna nazwa: Międzynarodowy Festiwal i Konkurs Indywidualności Muzycznych im. Aleksandra Tansmana), organizowanego na zasadzie biennale przez Stowarzyszenie Promocji Kultury im. Aleksandra Tansmana pod artystycznym kierownictwem Andrzeja Wendlanda, obejmowały ponad 50 koncertów symfonicznych, 10 spektakli operowych, baletowych i multimedialnych, ponad 180 koncertów kameralnych. Wykonano 270 utworów wielkiego łodzianina, wydano cztery książki i 16 CD. Ponad 6 tysięcy artystów – solistów i członków zespołów – interpretowało dzieła wielkiego łodzianina a także innych kompozytorów, m.in. współcześnie skomponowane na towarzyszący festiwalowi konkurs kompozytorski, urządzany przemiennie z konkursem interpretacji, który wyłonił wielu znakomitych muzyków.

Hasłem przewodnim tegorocznej edycji stały się odkrycia i nowości muzyki polskiej. Po raz pierwszy zabrzmiały symfoniczne utwory Pawła Kleckiego, też urodzonego w Łodzi, z którym Tansman przyjaźnił się za młodu. Klecki zasłynął w świecie głównie jako dyrygent. Kilka lat temu pisałem, że łódzkie środowisko zapomniało o nim jako kompozytorze, ale sytuacja zmieniła się. W łódzkiej filharmonii Sinfonia Varsovia pod dyr. Jerzego Maksymiuka po raz pierwszy w Polsce zaprezentowała jego Sinfoniettę, zaś prawykonaniem światowym było Concertino na flet i orkiestrę (solista: Łukasz Długosz). Dopełnieniem koncertu stała się V Symfonia Tansmana, dedykowana właśnie Kleckiemu.

Natomiast wbrew temu, co wydrukowano w programie, prawykonaniem polskim nie było podczas wieczoru kameralnego w Muzeum Miasta Łodzi Tansmanowskie Trio nr 2. Przed dekadą grało je łódzkie Vivo Trio (swoją drogą prowadzący koncerty Jan Targowski osobliwą uprawiał konferansjerkę, polegającą na czytaniu tekstów z programu). W każdym razie wspomniany wieczór okazał się szczególnie interesujący, również pod względem wykonawczym, jako że świetnie spisało się debiutujące Weinberg Piano Trio. Zaproponowało ono też słuchaczom Trio notturno Andrzeja Czajkowskiego oraz Trio Mieczysława Weinberga.

Występ w Teatrze Wielkim (nie pierwszy w tym miejscu) słynnego, amerykańskiego Kronos Quartet nie wzbudził najwyższego zachwytu. Chyba tylko mniej krytycznym słuchaczom może się jeszcze podobać dynamizowanie dźwięku metodą elektroniczną, ze stratą dla jego barwy. Polskim akcentem występu było Już się zmierzcha Henryka Mikołaja Góreckiego.

Jako zwieńczenie imprezy zaplanowano w Wielkim światową prapremierę Złotego runa, opery Tansmana z roku 1939, do której Salvador de Madariaga opracował libretto według jednego z wątków mitu greckiego o cudownym baranku ze złotą sierścią. Uczynił to zresztą w sposób zupełnie swobodny, grawitując w stronę teatru absurdu. Opiniotwórczy „Opera Magazine” wymienił łódzką realizację pośród najbardziej oczekiwanych na świecie wydarzeń operowych m.in. dlatego, że dzieło uważano za zaginione. Odnalezione zostało w Paryżu dzięki determinacji Andrzeja Wendlanda.

Niestety, to, co można było obejrzeć, nie stanowiło autonomicznej wartości teatralnej, bowiem konwencja realizacyjna nie odbiegała zbytnio od prezentacji koncertowej. Nie obyło się nawet bez pulpitów nutowych dla, skądinąd, bardzo dobrze śpiewających solistów (Patrycja Krzeszowska, Agnieszka Makówka i in.). Reżyser Maria Sartova miała kilka dobrych pomysłów, ale nie w pełni przekonała stworzeniem baletowych alter ego dla poruszających się akurat śpiewaków (równoczesne działania mogły sugerować „rozdwojenie jaźni”). Sama opera, trochę zbyt gęsta w wokalno-słownej narracji, odpoczynek od słowa dała m.in. w efektownie zatańczonym przez Valentynę Batrak numerze hiszpańskim. Neoklasyczna, bogata w „smaczki” warstwa orkiestrowa, swoje zalety ujawniła dzięki rzetelnemu przygotowaniu orkiestry przez Łukasza Borowicza. Ponieważ premiera stanowiła raczej prezentację tego, co zawiera partytura, czyli jedynie „materiału wyjściowego”, wypada poczekać na pełnowymiarowy spektakl operowy.

(„Ziemia Łódzka” 12/2016)

Strona 1 z 4312345...102030...Ostatnia »

Latest Topics

Bezcenny Miszalski, nieoceniona Księgarnia Wojskowa

O tym, że działalność mieszczącej się przy ul. Tuwima w Łodzi Księgarni Wojskowej im. gen. Stefana Roweckiego [Read More]

50-lecie Teatru Wielkiego

Przypadający na styczeń 2017 roku jubileusz 50-lecia Teatru Wielkiego w Łodzi to ważne wydarzenie w życiu [Read More]

Lektura dla rodziny

Święta Bożego Narodzenia stały się kanwą niejednego utworu literackiego. Któż z nas nie czytał np. Opowieści [Read More]

Polskie kolędowanie

Kolędowanie to ważny atrybut kulturowy Okresu Bożonarodzeniowego. Dobrze, że w Polsce tradycja wykonywania kolęd [Read More]

Księżna i rekrut

Teatr Muzyczny w Łodzi przygotował na początek sezonu 2016/17 – jeszcze w ramach obchodów 70-lecia placówki [Read More]

Interesting Sites

    Archives