Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Monday December 18th 2017

Cyrk „utaneczniony”

Cyrk w operze? A jednak! Teatr Wielki w Łodzi zaprosił na gościnny spektakl węgierskiego, liczącego około dziesięciorga artystów, zespołu cyrkowego Recirquel Company, kierowanego przez Bence Vágiego. Ciekawe przedstawienie wykraczało niewątpliwie poza typową konwencję związaną z tym gatunkiem widowiskowym.

Niektórzy uważają cyrk za rozrywkę pospolitą, gminną, która wobec różnorodności współczesnej oferty artystycznej (także, a może przede wszystkim tej związanej z kulturą masową) jest w zdecydowanej defensywie. Rzeczywistość zdaje się temu przeczyć, bo widowiska cyrkowe wciąż przyciągają publiczność w różnych krajach. Ma też cyrk swoich ideologów i apologetów. W książce Świat cyrku Ruperta Croft-Cooke’a i Petere Cotesa można przeczytać, że ta zakorzeniona w przeszłości, mająca początek w starożytnej Grecji i Rzymie a potem ewoluująca sztuka jest dziedziną szlachetną, oddziałującą swą magią zarówno na dorosłych, jak i dzieci.

Kiedyś jednym z podstawowych składników cyrku była tresura zwierząt (niekoniecznie zresztą związana z ich dręczeniem). Węgrzy z udziału zwierząt zrezygnowali, kładąc w widowisku zatytułowanym Nagi klaun nacisk na akrobację i żonglerkę. W tej pierwszej dziedzinie rewelacyjne okazały się popisy solisty na pionowej rurze, także ewolucje dziewczyny na linie (z efektownym szpagatem włącznie) i podniebne loty męskiego duetu. Zadziwił leżący na plecach, na wysokim fotelu, żongler, który nie dość, że podrzucał nogami kilka piłek, to jeszcze operował równocześnie, już także przy pomocy rąk, kołami do hula hoop. Była para baletowa – tancerka stojąc na głowie partnera robiła to, czego zapewne inna nie potrafiłaby zrobić na podłodze. Nie zabrakło zręcznościowych popisów na toczących się kulach itp.

Żeby określić specyfikę Recirquel Company trzeba zaznaczyć jedno. Nie tylko wspomniana para baletowa, lecz także i pozostali wykonawcy podporządkowali w dużym stopniu swe działania estetyce baletowej. Uwidaczniało się to w ruchu, mającym wyraźne, choreograficzne źródło, ujawniało w wystudiowanych pozach przybieranych przez akrobatów na rurze, na rozpiętej poziomo linie i na linach zwisających z sufitu.

Clownada tytułowej postaci (będącej notabene kobietą, lecz nagości fizycznej niepokazującej – chodziło tu bowiem o sferę jaźni) pewnie nie wszystkich rozśmieszyła, ale wykazywały te wstawki raczej ambicje psychologiczno-teatralne. Tak czy inaczej mieliśmy za sprawą Węgrów do czynienia z interesującym przykładem „postmodernistycznego” zacierania w cyrku granic między gatunkami. I jeszcze jedno: w dobie panoszącej się tu i ówdzie artystycznej nonszalancji, a nawet hochsztaplerki, była to jednocześnie przekonująca manifestacja warsztatowego kunsztu oraz perfekcji, których cyrk najwyraźniej jest dziś ostoją.

Koncerty ku czci

W Łodzi odbyło się ostatnio kilka koncertów patriotycznych, dedykowanych ważnym postaciom historycznym. Brali w nich udział wykonawcy reprezentujący różne nurty muzyczne.

Z okazji Roku Józefa Piłsudskiego Centrum Kultury Młodych – Filia Klub Dąbrowa przy ul. Dąbrowskiego oraz Stowarzyszenie Byłych Żołnierzy Wojsk Powietrzno-Desantowych Czerwone Berety zorganizowali koncert poetycki zatytułowany Pieśń o Józefie Piłsudskim. Wykonane zostały nowe piosenki skomponowane do tekstów poetyckich poświęconych Marszałkowi przez lidera zespołu H’ernest, Pawła Ciesielskiego – utalentowanego gitarzysty i wokalisty, którego na estradzie wspomagali pozostali członkowie zespołu: Anna Tarasiewicz – gitara basowa, Ryszard Włastowski – gitara i śpiew a także poeta Dariusz Staniszewski, który nie tylko śpiewał, ale w przerwach między utworami muzycznymi także recytował wiersze m.in. Iłłakowiczówny, Hemara, Słońskiego, Wierzyńskiego. Zabrzmiały ponadto piosenki legionowe a cały program podobał się, gdyż miał przemyślany scenariusz i interesujące interpretacje, również te czysto werbalne. Warto może podkreślić, że Marsza Pierwszej Brygady licznie zgromadzona w klubie publiczność wysłuchała na stojąco, co przecież nie tak znów często się zdarza. Nastrój był więc podniosły, natomiast na żartowanie przyszedł czas tuż po występie, w trakcie prowadzonego przez weteranów Czerwonych Beretów konkursu z nagrodami. Można było potem obejrzeć wystawę mundurów, rekwizytów i pamiątek wojskowych oraz krótkie filmy dotyczące działań Stowarzyszenia. Nie zabrakło nawet słodkiego poczęstunku.

Natomiast do sali konferencyjno-widowiskowej Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej przy ul. Tymienieckiego zaprosiła na wieczór pt. Listopadowa Duma 2017 Fundacja Życie-Rodzina–Wolność–Patriotyzm. W tym wypadku założeniem ideowym stało się uczczenie pamięci Henryka Józewskiego, działacza niepodległościowego bliskiego Józefowi Piłsudskiemu, wojewody wołyńskiego stawiającego sobie za cel doprowadzenie do zgodnego współżycia Polaków i Ukraińców i ugruntowanie lojalności Ukraińców wobec państwa polskiego. W 1938 roku Józewski (który był też malarzem) został wojewodą łódzkim i dobrze się w pamięci łodzian zapisał. Podczas koncertu pianistka Dobrochna Jachowicz-Zakrzewska wykonała, na zupełnie nieźle brzmiącym modelu keyboardu, Chopinowską Etiudę rewolucyjną i akompaniowała sopranistce Barbarze Rogali w pieśniach Chopina, Paderewskiego, Mroszczyka (głos solistki nośny, z tendencją do zbyt gęstej wibracji). Aktor Marek Cichucki prezentował m.in. poezje Mickiewicza, czytał też obszerne fragmenty wydanej właśnie, wspomnieniowej książki Józewskiego Zamiast pamiętnika. Koncert prowadziła Jolanta Sowińska-Gogacz. W roli konferansjera-lektora trochę „przedobrzyła” – długo czytała bowiem nie tylko życiorys Józewskiego, co było uzasadnione, bo to postać nieco zapomniana, ale także, już nie wiadomo po co, życiorysy Paderewskiego, Iłłakowiczówny, Mroszczyka itd. Nadmiar owych „czytanek” osłabił dramaturgię koncertu, do którego muzycy – jak można było stwierdzić – solidnie się przygotowali.

W sumie to dobrze, że takie patriotyczne koncerty się odbywają.

Plakaty Wojciecha Korkucia

Powstała nie tak dawno w Łodzi, a stawiająca sobie za cel propagowanie tożsamości obywatelskiej, Fundacja im. Stanisława Pomian-Srzednickiego zorganizowała w Galerii Stowarzyszenia Polskich Artystów Plastyków „Na piętrze” wystawę około 40 plakatów Wojciecha Korkucia.

Ten cieszący się sporym uznaniem już nie tylko w naszym kraju artysta jest absolwentem warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, wychowankiem prof. Mieczysława Wasilewskigo. Jego twórczość wykazuje związki z tradycją polskiej szkoły plakatu, otwartej na estetykę malarstwa, fotografii i podchwytującej nierzadko tematykę aktualną. Korkuć jednak ów historyczny fenomen artystyczny redefiniuje, zastępując cechy usługowo-propagandowe  nakierowane na afirmację rzeczywistości czasów PRL-owskich wartościami patriotycznymi, bliskimi obozowi niepodległościowemu.

Artysta projektuje przede wszystkim ostre w wymowie plakaty polityczne, które nie powstają na żadne zamówienie, a są jedynie wyrażeniem autorskich przekonań. Tu wymienić można słynne już i pokazane również w Łodzi prace: Achtung Russia (ze skrzyżowanymi piszczelami i głową Putina zamiast czaszki) oraz Reparationen machen frei (trawestacja napisu na przedstawionej bramie obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu). Za bezkompromisowy przekaz publicystyczny uznać też można graficzne ilustracje takich haseł, jak „III RP śmierdzi od głowy” (z głową ryby wystającą z togi sędziowskiej), „Resortowe kundle – do budy!” (wizerunek kundelka i budy właśnie), czy też „Bolek Wolski” (tu mamy do czynienia z kompilacją podobizn Wałęsy i Jaruzelskiego).

Inną grupę stanowią plakaty dotyczące ważnych postaci historycznych (Piłsudski, Hubal, Fieldorf „Nil”, Kukliński) i wydarzeń (napaść ZSRR na Polskę w roku 1939, ludobójstwo na Wołyniu, Powstanie Warszawskie, katastrofa smoleńska).

Wszystkie te plakaty, będące wyrazistymi komunikatami o niewątpliwych walorach plastycznych, mają dużą siłę oddziaływania zarówno na świadomość, jak i emocje. Nie pozostawiają więc adresatów – czyli nas wszystkich – obojętnymi.

Muzyka i taniec dopełniają się

Rozmowa z Katarzyną Zielińską, flecistką i tancerką salsy

 

Janusz Janyst: – Jean Paul napisał kiedyś, że taniec jest niesłyszalną muzyką a muzyka niewidzialnym tańcem. Co, Pani zdaniem, mógł mieć na myśli?

 Katarzyna Zielińska: – Pewnie to, że muzyka i taniec są ekspresyjnymi sztukami rozwijającymi się w czasie i wykazującymi pewne analogie strukturalne. Ale trzeba też zwrócić uwagę, że dziś choreografowie potrafią utanecznić dowolną, niekoniecznie utrzymaną w tanecznych rytmach, kompozycję muzyczną, co dodatkowo świadczy o związku obu sztuk.

– Jakie utwory o charakterze tanecznym wykonywała Pani jako flecistka?

 – Było ich wiele, poczynając od kompozycji solowych i kameralnych, kończąc na współwykonywanych przeze mnie dziełach orkiestrowych, w których pojawiał się np. rytm menueta – tak było w symfoniach Mozarta, granych przeze mnie nie tak dawno z orkiestrą Polish Camerata – czy walca. W czasie studiów w łódzkiej Akademii Muzycznej im. Kiejstuta i Grażyny Bacewiczów współpracowałam nie tylko z orkiestrą symfoniczną, ale i z big bandem. W repertuarze pojawiały się m.in. utwory w stylu mambo, danzón czy chachacha. Oczywiście, w rozmaite tańce obfituje, nieobca mi również, muzyka dawna.

– Mówi się, że dla stylowego grania na instrumentach tańców dawnych, takich jak allemande, courante, sarabanda, gigue, niezmiernie przydatna jest przynajmniej podstawowa umiejętność ich tańczenia.

 – Zgadzam się z tym całkowicie i cieszę się, że podczas studiów w Akademii Muzycznej miałam okazję uczestniczyć w kursie tańców historycznych. Pomógł mi on w interpretacji na przykład tanecznych części fletowych sonat Bacha.

– Jako tancerka zajmuje się jednak Pani tańcem zdecydowanie młodym: bardzo modną obecnie na parkietach salsą.

– Salsa jest młoda, ma jednak historyczne korzenie sięgające francuskiego kontredansa. Kontredans dostał się niegdyś na Haiti, będące kolonią francuską. Następnie przewędrował na wschodnie wybrzeże Kuby. I tam nastąpiło wymieszanie z rytmami miejscowymi. Po rozpowszechnieniu się w USA powstałych na Kubie gatunków muzycznych oraz pod wpływem prężnie działającej nowojorskiej sceny latin-jazzowej, narodziła się salsa.

– Co, najogólniej biorąc, jest dla salsy charakterystyczne?

– Poza tym, że kluczową kwestią jest ścisły związek tego tańca z muzyką, liczy się dynamiczna interakcja między partnerem i partnerką. U tancerek bardzo ważną rolę odgrywa ruch bioder, u tancerzy – praca barków, natomiast u wszystkich niezmiernie istotny element stanowi praca stóp. Kroki podkreślają rytmiczną repetytywność i synkopacje realizowane przez instrumenty perkusyjne. Rytm zresztą inaczej jest podkreślany przez tancerzy w różnych stylach salsy – kubańskim, kolumbijskim, nowojorskim, czy wywodzącym się z Los Angeles. Jeśli chodzi o salsę jako styl muzyczny, cechuje ją tzw. clave, czyli swoisty, stale nawracający wzór rytmiczny wykonywany na klawesach i dopełniany rozbudowaną afro-kubańską sekcją perkusyjną.

– Jak to się stało, że zainteresowała się Pani właśnie tym tańcem?

 – Najpierw – a było to jeszcze w czasach szkoły średniej – oglądałam go w jakiejś reklamie w telewizji, później zapisałam się na dni otwarte do łódzkiej szkoły tańca Project Salsa, gdzie zafascynowali mnie swymi umiejętnościami profesjonalni tancerze. Postanowiłam iść w ich ślady, gdyż czułam, że ten użytkowy, dynamiczny taniec ściśle współgra z moim temperamentem i wrażliwością.

– Obecnie to Pani, występując, stała się wzorem dla innych. Kto tworzy choreografię do występów?

– Często renomowani choreografowie, lecz nierzadko układy tworzę ja sama.

– Czy, poza czynnikiem ekspresyjnym, znajduje Pani punkt styczny między tańczeniem a graniem na instrumencie?

– Najbardziej bezpośrednim punktem stycznym jest w moim konkretnym przypadku niezmiernie typowy, fletowy styl w tanecznej muzyce kubańskiej. Tu właśnie obie, bliskie mi dziedziny bezpośrednio się splatają. Notabene tymże kubańskim stylem muzycznym zajęłam się w swojej pracy magisterskiej, którą rok temu obroniłam w Akademii Muzycznej.

– Działa Pani jako pedagog gry na flecie oraz instruktor tańca.

 – Salsy uczę w szkole Project Salsa, do której przychodzą ludzie w bardzo różnym wieku (jest wiele osób młodych, jednak zdarzają się nawet sześćdziesięciolatkowie), natomiast nauczycielką gry na flecie jestem w Państwowej Szkole Muzycznej w Kutnie i tam pracuję z młodziutkimi adeptami. Prowadzone przeze mnie, grupowe zajęcia z tańca i indywidualne z fletu stanowią zupełnie odrębną jakość, jednak w pewien sposób dopełniają się, dając mi w sumie dużo satysfakcji. Dodatkową, także lubianą przeze mnie, formą kontaktu z dziećmi jest uczestnictwo, w charakterze flecistki, w akcji koncertów organizowanych w przedszkolach.

– Ma Pani jakieś inne jeszcze zainteresowania lub formy aktywności?

 – Może Pana zaskoczę – ale pasjonuję się również śpiewem klasycznym. Śpiewam i staram się w tym kierunku rozwijać. Natomiast w Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie jestem słuchaczką podyplomowych studiów menedżerskich, dotyczących funkcjonowania instytucji kulturalnych, podstaw zarządzania etc. Myślę, że w przyszłości mogą te studia dodatkowo poszerzyć moje możliwości zawodowe.

Malarstwo Józefa Panfila

Galeria Willa w Łodzi zaprosiła ostatnio na nader interesującą wystawę prac Józefa Panfila, uwzględniającą jego twórczość z ostatnich 40 lat a obejmującą prawie 90 obrazów malowanych farbami olejnymi i akrylowymi na płótnach, płytach lub tekturach oraz rysunków ołówkiem, kredką i węglem.

Urodzony w Tomaszowie Mazowieckim Józef Panfil, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi, to, bez wątpienia, jeden z najzdolniejszych polskich malarzy współczesnych. Twórca niezależny, nieulegający sezonowym modom. Dysponując zaawansowaną techniką realistyczną specjalizuje się w uwiecznianiu tzw. czystego krajobrazu, nieskażonego ingerencją cywilizacji dwudziestowiecznej i późniejszej. Niemało uwagi poświęca też starej, zabytkowej architekturze (w tym sakralnej), tworzy ponadto wnikliwe, psychologizujące portrety. Na obrazach utrwala więc często świat odchodzący, prowokując refleksję o przemijaniu.

W malarstwie wypracował własny styl. W jego przemyślanych kompozycyjnie pracach, charakteryzujących się swobodnymi pociągnięciami pędzla, istotną rolę odgrywają światło i kolor – w całej mnogości niuansów. Panfil maluje tak, że jego dzieła, pobudzając do namysłu, bezpośrednio oddziałują urodą materii malarskiej. Jest to twórczość poruszająca estetycznie i, w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu, komunikatywna.

Kuratorką cieszącej się powodzeniem wystawy była, znana z licznych publikacji prasowych, historyk sztuki Monika Nowakowska (która notabene nieco wcześniej przygotowała w Muzeum Miasta Łodzi nie mniej ciekawą ekspozycję malarstwa Jana Stanisławskiego). Ona też zredagowała, poświecony Józefowi Panfilowi, piękny album wydany przez Miejską Galerię Sztuki w Łodzi.

Myślę, że moim powołaniem jest psychologia

Rozmowa z Marią Michalską – szesnastoletnią łodzianką, autorką powieści Cześć Braciszku wydanej przez Warszawską Grupę Wydawniczą

 

JANUSZ JANYST: – Od czego zaczęłaś swoje pisanie? Czy, jak to najczęściej bywa, od wierszy?

MARIA MICHALSKA: – Zaczęłam od prozy – krótkich opowiadań  z przeznaczeniem na konkursy szkolne. Te opowiadania były na ogół odrzucane. Nauczycielki uważały, że autorem jest ktoś inny, nie ja.

– Która to była klasa?

 – Druga, trzecia szkoły podstawowej. Ale pisałam też w następnych latach.

– Kiedy powstały pierwsze wiersze?

– W czwartej klasie podstawówki

– Co to były za utwory?

– Satyryczne, krytykujące szkołę. Chyba dobrze, że nie dotarły do nauczycieli.

– Ile miałaś lat, jak pracowałaś nad powieścią Cześć Braciszku?

– Rozpoczęłam w szóstej klasie podstawówki, mając trzynaście lat, skończyłam po dwóch latach.

– Jak to się stało, że zainteresowałaś się gatunkiem powieści sensacyjnej?

– Już jak miałam trzy latka mama opowiadała mi treść przeczytanych książek Dana Browna. To mnie fascynowało, a ponieważ wtedy właśnie uczyłam się czytać, chciałam sama po te książki sięgać. Mama mi je zabierała, twierdząc że się dla mnie nie nadają. Niewiele później podobną literaturę poznawałam sama.

– W Cześć Braciszku są ciekawe realia. Przypuszczam, że te związane z medycyną zawdzięczasz rodzicom – lekarzom. Co natomiast, poza lekturami, było i jest dla Ciebie głównym źródłem wiedzy o świecie – szkoła, własne obserwacje, a może media elektroniczne?

‚- Wszystko po trochu. Podkreśliłabym jeszcze znaczenie podróży. W czasie wakacji często jeździłam z rodzicami za granicę – do Francji, Anglii, Hiszpanii.

– Jak szkoła przyjęła wiadomość o Twoim debiucie literackim?

 – Raczej obojętnie. Polonistka książkę przeczytała, ale ponieważ od początku gimnazjum chyba mnie nie lubiła – nic się nie odezwała, postawiła tylko szóstkę za aktywność i na tym się skończyło.

– Obecnie jesteś licealistką i podobno czeka na wydanie Twoja kolejna powieść.

– Najpierw w formie książkowej ukażą się moje tłumaczenia tekstów piosenek Beatlesów, mego ulubionego zespołu (zauważyłam, że dostępne tłumaczenia pozostawiają trochę do życzenia – albo się nie rymują, albo nie zachowują właściwego sensu). Natomiast dopiero potem opublikuję kolejną powieść sensacyjną, której akcja rozgrywa się  w świecie show biznesu.

– Nadal piszesz wiersze?

 – Tak, ale już nie satyryczne. Niektóre spożytkowuję jako teksty do komponowanych przez siebie piosenek.

– Wiem, że śpiewasz, grasz na gitarze i fortepianie. Czemu chciałabyś się poświęcić?

– Myślę, że moim prawdziwym powołaniem jest psychologia. To, o czym rozmawialiśmy, traktuję jako hobby.

 

(„Ziemia Łódzka” nr 10/2017)

Strona 1 z 4612345...102030...Ostatnia »

Latest Topics

Cyrk „utaneczniony”

Cyrk w operze? A jednak! Teatr Wielki w Łodzi zaprosił na gościnny spektakl węgierskiego, liczącego około [Read More]

Koncerty ku czci

W Łodzi odbyło się ostatnio kilka koncertów patriotycznych, dedykowanych ważnym postaciom historycznym. Brali w [Read More]

Plakaty Wojciecha Korkucia

Powstała nie tak dawno w Łodzi, a stawiająca sobie za cel propagowanie tożsamości obywatelskiej, Fundacja im. [Read More]

Muzyka i taniec dopełniają się

Rozmowa z Katarzyną Zielińską, flecistką i tancerką salsy   Janusz Janyst: – Jean Paul napisał [Read More]

Malarstwo Józefa Panfila

Galeria Willa w Łodzi zaprosiła ostatnio na nader interesującą wystawę prac Józefa Panfila, uwzględniającą [Read More]

Interesting Sites

    Archives