Czyli ot, taki sobie, prowadzony niesystematycznie, notatnik (kulturalny)
Thursday January 19th 2017

Księżna i rekrut

Teatr Muzyczny w Łodzi przygotował na początek sezonu 2016/17 – jeszcze w ramach obchodów 70-lecia placówki – premierę operetki Jacquesa Offenbacha Wielka księżna Gerolstein. Dzieło to po raz pierwszy pokazane zostało w naszym kraju w wersji oryginalnej (libretto przetłumaczył Andrzej Ozga). Dawniej, ze względu na „niewygodne” aluzje polityczne, grane było w adaptacjach, bo tylko na to pozwalała cenzura.

Trzeba przypomnieć, ze w ostatnich latach repertuarowe preferencje teatru przy ul. Północnej dotyczyły musicalu – miłośnicy operetki klasycznej nie mieli specjalnej okazji do zadowolenia, jeśli nie brać pod uwagę Wesołej wdówki oraz Krainy uśmiechu Lehara, znajdujących się nadal w repertuarze. Z tym większym zapewne zainteresowaniem odnieśli się do najnowszej propozycji scenicznej.
Offenbachowska operetka opowiada o ognistym uczuciu księżnej von Gerolstein do rekruta Fryca, mającego skądinąd swoją narzeczoną – wieśniaczkę Wandę. „Argumentem” w zalotach arystokratki staje się błyskawiczne awansowanie szeregowca w hierarchii wojskowej, aż do stopnia generała. Ktoś mógłby powiedzieć, że cała ta historia, będąca poniekąd odwróceniem schematu Kopciuszka (i to nie tylko w jednym aspekcie, bowiem po awansie następuje degradacja) stanowi przykład tego, co Gombrowicz określał jako typowo operetkowy „boski idiotyzm”. Tak czy inaczej treść należy potraktować z dużym przymrużeniem oka, zwracając ewentualnie uwagę na to, co może w jakiś sposób odnosić się do czasów współczesnych. Elementów ”boskości” natomiast wypadałoby doszukiwać się w muzyce – melodyjnej, zawierającej m.in. rytm kankana.
Nad stroną muzyczną realizacji czuwała młoda, utalentowana dyrygentka Elżbieta Tomala-Nocuń, dbająca o precyzję gry orkiestry i właściwy charakter, w tym odpowiednie tempa, utrzymanej w dużym stopniu w tanecznych rytmach, dźwiękowej narracji. Zresztą i chór, przygotowany przez Romana Paniutę, śpiewał całkiem dobrze.
Piszący te słowa oglądał spektakl popremierowy (4. grudnia), skrócony w stosunku do pierwotnej wersji pokazanej w październiku i dzięki temu, jak zapewniano, lepszy dramaturgicznie. Mimo to od reżysera, Piotra Bikonta, wciąż można by oczekiwać więcej, jeśli chodzi o pokierowanie postaciami i, być może, bardziej konsekwentne pójście w stronę groteski. Do choreografki, Doroty Jawor-Przybyszewskiej, mam pretensję, że za mało eksponowała balet a w I akcie nie wydobyła ładunku humoru, jaki potencjalnie tkwi w zgrupowaniu żołnierskim. Wyobrażam sobie, że perfekcyjnie zaplanowana i zrealizowana (zamiast ruchów, niestety, trochę nieskoordynowanych), komiczna musztra stworzyłaby sposobność do szczerego śmiechu.
Kreująca tytułową rolę Małgorzata Długosz podobała się zarówno, jeśli chodzi o śpiew, jak i aktorstwo. Przyjemnym w barwie tenorem obdarzony jest Karol Lizak (Fryc). Zapewne ten początkujący na łódzkiej scenie solista będzie w przyszłości bardziej wyraziście budować powierzoną mu postać. Wyróżniał się pod względem vis comica Paweł Erdman jako Generał Bum. Dobrze wypadli też m.in. Joanna Jakubas (Wanda) i Szymon Jędruch (Książę Paul).
Ciekawe w kolorystyce i fasonach okazały się fantazyjne kostiumy Zuzanny Markiewicz. Dekoracje Grzegorza Małeckiego – udane w niejednym pomyśle, najsłabsze były w akcie I, w którym pół sceny zajmowała ograniczająca ruch kanciasta góra z dykty z… otwieraną klapką (?).
Wielka księżna Gerolstein nie pretenduje do dostarczenia widzom szczególnie głębokich przeżyć teatralnych, ale na pewno daje niezłą okazję do wyrelaksowania się.

XI Tansman Festival

Listopadowa, jedenasta edycja Tansman Festival zbiegła się z dwudziestoleciem tej ważnej imprezy muzycznej a także trzydziestą rocznicą śmierci jej patrona – urodzonego w Łodzi w roku 1897 światowej sławy kompozytora (także pianisty i dyrygenta), twórcy o ogromnym i wszechstronnym dorobku, od dawna goszczącym na światowych estradach i scenach a w naszym kraju wciąż jeszcze „odkrywanym”. O przyczynach ignorowania w Polsce przez całe dziesięciolecia tej twórczości opowiada książka W 89 lat dookoła świata Wojciecha Wendlanda, kolejna ważna pozycja po pracy Janusza Cegiełły Dziecko szczęścia – Aleksander Tansman i jego czasy.

Dwie dekady festiwalu (pierwotna nazwa: Międzynarodowy Festiwal i Konkurs Indywidualności Muzycznych im. Aleksandra Tansmana), organizowanego na zasadzie biennale przez Stowarzyszenie Promocji Kultury im. Aleksandra Tansmana pod artystycznym kierownictwem Andrzeja Wendlanda, obejmowały ponad 50 koncertów symfonicznych, 10 spektakli operowych, baletowych i multimedialnych, ponad 180 koncertów kameralnych. Wykonano 270 utworów wielkiego łodzianina, wydano cztery książki i 16 CD. Ponad 6 tysięcy artystów – solistów i członków zespołów – interpretowało dzieła wielkiego łodzianina a także innych kompozytorów, m.in. współcześnie skomponowane na towarzyszący festiwalowi konkurs kompozytorski, urządzany przemiennie z konkursem interpretacji, który wyłonił wielu znakomitych muzyków.

Hasłem przewodnim tegorocznej edycji stały się odkrycia i nowości muzyki polskiej. Po raz pierwszy zabrzmiały symfoniczne utwory Pawła Kleckiego, też urodzonego w Łodzi, z którym Tansman przyjaźnił się za młodu. Klecki zasłynął w świecie głównie jako dyrygent. Kilka lat temu pisałem, że łódzkie środowisko zapomniało o nim jako kompozytorze, ale sytuacja zmieniła się. W łódzkiej filharmonii Sinfonia Varsovia pod dyr. Jerzego Maksymiuka po raz pierwszy w Polsce zaprezentowała jego Sinfoniettę, zaś prawykonaniem światowym było Concertino na flet i orkiestrę (solista: Łukasz Długosz). Dopełnieniem koncertu stała się V Symfonia Tansmana, dedykowana właśnie Kleckiemu.

Natomiast wbrew temu, co wydrukowano w programie, prawykonaniem polskim nie było podczas wieczoru kameralnego w Muzeum Miasta Łodzi Tansmanowskie Trio nr 2. Przed dekadą grało je łódzkie Vivo Trio (swoją drogą prowadzący koncerty Jan Targowski osobliwą uprawiał konferansjerkę, polegającą na czytaniu tekstów z programu). W każdym razie wspomniany wieczór okazał się szczególnie interesujący, również pod względem wykonawczym, jako że świetnie spisało się debiutujące Weinberg Piano Trio. Zaproponowało ono też słuchaczom Trio notturno Andrzeja Czajkowskiego oraz Trio Mieczysława Weinberga.

Występ w Teatrze Wielkim (nie pierwszy w tym miejscu) słynnego, amerykańskiego Kronos Quartet nie wzbudził najwyższego zachwytu. Chyba tylko mniej krytycznym słuchaczom może się jeszcze podobać dynamizowanie dźwięku metodą elektroniczną, ze stratą dla jego barwy. Polskim akcentem występu było Już się zmierzcha Henryka Mikołaja Góreckiego.

Jako zwieńczenie imprezy zaplanowano w Wielkim światową prapremierę Złotego runa, opery Tansmana z roku 1939, do której Salvador de Madariaga opracował libretto według jednego z wątków mitu greckiego o cudownym baranku ze złotą sierścią. Uczynił to zresztą w sposób zupełnie swobodny, grawitując w stronę teatru absurdu. Opiniotwórczy „Opera Magazine” wymienił łódzką realizację pośród najbardziej oczekiwanych na świecie wydarzeń operowych m.in. dlatego, że dzieło uważano za zaginione. Odnalezione zostało w Paryżu dzięki determinacji Andrzeja Wendlanda.

Niestety, to, co można było obejrzeć, nie stanowiło autonomicznej wartości teatralnej, bowiem konwencja realizacyjna nie odbiegała zbytnio od prezentacji koncertowej. Nie obyło się nawet bez pulpitów nutowych dla, skądinąd, bardzo dobrze śpiewających solistów (Patrycja Krzeszowska, Agnieszka Makówka i in.). Reżyser Maria Sartova miała kilka dobrych pomysłów, ale nie w pełni przekonała stworzeniem baletowych alter ego dla poruszających się akurat śpiewaków (równoczesne działania mogły sugerować „rozdwojenie jaźni”). Sama opera, trochę zbyt gęsta w wokalno-słownej narracji, odpoczynek od słowa dała m.in. w efektownie zatańczonym przez Valentynę Batrak numerze hiszpańskim. Neoklasyczna, bogata w „smaczki” warstwa orkiestrowa, swoje zalety ujawniła dzięki rzetelnemu przygotowaniu orkiestry przez Łukasza Borowicza. Ponieważ premiera stanowiła raczej prezentację tego, co zawiera partytura, czyli jedynie „materiału wyjściowego”, wypada poczekać na pełnowymiarowy spektakl operowy.

(„Ziemia Łódzka” 12/2016)

W kręgu filmowego dokumentu

Nikt nie ma dziś wątpliwości co do tego, jak ważnym fenomenem kulturowym jest film dokumentalny. A jego specyfika godna jest głębszego namysłu. Według Doroty Kędzielawskiej dokument widzi świat przez pryzmat znaczenia rzeczywistości realnie istniejącej i reżyserskiej interpretacji. Łączy się to ze świadomością odbiorcy filmu i jego wiedzą. Dla Pawła Łozińskiego dokument to własne spojrzenie na świat, historia prawdziwa opowiedziana tak, że znaczy trochę więcej niż to, co widać w jej pierwszej warstwie.

Oboje cytowani reżyserzy i scenarzyści filmów dokumentalnych (Kędzielawska jest też malarką a Łoziński operatorem, producentem, zajmującym się ponadto fabułą) byli gośćmi specjalnymi XXVI Ogólnopolskiej Konferencji Filmoznawczej, która odbyła się pod koniec bieżącego roku w Radziejowicach. Jej tytuł brzmiał: Tradycja i przemiany we współczesnym dokumencie. Potencjał edukacyjny filmu dokumentalnego.

 Drugie ćwierćwiecze

Drugie ćwierćwiecze radziejowickich (wcześniej, przez wiele lat organizowanych w Borkach) konferencji rozpoczęło się, niestety, już bez ich inicjatorki oraz autorki koncepcji programowych wszystkich wcześniejszych edycji. Prof. dr hab. Ewelina Nurczyńska-Fidelska, długoletni kierownik Katedry Mediów i Kultury Audiowizualnej Uniwersytetu Łódzkiego, zmarła wiosną br. Prowadzenie imprezy przejął jej wychowanek, prof. UŁ dr hab. Piotr Sitarski, który był m.in. gospodarzem wieczoru wspomnień o prof. Nurczyńskiej-Fidelskiej.

Wymieniona Katedra UŁ jest, tradycyjnie, jednym z organizatorów imprezy. Pozostali to Centralny Gabinet Edukacji Filmowej, Pałac Młodzieży im. Juliana Tuwima w Łodzi, Filmoteka Narodowa, Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych, Stowarzyszenie Edukacyjno-Kulturalne „Venae Artis”, Łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego oraz Warszawskie Centrum Innowacji Edukacyjno-Społecznych i Szkoleń. Wsparcie finansowe zapewnia Polski Instytut Sztuki Filmowej.

Bogaty program XXVI Konferencji obejmował cztery bloki tematyczne: Tworzywa filmu dokumentalnego, Film dokumentalny wobec wyzwań edukacji, Film dokumentalny i inne media oraz Tradycje polskiego dokumentu. W ramach bloków przewidziano projekcje, analizy filmologiczne i pedagogiczne filmów, zajęcia warsztatowe i – może przede wszystkim – wykłady reprezentantów różnych krajowych uczelni. Odnotujmy kilka myśli z tych wystąpień.

Nowa poetyka dokumentu a nowe media

Prof. UJ dr hab. Tomasz Majewski mówił o filmie dokumentalnym jako eseju hybrydowym, skupiając się na analizie interwału, czyli przestrzeni pomiędzy medium a własnościami tekstowymi dokumentu. Zauważyć dziś można istotne zmiany w zakresie poetyki dokumentu, wykazującego coraz większą samoświadomość i przechodzącego na stronę subiektywną, gdzie eksponowana jest – oparta na osobistym doświadczeniu – jedna z rozlicznych prawd. Niewygodne staje się myślenie o dokumencie z punktu widzenia opozycji prawdy i fikcji. Film dokumentalny przestaje być też formą ciągłą, grawituje w stronę instalacji służącej temu, by coś przez nią płynęło. Pojawiają się w dokumencie rekonstrukcja, inscenizacja zdarzeń, także różne rodzaje animacji. Eksperymentalny film dokumentalny znajduje dla siebie miejsce w galeriach sztuki.

Prof. dr hab. Mirosław Przylipiak (UG) podjął temat filmu dokumentalnego w epoce nowych mediów. Każde medium było kiedyś nowe (i pożerało stare). Internet może być traktowany jako platforma prezentacji wszelkich, powstałych wcześniej, obrazów, ale w wypadku filmów tworzonych specjalnie na jego użytek wchodzą w rachubę takie cechy, jak maksymalna skrótowość wypowiedzi, ich sloganowość, plakatowość czy perswazyjność obliczona na budowanie wspólnot. Stosowana bywa ukryta kamera, co kiedyś uważano za działanie nieetyczne. Dziś usprawiedliwia je praktyka ciągłego filmowania ludzi w różnych sytuacjach i to wielokrotnie w ciągu dnia (kamery przemysłowe itp.). Poza tym prawie każdy ma kamerę i posiada bogatą dokumentacje swego życia. Niektórzy, na zasadzie autoekspresji, sami upubliczniają prywatne materiały. Coraz częściej pokazywana jest intymność. Inwigilacja stała się inspiracją do działań artystycznych. Ostatnio pojawiły się również produkcje łączące elementy gry komputerowej z filmem dokumentalnym.

Aspekty dydaktyczne

 Cytowana na wstępie prof. dr hab. Grażyna Kędzielawska z PWSFTviT skupiła się na problematyce kształcenia reżyserów filmów dokumentalnych w nawiązaniu do swego skryptu Przewodnik dokumentalisty. Podstawy warsztatu (Łódź 2012). Książka ta dotyczy historii, gatunków, materii filmu dokumentalnego, założeń programowych, także etapów pracy dokumentalisty i pytań towarzyszących jego pracy. Autorka zwróciła m.in. uwagę na to, że uczciwość dokumentalisty wobec bohatera i widza polega na tym, aby kierować się dobrem bohatera, bo też manipulację widz wyczuwa. Aczkolwiek prawda opowiadana jest w różny sposób. Niejednokrotnie to, co zainspirowane i zainscenizowane wyraźniej zbliża do prawdy – jest bardziej sugestywne, aniżeli sama zaobserwowana rzeczywistość.

Profesorowie UAM Krzysztof Kozłowski i Mikołaj Jazdon w swej ilustrowanej fragmentami filmów pogadance opowiadali o „gadających i milczących głowach” w polskim dokumencie dawniej i dziś. Analizy filmoznawcze po projekcjach dotyczyły Czarodziejskiej góry Anki Damian (dr Bronisława Stolarska z WSSiP oraz dr Piotr Wojciechowski z PWSFTviT), Amy Asifa Kapadii (mgr Marcin Borchard z GSF), Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham Pawła Łozińskiego (dr Piotr Pławuszewski z UAM). W analizach pedagogicznych mgr Danuta Górecka z ŁCDNiKP zajęła się filmem Karski i władcy ludzkości Sławomira Grünberga, zaś mgr Mariusz Widawski z ZSP Adrenaliną Krzysztofa Langa. Mgr Anna Równy związana z MSCDN referowała temat wykorzystywania telewizyjnych paradokumentów w praktyce dydaktyczno-wychowawczej, natomiast mgr Arkadiusz Walczak z WCIESiS na prowadzonych przez siebie warsztatach odniósł się do szans i zagrożeń edukacji filmowej w szkole.

Promocję wydanej w tym roku w Łodzi książki Filmowe fale historii prowadził Piotr Sitarski. Książka jest swoistym przewodnikiem po wybranych wydarzeniach z dziejów naszego kraju, zawierającym siedem pakietów edukacyjnych poświęconych dziełom filmowym (od Kamieni na szaniec w reż. Roberta Glińskiego po nowelowy film Solidarność, Solidarność…). Autorzy tekstów to m.in. osoby bezpośrednio związane z konferencjami: Anna Kołodziejczak, Maciej Dowgiel (pracownicy CGEF), także Bronisława Stolarska, Krzysztof Kornacki i Arkadiusz Walczak.

Spotkanie z reżyserem

Spotkanie z Pawłem Łozińskim dotyczyło przede wszystkim jego (paradokumentalnego?) filmu Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham. Przerodziło się ono w ożywioną dyskusję, bowiem przedstawiony w obrazie, złożony z pięciu spotkań seans psychoterapii (zmierzający do tego, aby – jak powiedział reżyser – poprawić trudne czasem relacje z osobami bliskimi) został zainscenizowany. Na ekranie nie pojawiają się prawdziwa matka i jej córka, która opuściła dom rodzinny, te dwie kobiety są aktorkami. Autentyczny jest jedynie psychoterapeuta, prof. dr hab. Bogdan de Barbaro. Dla Łozińskiego ów film stanowi – jak się wyraził – dekonstrukcję słowa „miłość”, zajrzenie pod spód i wydrapanie tego, co może się pod nim kryć. Jest zarazem swoistą odpowiedzią na zrobiony przez niego trzy lata wcześniej film Ojciec i syn – o nim samym i jego ojcu. Tam mamy do czynienia z psychoterapią „domową”.

Dyskusji, również kuluarowych, było zresztą w Radziejowicach sporo, wszyscy z prawie dwustu uczestników przedsięwzięcia – polonistów i instruktorów z całej Polski – pojechali w efekcie do domów pełni wrażeń i wzbogaceni o przydatną w pracy nauczycielskiej i upowszechnieniowej wiedzę.

Oniegin z Leninem w tle

Pierwsza w bieżącym sezonie premiera łódzkiego Teatru Wielkiego to Eugeniusz Oniegin Czajkowskiego – nazwana przez kompozytora „scenami lirycznymi opera oparta na poemacie Puszkina a opowiadająca o zaprzepaszczonej miłości. Reżyserii podjął się Paweł Szkotak, który zaplanował pokazanie „wielkiej miłości na tle wielkiej historii”. Jego osobistym wkładem stało się przesunięcia akcji w czasie do przodu i wprowadzenie do trzeciego aktu… wątków rewolucji bolszewickiej.

Dwa pierwsze akty potraktowanie zostały jako retrospekcja tytułowego bohatera. Pomysł ciekawy, sielankowość obrazów podkreślona udaną scenografią Bruno Schwengla jawiła się jako naturalna idealizacja okresu młodości. Niebanalnie, „polifonicznie” w sensie nakładania się porządków czasoprzestrzennych rozegrana została kluczowa scena pisania przez Tatianę miłosnego listu do Oniegina. Sensowną organizacją ruchu scenicznego charakteryzowały się sceny zbiorowe.

Ponieważ przestrzeń literacka i struktura muzyczna Oniegina nie dały reżyserowi miejsca na rozwiniecie zamysłu historycznego, otrzymaliśmy rezultat powierzchowny, plakatowy, symbolizowany niejako przez użycie też jako scenografii powiększonego do wielkich rozmiarów projektu trybuny dla Lenina (notabene z narysowanym wodzem) autorstwa konstruktywisty El Lissitzky’ego. Dla odbiorcy zapewne najtrudniejsze do zaakceptowania jest zupełnie zaskakujące połączenie z jednym z najbardziej rozpoznawalnych numerów opery – orkiestrowym polonezem rozbrzmiewającym na początku trzeciego aktu (w tradycyjnych realizacjach podczas balu), ataku bolszewickiej zgrai. Wiąże się z tym chwilowy chaos znaczeń. Póki nie pojawiają się czerwone flagi, nie wiadomo, o co chodzi, czyżby to bandycka napaść z udziałem Polaków?

Oglądałem tzw. drugą premierę. Główną gwiazdą była Iwona Sobotka w roli Tatiany, sopranistka obdarzona klarownym, wyrównanym we wszystkich rejestrach, pięknym w barwie i pełnym wyrazu głosem. Ładnie śpiewali m.in. Paweł Skałuba (Leński), Bernadetta Grabias (Olga), Olga Maroszek (Filipiewna). Mniej mógł się podobać się wokalnie Andrzej Kostrzewski jako Oniegin (choć aktorsko dobry) – niezbyt ciekawa barwa barytonu, z wysiłkiem brane „góry”. Dobrze na ogół spisały się zespoły chóru i orkiestry pod dyr. Wojciecha Rodka. Spektakl, dla jego mocnych punktów, wart obejrzenia.

I pytanie na koniec. Czy po hitlerowcach, którzy pojawili się w nie tak dawnej realizacji Barona cygańskiego, bolszewikach na omawianej tutaj premierze, należy w przyszłości spodziewać się na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi innych jeszcze reprezentantów totalitaryzmu, np. siepaczy Pol Pota?

Życie seksualne lemingów czyli „ostry” Ziemkiewicz

W zeszłym roku, nakładem lubelskiej Fabryki Słów, wydany został kolejny zbiór felietonów politycznych Rafała Ziemkiewicza, dotyczący tym razem ostatniego okresu rządów Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska.

W tomie zatytułowanym Życie seksualne lemingów felietonów jest  prawie 80. Wszystkie określić można mianem błyskotliwych a zarazem „ostrych jak brzytwa”. Dotykają one rozmaitych patologii III RP, także ogólnej problematyki historycznej, społecznej i światopoglądowej. Nie sposób byłoby tu wszystkich tematów wyszczególnić. Naturalnie, jest m.in. mowa o tytułowych, oddanych „platformerskiej” władzy lemingach, „trzymających się całą ogłupioną duszą wpojonej im przez propagandę wizji świata”.

Ale przywołać warto choćby kilka tekstów. W felietonie Paranoja i normalność jest np. mowa o mechanizmie nazywanym w psychiatrii wyparciem, polegającym na odrzucaniu prawdy kłócącej się z wiarą przyjętą apriorycznie i zamykaniu się w kręgu kilku gorliwie wyznawanych sloganów. W konsekwencji reakcja na rzeczywistość burzącą poczucie bezpieczeństwa pełna jest wściekłości i agresji.

Felieton Fabryka kitu dotyczy degeneracji mediów III RP w omawianym okresie. Stały się one „przemysłem przykrywkowym”, którego pracownicy zamiast informować opinię publiczną o sprawach ważnych, odwracali jej uwagę od draństw i nieudolności władzy paplaniną o sprawach nieistotnych. W ten sposób niezależne jakoby media stały się narzędziem władzy służącym do zagłuszania prawdy.

Ruch Poparcia Pedofilii traktuje w dużym stopniu o tym, jak to Polacy dali sobie wmówić, że dziś wszyscy kierują się tylko pragmatyzmem i nikt w nic nie wierzy. A to już jest na rękę lewicowcom zmierzającym do zniszczenia istniejącego porządku, a więc hierarchii wartości, tradycji, wręcz – cywilizacji. Bo dzięki temu ma w ich mniemaniu powstać „nowy wspaniały świat”.

W Brukselskim balu wampirów przeczytać można, że najwięcej na polskiej transformacji ustrojowej zyskał kapitał zachodni. Unijna pomoc stała się pożywką dla rozmaitych patologii. Bo też w pozornym państwie łatwy pieniądz z zagranicy przyrównać da się do sztucznego dokarmiania pustoszącego człowiecze trzewia tasiemca. Nie dość, że nie pomaga, to wzmacniając pasożyta, niszczy.

Ciekawy, w kontekście trwającego wciąż zamieszania wokół Trybunału Konstytucyjnego i szczególnej roli sprawczej, jaką w tym zamieszaniu odgrywa sędzia Andrzej Rzepliński, jest tekst pt. Trybunał Złamany, przypominający o odrzuceniu przez Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem Rzeplińskiego skargi ówczesnej opozycji (PIS) na łamiące konstytucję działania rządu i parlamentu, polegające na przyjęciu ustaw podatkowych w trybie przyspieszonym. Wydając antykonstytucyjny werdykt i orzekając na korzyść Tuska Trybunał skompromitował i siebie, i państwo dając dowód, że III RP za rządów byłego premiera (chroniącego interesów warstwy pasożytniczej) nie było państwem prawa.

Do przeczytania tej wciągającej walorami języka i wagą argumentacji książki publicystycznej warto zachęcić, a tym, którzy nie zapoznali się jeszcze z klasycznymi już, szerszymi analizami politycznymi Ziemkiewicza (Michnikowszczyzna, Polactwo) godzi się przypomnieć, że to, poniekąd, lektura obowiązkowa.

Słowo i muzyka u Jezuitów

Już po raz siódmy odbył się w Łodzi Międzynarodowy Festiwal „Słowo i muzyka u Jezuitów”, zorganizowany przez stowarzyszenie o tej samej nazwie przy wsparciu Parafii p.w. Najświętszego Serca Jezus z O. Proboszczem Kazimierzem Kubackim. Impreza gromadzi liczne grono odbiorców doceniających jej rangę artystyczną.

Dyrektorem festiwalu jest O. Józef Łągwa SJ, kierownikiem artystycznym Krzysztof Grzeszczak z Akademii Muzycznej w Łodzi – kompozytor, pedagog a zarazem organista na stałe związany z Kościołem Jezuitów.

Całość przedsięwzięcia obejmowała w tym roku sześć koncertów. Miejscem prawie wszystkich był, oczywiście, kościół przy ul. Sienkiewicza 60. Jedynie inauguracja odbyła się w Teatrze Muzycznym, gdzie można było podziwiać perfekcyjne przygotowany występ Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny. Program zatytułowany A to Polska właśnie obejmował utwory ludowe i patriotyczne w wykonaniu chóru, baletu i orkiestry pod dyr. Krzysztofa Dziewięckiego. Komplementowanie „Śląska” wydaje się zbyteczne, chyba prawie każdy rodak ma pogląd na klasę tej formacji.

Prezentacje w świątyni poprzedzała Msza Św. z homilią nawiązującą do jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski. Występy, biorąc pod uwagę obsadę wykonawczą, miały tu kameralny charakter. Reprezentująca Hamburg skrzypaczka Ewelina Nowicka dała wirtuozowski recital obejmujący utwory barokowe i współczesne. Wśród tych ostatnich (Kaprys polski Bacewicz, Taniec Pendereckiego) znalazły się trzy jej własne, pomysłowe kompozycje (Atonali, Strawinskana, Haggada).

Kapela Polonica (Barbara Rogala – sopran, Emilia Kinecka – flety proste, Maciej Milczarek – klawesyn, Piotr Młynarczyk – viola da gamba) w sposób technicznie i stylistycznie wzorowy wykonywała kantatową muzykę Bacha, Telemanna i Pepuscha. Nie zbrakło wszakże i Sonaty D-dur na klawesyn i violę da gamba Abla.

Kolejny wieczór poświęcony został sakralnej muzyce wokalno-instrumentalnej różnych epok (od Giordaniego po Ravela) w pełnej wyrazu interpretacji Ziemowita Wojtczaka – baryton i organisty Piotra Grajtera. Warto nadmienić, że każda edycja imprezy zawiera jakieś prawykonanie. Tym razem dzięki wymienionym artystom po raz pierwszy zabrzmiała ciekawa brzmieniowo Salve Regina Krzysztofa Grzeszczaka.

Wyrównanym, spójnym brzmieniem odznaczał się kilka dni później śpiew chóru mieszanego Zespołu Szkół Muzycznych im. Stanisława Moniuszki w Łodzi pod dyr. Marii Hubluk-Kaszuby i Dawida Bera. Występ rozpoczęła Gaude Mater Polonia a zakończyła Modlitwa do Bogarodzicy Świdra. W partiach solowych kilku punktów programu można było posłuchać sopranu Katarzyny Zając-Caban.

Mocnym akcentem końcowym festiwalu stał się wieczór z udziałem orkiestry kameralnej Arte Positiva pod dyr. Kamila Chałupnika oraz znakomitych solistów: grającej na flecie poprzecznym Maddaleny Sartor, harfistki Eleny Biasi (obie Włoszki były solistkami w Koncercie na flet, harfę i orkiestrę Mozarta), jak i rewelacyjnego wprost w swej wirtuozerii flecisty Juliena Feltrin z Francji, wykonującego m.in. Koncert na flet prosty piccolo Vivaldiego.

Ogólnie można stwierdzić, że festiwal „Słowo i muzyka u Jezuitów” utrzymuje wysoki poziom artystyczny i to niezależnie od towarzyszących organizatorom od samego początku problemów finansowych. Budżet pierwszych edycji, tworzony dzięki wsparciu niezależnych darczyńców, oscylował wokół sumy 10 tys. zł, co w takiej sytuacji jest kwotą zaledwie symboliczną (by nie powiedzieć – śmieszną) i ułamkiem sumy, jaką ma do dyspozycji np. Festiwal Kultury Chrześcijańskiej organizowany przez ks. Waldemara Sondkę. Dopiero w tym roku niewielkie dofinansowanie przyszło ze strony Urzędu Miasta oraz Urzędu Marszałkowskiego. A przecież to właśnie pieniądze w dużym stopniu decydują o rozmiarach i kształcie imprezy, która w danym wypadku mogłaby być jeszcze bogatsza w wydarzenia i mieć więcej wykonawców z zagranicy.

Strona 1 z 4212345...102030...Ostatnia »

Latest Topics

Księżna i rekrut

Teatr Muzyczny w Łodzi przygotował na początek sezonu 2016/17 – jeszcze w ramach obchodów 70-lecia placówki [Read More]

XI Tansman Festival

Listopadowa, jedenasta edycja Tansman Festival zbiegła się z dwudziestoleciem tej ważnej imprezy muzycznej a także [Read More]

W kręgu filmowego dokumentu

Nikt nie ma dziś wątpliwości co do tego, jak ważnym fenomenem kulturowym jest film dokumentalny. A jego specyfika [Read More]

Oniegin z Leninem w tle

Pierwsza w bieżącym sezonie premiera łódzkiego Teatru Wielkiego to Eugeniusz Oniegin Czajkowskiego – nazwana [Read More]

Życie seksualne lemingów czyli „ostry” Ziemkiewicz

W zeszłym roku, nakładem lubelskiej Fabryki Słów, wydany został kolejny zbiór felietonów politycznych Rafała [Read More]

Interesting Sites

    Archives